Pokazywanie postów oznaczonych etykietą realizm magiczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą realizm magiczny. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 lutego 2010

Zapach ROKOKO Part.6

Gdy damski głos zadzwonił ponownie, tym razem z wieścią, że babcia może opuścić szpital, ale ma być, zgodnie z umową, otoczona należytą opieką, to znaczy ni mniej ni więcej dobowym czuwaniem nad nią, zamknęłam się w pokoju i wtuliłam mocno głowę w poduszkę udając, że tego nie słyszę, a staruszki urządziły wieczorek powitalny. Kupiły szampana „Igristoje”, upiekły wspólnie szarlotkę i sernik i, na koniec, nalały sobie dla kurażu po kieliszku wódki, zasiadając w babcinych fotelach. Czekały, aż babcia zjawi się w swoim mieszkaniu, cierpliwie holowana przez swoją córkę i mnie, mierzącą się po raz pierwszy z progiem ciężkości starości oraz własnej ucieczki dzieciństwa. Nawet widziałam, jak ucieka w popłochu, przestraszone widokiem babci. Babcia bowiem nie miała już nic z tajemnicy, jaką nam co dwa dni przynosiła do domu. Rzadkie włosy, które tak pieczołowicie układała i spinała, opadały na ramiona. I nie były już kasztanowe. Były siwe. Oczy przypominały krecie szparki, jakby babcia bała się widoku światła dziennego. Usta wykrzywiły się w jakimś niezwykłym dla niej grymasie, co wyglądało tak, jakby wzbraniała się przed zjedzeniem kwaśnej cytryny. Może wiedziała, że za te chwile nie dostanie od nikogo Orderu Uśmiechu. No i bruzdy, ryjące twarz i czoło w pozycje równoleżnikowe, a w okolicach ust, tworzące wzór południków. Babcia była poharataną kulą ziemską, starym globusem, jaki widziałam potem w pracowni geograficznej. Nie zostało z niej nic z damy, nakładającej misternie kosmetyki i kremy i wchodzącej do domu pewnym krokiem nawet wtedy, gdy taszczyła kilogramy upolowanych zakupów. Płaszcz opadał z niej na ziemię, rysując bardziej jakąś karykaturę człowieka, niż portret mężnego rycerza, jakiego w niej widziałam. Sunęła ciężko, sapiąc i raz po raz wspierając się na ramionach córki.

W knajpie kazimierskiej_fot. Hilda

Staruszki potrafią zadusić swoją gorliwością nawet zmarłego. Wszystko w domu babci było niby takie samo, ale jakieś inne. Błyszczało jakąś nienaturalną poświatą, jakby każda staruszka z osobna pucowała każdy zakamarek, każdą wypukłość mebli i każdy sprzęt, który dostał się w ich ręce. Dywan, wyliniały i wychodzony przez 45 lat mieszkania babci w tym samym miejscu, sprawiał wrażenie nastroszonego, natapirowanego i jeszcze bardziej wyblakłego, niż był wtedy, kiedy nieprzyjemnie straszył burością i bezbarwnością podczas niekończących się uroczystości rodzinnych. Szara podłoga z płytek pecefau przypominała zapuszczone lodowisko, z nielicznymi rysami, których skwapliwe dłonie sterylnych ekspertek w gumowych rękawicach nie zdołały eksterminować pastą do podłogi. Zresztą butelka stała ukryta za telewizorem, aby w razie czego koleżanki mogły poprawić jakiś niespodziewany mankament. Wazony z kryształu, pamiątka po dziadku mojej babci, zapełniły się sztucznymi, nienaturalnie różowymi lub żółtymi kwiatami. Nie wiadomo, jakiego rodzaju. Kwiaty zresztą były tak samo bezpłciowe jak obrus, jakim przykryty był babciny stół z politurowanej sklejki, pasujący do meblościanki, również na wysoki połysk. Wszędzie błyszczało, doprowadzając oczy do zniekształceń optycznych. Ślepliśmy w mgnieniu oka. Ale to nie oczy, a powonienie, było najbardziej podatne na zmianę odbioru rzeczywistości. Odbiornik percepcji wyraźnie przestawił prób wrażliwości sensorycznej na niskie, ciężkie nuty. Zwłaszcza przy sztucznych kwiatach dało się odczuć nagłe porwanie przez ten duszny, uwodzący zapach. A może koleżankom babci o to chodziło? Uśmiechały się zapraszająco w tych swoich podomkowych sukienkach vintage, jak kilka pokoleń niżej określa coś, co jest stare, ale z nutką elegancji i unikatowości, szczerzyły rzędy sztucznych zębów: no proszę, jakaś Ty odszykowana, jak trzeba! Chodź, napijemy się! I już moja babcia, tak samo zdezorientowana, jak pozostali zebrani, pląsała w gąszczu gestów, tańczyła, zasiadając do stołu. Staruszki gładziły ją po włosach, wyjątkowo płowych po miesiącach ignorowania lustra i obiecały, że zaraz się nimi zajmą. Pokazywały, co sobie kupiły i co kupiły jej, kiedy była „tam”. Tańczyły, nalewając jej wódki do kieliszka, odkorkowując szampana i krojąc równie uwodzącego zapachem jak sztuczne kwiaty, sernika. Babcia jednak pozostała nieruchoma. Obojętnie patrzyła na festiwal, jaki przygotowały jej koleżanki. Jej mętne oczy powolnie przesuwały się po ciastach, musnęły prawie niezauważalnie kieliszek, by wreszcie spocząć na kwiatach. Babcia wstała, doczłapała się w nowych kapciach od jednej z koleżanek do kryształowego dzbanka, ujęła w dłonie jeden z kwiatów-koszmarków i powąchała esencję, w jaką jego płatki były obleczone. Staruszki zastygły w oczekiwaniu. To Twoje ulubione perfumy, pomyślałyśmy, że sprawimy Ci przyjemność. Babcia upuściła nagle kwiatek na szare lodowisko w podłodze. Po jej twarzy polały się łzy. A kiedy jedna z nich zdecydowała się skapnąć na podłogę, babcia zaczęła zawodzić. Jej ciało nagle się skurczyło. Zmalało i pochyliło się w stronę błyszczącego kredensu. Stała tak, bardzo bezbronna i odwrócona od oniemiałej widowni. Rytuał koleżanek się nie powiódł. Jakby babcia miała amnezję. A przecież powinna rozpoznać zapach, który tak lubi, powinien on doprowadzić ją do stanu sprzed pobytu „tam”. Babcia tymczasem zaczęła wyć, dusząc się od śliny i spazmów, jakie dodatkowo wykrzywiły jej ciało.

Staruszki już nie tańczyły za stołem. Powoli, jak żałobnicy składający kondolencje przed łożem zmarłego, zaczęły się wycofywać. Wolno, także pochylone, doszły do drzwi, bezgłośnie nałożyły swoje oprószone kurzem płaszcze i futra, na uszy naciągnęły berety, czapki i kaszkiety i ruszyły w stronę drzwi. Pozostała część widowni próbowała podejść do babci, wyciągali ręce jak do chorego zwierzątka, które rozczula serce myśliwego. Już prawie łapali ją za ręce, kiedy babcia, już nie lwica, a lwiątko, osunęła się na ziemię. Pod jej dłonią różowił się kwiat, raz jeszcze odurzając nutą słodkiego zapachu.

wtorek, 10 marca 2009

OLD STORIES - Zapach rokoko part 3

Kiedy w moją babcie wstępuje ten duch walki i duch krzywdy wobec ducha bratowej, której naturalnie w otoczeniu na wyciągnięcie pazura nie ma, babcia zaczyna litanię przekleństw, seans spirytystyczny, który mógłby rzeczywiście wybudzić ją z grobu, gdyby babcia miała zdolności mediumiczne. Moja babcia odczuwa perwersyjną rozkosz w wyzywaniu i wymyślaniu określeń na tamtą kobietę. W języku mojej babci ta kobieta urasta do rangi symbolu, do rangi nad-kobiety. Staje się koszmarem, przekleństwem, żmiją, która kąsa umysł babci i czyni ją niezdolną do dawania i cieszenia się ze spotkań z rodziną. Wtedy też makijaż, pielęgnacja przestają mieć sens. Lwica nie potrzebuje ozdób, tak jak nie potrzebuje ich do pracy rytualnej przy przygotowywaniu posiłku. Grymas na jej twarzy, spojrzenie rzucające iskry nie potrzebują otoczki kolorowych snów. Mają być spojrzeniem dziewczynki w „Egzorcyście”, sugestywnym odbiciem horroru, jaki przeżywa ta kochana staruszka w sobie samej. Staruszka staje się potworem.

[caption id="attachment_73" align="alignleft" width="500"]Rokoko part 4 fot. HILDA Rokoko part 4 fot. HILDA[/caption]

Sesja analityczna gróźb może trwać i trwać. Przeszkadzanie w niej, tak jak krzątanie się po kuchni, kiedy staruszka-westalka gotuje obiad, jest nietaktem. Zresztą tylko ten, kto nie ma zdolności przystosowawczych, wchodzi w paradę zranionej lwicy. Kuchnia jest jej klatką, w której lepiej ją trzymać, aniżeli pozwolić uciec w takim stanie. Różnica polega na tym, że nie ma tutaj przynęty, mięsa na kiju, który uspokaja rozjuszone zwierze. Czasem tylko kojący głos spikera radiowego oddala staruszkę-lwicę od zamierzenia zrealizowania którejś z inwektyw i użycia narzędzi kuchennych w innym, niż przeznaczone w warunkach pokoju, celów. Bo kiedy trwa wojna w staruszce, lepiej podsłuchiwać ukradkiem, aby w razie czego odwrócić heroicznie bieg wydarzeń, niż zostawić ją samą sobie. Tego robić po żadnym pozorem nie wolno.

Można za to sobie wyobrazić, że jest się Indianinem tropiącym zwierzynę i skradającym się, by bezgłośnie ją poddusić. My dusimy konflikt, wojnę w człowieku, beznadziejnie wylewającą się na przestrzenie życia, które wcale nie muszą być zatrute. Słuchamy więc zgrzytu ścian ze swoich pokoi, by interweniować po cichu, pokazując staruszce nasze osiągnięcia szkolne, dając laurkę albo wkraczając do kuchni znienacka, w celu podgłośnienia dobrego kawałka w radiu albo ciekawej dyskusji. Takie indiańskie sztuczki mają szansę powodzenia, ale najskuteczniejsze jest podsunięcie przynęty w postaci zwierząt. Kot lub pies, tak bezbronne i czyste w swoich emocjach, koją ranę i natychmiast ją na jakiś czas zabliźniają. Ale trzeba je zmusić do zostania z babcią, choć wyczuwają, że jest ona w szczególnym, profetycznym stanie i zwykle uciekają z podwiniętym ogonem. Więc im też trzeba zostawić przynętę. Poświęcić kawałek najlepszej wędliny, baleronu, parówki i tego, co staruszka, będąc lwicą jeszcze nie tak rozjuszoną, pieczołowicie i w widocznym miejscu ułożyła w pojemnym gardle lodówki.

poniedziałek, 2 marca 2009

OLD STORIES - Zapach Rokoko Part 2

Taka właśnie jest moja babcia. Taką ją przynajmniej chcę pamiętać, widząc przed oczyma siebie kilkuletnią, z kogutkami na głowie, figlarnym spojrzeniem jeszcze niewinnego, nieokreślonego płciowo adgrogyne w za dużych spodniach koloru bordo z naszytym serduszkiem. Widzę siebie i ją, kiedy zaglądałam ukradkiem przez szparę w drzwiach łazienki, patrząc, jak moja najbliższa staruszka trwożnie rozgląda się na wszystkie strony, nim namaści się olejkami młodości i nim nie wskrzesi swojej urody. Widzę ją, jak ustawia się tyłem do drzwi, aby w razie czego zasłonić swoim ciałem niecne wybryki upiększające. Choć gdyby babcia wiedziała, że jej córka wie i wcale jej to nie denerwuje. No, może jeśli wyleje kolejny flakon drogich perfum albo kiedy zbije krem wart kilkaset złotych, czyli pół emerytury, wtedy córka, niebawem także dołączająca do grona staruszek bardziej poprawiających czas niż idących z nim pod rękę, pewnie wypomni podczas kolejnego wyczerpującego obiadu, mamo, znów mama nabroiła, tak nie można. I babcia będzie wtedy zmieniać temat, kluczyć, gotowa nawet wyjawić starannie skrywaną tajemnicę, dla kogo i czego tworzy swój eliksir. Dlatego zawsze najlepiej było mojej babci i reszcie znajomych staruszek kupować, nawet bezokazyjnie, flakon nie najgorszych, ale i nie najdroższych perfum i wód toaletowych, obowiązkowo w odcieniach bursztynu i różu, obowiązkowo o zapachu uwodzenia, obowiązkowo na wieczór. Choć moja babcia jest bystrym obserwatorem rzeczywistości i wie, że takie ciężkie krople tylko dodają lat i ostatnio wybiera zapachy sportowe. Może dlatego, że dużo pracuje dla córki i ciągłe chodzenie po supermarketach wyrobiło w niej kondycję i ducha sportswoman?

[caption id="attachment_39" align="aligncenter" width="400"]Wszedzie i nigdzie Wszedzie i nigdzie[/caption]

A może po prostu wie, czym pachną młodsze kobiety – takie, które nie muszą dokładać żadnych starań do powiedzenia światu: bierz mnie całą? I tak jest awangardowa, zawsze na czasie, bo uważnie śledzi wskazówki zawarte w telewizji, w swoich pisemkach z krzyżówkami i w najbliższym otoczeniu. Gdyby nie była tą, którą jest, pewnie projektowałaby odzież i szyła odlotowe ciuchy. Zawsze widzę ją w kolorach, często nie korespondujących, broń boże nie stonowanych, a kontrastujących. A więc: czerwona szminka do zielonego swetra, białej połyskliwej kredki do powiek, przekładanej szarymi spodniami, czarną torbą i brązowymi butami. Do tego bordowy płaszcz z połyskliwymi guzikami z masy perłowej, bo babcia lubi przerabiać rzeczy dane i chodzi na pogaduszki do znajomego krawca „na pięterko” przy okazji przerabiając to i owo, aby pasowało i zadawało szyku jak zbroja wojenna gotowego do szturmu husarza. Bo moja babcia, jak tylko ubierze się kompletnie, przypomina najeżonego żołnierza ciężkozbrojnego, opatulonego szczelnie ostrym w dotyku, szarym futrem, przywiezionym ongiś, za dobrych lat, z Kraju Rad. To futro, synonim zamożności kiedyś, a przejrzałości dziś, jest zimowym, nieodłącznym towarzyszem jej przechadzek po parku, jej randek z panami i wizyt u koleżanek. To futro – forteca sprawia, że babci jest więcej i ma ona jakąś niesamowitą poświatę władzy. Chyba to wykorzystuje, bo w swojej wyobraźni słyszę jeszcze jej pomstowanie od progu, że coś znowu podrożało, dla patosu sytuacji okraszane podniesionym głosem i ręką uniesioną z palcem wskazującym na mnie: bo ja biorę udział w spisku podnoszenia cen, jestem poniekąd niemiłą sprzedawczynią w sklepie, drobnym kieszonkowcem, łążącym za babcią między półkami, jestem zepsutą wędliną, kupioną przez nią poprzedniego dnia i zawiezioną w ciężkiej siacie do domu córki. Moja babcia wygraża w swoim futrze tak sugestywnie, że kiedy jestem mała, pozwalam swoim łzom oddać babci sprawiedliwość, a kiedy jestem większa i już się babci w futrze nie boję, zaczynam zdejmować z siebie winę sprzedawczyń i wędlin, że są takie, jakie są.

Babcia w szarym pancerzu ma jeszcze jedną zadrę. Wietrzy, czy na horyzoncie nie ma jej bratowej. Kiedy jej szósty zmysł zanotuje jej obecność, od razu przystępuje do ataku. Futro się najeża, babcia zdejmuje swój zielony beret-hełm, bo tak łatwiej zlokalizować przeciwniczkę. Biada temu, kto stanie wówczas na drodze rozsierdzonej babci, która zresztą babcię przypomina połowicznie, a połowicznie jest teraz rozjuszoną lwicą, gotową podrapać pazurami koloru herbacianych róż aż do krwi. Poharatać, popędzić i przegnać. Jej bratowa jest złym duchem babci, istotą, która nie daje jej żyć – cieniem, przywiązanym do jej stóp, od którego ta wojowniczka dobra rodzinnego nie potrafi się uwolnić. Jest drugą, skrywaną latami namiętnością, drugim ja tej zacnej i szanowanej kobiety, która nie potrafi się z nią pogodzić. Przecież nie da się całymi latami służyć ludziom radą, pomocą i zjawiać się na każde skinienie. Tak jak nie da się być do końca dobrym. Dobro i zło to wymysły, zainstalowane jak pretensjonalny katalog na twardym dysku, którego nie można usunąć, a trzeba z niego korzystać. Nie żeby był nieprzydatny – ale jest sztuczny. Wydarzenia mają to do siebie, że nie dają się jednoznacznie określić i nawet nie człowiek je sobie wybiera, jakie będą. One zawsze mają dwa scenariusze, zawsze mają swoje suspensy, wydobywające na światło dzienne konflikty i skrywane myśli. I to nieoczekiwana zmiana w scenariuszu warunkuje wybór człowieka, zmienia jego zachowanie, nastawia na określoną częstotliwość. A katalog? On sobie po prostu jest, zapełniony plikami wydarzeń, karteluszkami jak pewnie wolałaby moja babcia, które niewiele znaczą, nic nie wskazują. W zależności od interpretacji z tego katalogu posortowanych doświadczeń życiowych wysuwa się karteczka: uwaga: zło. I to ta karteczka dopiero pieczętuje wydarzenie.

poniedziałek, 9 lutego 2009

OPOWIADANIE z CYKLU OLD-STORIES - Znalezione

Dzwonek do drzwi obudził ją z odrętwienia przy obieraniu ziemniaków. W pośpiechu mało co nie przewróciła kubła na śmieci. Bo kiedy się zrywała z małego stołka, poskładanego z niepasujących do siebie desek i nóg, potrąciła stopą zielono-brunatny plastik. Kubeł kołysał się dobrą chwilę, po czym na nowo znieruchomiał, kołysząc jeszcze lekko obierki.

negative0-22-241

-Jak to ładnie wygląda – wpatrzona w kubeł gospodyni zapina fartuch, szybkim ruchem poprawia włosy. Znów zapomniała, że ma brudne ręce. Przeklęte obierki. Wszędzie się przykleją.


W wizjerze uśmiecha się mąż. Duży, postawny, o bujnej, wciąż szarej czuprynie. Lubi go takim. Jego szpakowatość przyciąga wzrok kobiet. Może i miałby powodzenie, gdyby nie rzeczy, które targa obok. Wcale przystojny mężczyzna z dziadowskimi przedmiotami za pazuchą. A kupiła mu przecież całkiem nowy płaszcz. Nie po to, by dekorował go złomem.


Mężczyzna zdecydowanym ruchem pcha drzwi w kierunku drobnej żony w podomce. Drzwi odskakują ze zgrzytem.


- Mówiłam, żebyś je naprawił Józefie – strofuje mężczyznę żona – ileż to się Ciebie trzeba naprosić. A tak, zaraz drzwi albo wyłamią się z zawiasów, jak nimi będziesz tak łupał albo strącą z półki fotografie.


Józef lekko kiwnął głową. Zdjął powoli płaszcz i wyciągnął z jego kieszeni niewielki przedmiot. Znalazłem na chodniku – mówi żonie. Ot, leżało. Nie wiem, do czego to służy. Pewnie jakiś kołek. Ale widzi mi się, że będzie na wzmocnienie półki ze zdjęciami.


Kołek ma kształt płaskiego wieszaka. Matowy, z jedną dziurą na śrubę. Ale nie wygląda na kołek stolarski, rozporowy. Raczej na część jakiegoś mechanizmu w dużej maszynie.


Żona rozkłada ręce:


-no dobrze, jak chcesz. Byle mi się zdjęcia nie zniszczyły.


Odwraca się od męża, wyciera odruchowo ręce w podomkę i wraca do swojego kubła z obierkami. Zaraz ciszę tykającego w korytarzu zegara przerywa monotonia obierania ziemniaków.


Józef pochyla się nad półką.


-Tak, świetnie się będzie nadawać -mamrocze.


Z szuflady komody w korytarzu, tuż pod masywnym zegarem z ciemnego drzewa wyciąga miarkę i ołówek. Po chwili wraca do szuflady i dobywa wiertarkę. Korytarz dudni od wiercenia.


Żona przestaje obierać. Patrzy przeciągle na meble kuchenne. Na ich półkach walają się przedmioty, które Józef znalazł. Pęknięta lalka z jednym okiem, niekompletne puzzle, przyklejone klejem do tektury, jakieś kolorowe butelki po szampanach sylwestrowych. Maskotka o nieokreślonym wyrazie mordki. Pozłacany zegarek o tarczy w kształcie serduszka.


Zaczął od razu po wojnie. Właściwie odkąd go znała. Na każde spotkanie przynosił sztuczne kwiaty. Kiedy się zaręczali, włożył jej na palec za mały pierścionek, który potem powiększyła potajemnie u jubilera. Kiedy pierwszy raz weszła do ich przyszłego mieszkania, zabrakło jej tchu. Od progu roztaczał się przed nią jakiś bajkowy krajobraz. Uśmiechały się do niej malowane lale, każda z jakimś uszczerbkiem. A to bez oka, a to bez rączki. A to z wybitą buzią. Jak zrobiła parę kroków, zobaczyła poustawiane w wazonach sztuczne bukiety. Kolorowe, nierealne. Nie pachniały jak prawdziwe kwiaty. Pachniały niczym.


Łazienka pełna była puzderek, flakonów wyczerpanych perfum. Woń paryskich wybiegów mieszała się z włoskim szykiem ulicy. Obok, miski i kubły. Pełne butelek i jakiś drobiazgów. W zasadzie nie dało się przejść do wanny, usłanej jakimiś gumowymi zabawkami: kaczką, statkiem. Plastikowym wężem.


Ale najbardziej zagracony był pokój Józefa. Wszędzie walały się gazety. Sterta papierzysk z zapiskami obok zabłoconych kartek. Tłumaczył jej wtedy, że robi katalog pamięci. Że zapisuje każdy znaleziony przedmiot i opatruje go numerem.


Kołek był 40 349 rzeczą, jaką Józef znalazł w swoim życiu. Kiedy skończył wiercić dziurę w ścianie i zamocował kołek, sapiąc przy każdym pochylaniu się nad półką, podreptał do pokoju, gdzie znajdowały się opasłe teczki z tektury. Kilka zawalało masywne, orzechowe biurko, zasłaniając kolejne zdjęcia pary. Teczki były przepełnione kartkami, z których czasem wystawały jeszcze kolorowe przypominacze. Józef zerknął na jeden z nich. Zdjęcia. Odchylił kilkadziesiąt kartek i przyjrzał się uważnie zielonej karteluszce przyczepionej do marginesu kartki. -Ach, zapomniałem – przecież mam deseczki do ramki – szeptał nad swoim archiwum. Wrócił się do swojego płaszcza, skąd wydostał jeszcze małą deseczkę. Żona nadal mocowała się z ziemniakami.


W teczkach było jeszcze kilka kategorii, tworzonych roboczo po przyniesieniu kolejnych znalezisk. Opowieści. Tu wędrowały kartki znalezione jako fragment korespondencji. Na przykład: Pójdź po nuty. Albo: Kupić: 1 kg mąki, dwa chleby, dżem wiśniowy (nie porzeczkowy). Albo: odbierz syna z przedszkola. Krystyna. Mógł tworzyć sobie opowieści z tych roboczych zapisków, jakie zostawiali mu inni na chodniku. Wyobrażał sobie, jak mogła wyglądać Krystyna. Jaki mógł być uczeń szkoły muzycznej. Po piśmie i słowach rozpoznawał, z kim miał do czynienia, nim ktoś nie zostawił mu śladu na kartce. Z podartych, fragmentarycznych losów plótł całe serie wypadków. Te lądowały w zeszytach, które też Józef skrupulatnie opisywał. Przypadki rosły w ciągu lat i tworzyły stek historii, którymi Józef raczył przy koniaku zachwyconą żonę. Kieliszki pochodziły naturalnie ze znalezionych kompletów. Albo wyrzuconych na śmietnik, albo wyszukanych gdzieś na pchlich targach. Bo te też Józefa interesowały. Sprzedawcy w końcu też musieli takie kieliszki gdzieś znaleźć.


Czasem przydarzało się Józefowi, wbrew protestom żony, wejść do opuszczonego domu, który mijali na swoich niedzielnych spacerach. Wtedy doganiał obrażoną żonę i pokazywał. A to kawałek metalu, a to deskę o „oryginalnym” kształcie. A to stare, zakurzone płyty winylowe. Czasem wracał, uginając się pod ciężarem zakurzonych książek, które potem katalogował, czytał i umieszczał w bibliotekach osiedlowych. Bo z biegiem lat zapełniły cały pokój. A teczki były ważniejsze. Były tylko jego. Tworzone przez niego w jemu tylko znanym systemie. Jego całe życie, jak powtarzał oniemiałym kuzynom, pukającym się za jego plecami w czoła. Nie był aż tak zwariowany, żeby tego nie widzieć. I tak robił swoje.


Żona zostawiła mu jego królestwo. Wolała nie mieszać się do tych spraw. Czasem tylko potajemnie znosiła do piwnicy kolejne matryce niepasujących do siebie kawałków puzzli, paciorków lub worki guzików. Z tych mogliby założyć pasmanterię – śmiała się do siebie tym razem przy krojeniu cebuli. Czasem w piwnicy lądowały też zdjęcia. Podarte związki, które Józef potem raz jeszcze reanimował swoim znalezionym klejem introligatorskim. Żonę drażniło, kiedy kobiety były wyjątkowo piękne albo kiedy para na zdjęciu wyglądała na zbyt szczęśliwą. Stosy rękawiczek, czapek, parasoli, portfeli – to też lądowało na półkach skonstruowanych z desek i metalowych resztek maszyn, jakie Józef znosił nocą. Bo czasem potrafił się czaić, dopóki nie skończy się budowa, dopóki ktoś będzie mu przeszkadzał. Zasadzał się na upatrzoną rzecz i taszczył ją często dobrych kilka przecznic. Budząc, ją, wciąż nienawykłą do trybu życia męża.


-Kochana, gotowe – znad patelni z cebulą wyrwał ją jego głos. Odeszła od kuchni, wytarła po raz kolejny ręce w fartuch i doczłapała się wolno do Józefa, promieniejącego teraz przed półka. -Zobacz – krzyczał na cały przedpokój – teraz nawet łomoczące drzwi nie zrzucą półki ze ściany!


Wzięła jedno ze zdjęć z półki do ręki. Uśmiechali się z niego dwaj młodzi ludzie, wyjątkowo wychudzeni, w łachmanach poprzepalanych ogniem. Tylko przepaska świeciła w tej zadymionej scenerii dachu, na jakim stali objęci jak najlepsi przyjaciele. A na odwrocie, pismem Józefa: Koledze, na pamiątkę. 4 sierpnia 1944 roku.


Przyniósł ją ze zgliszcz domu, do którego wybrał się, by zanieść przyjacielowi chleb. Chleb zostawił, a wziął pamiątkę po ich wieloletniej, szkolnej przyjaźni. To była zarazem pierwsza rzecz, jaką Józef znalazł i przyniósł do swojego domu.


Nikt nigdy nie pytał, co widział w domu przyjaciela.