Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 grudnia 2012

LAJZA part XV (ost.)

Wreszcie dotarła do „teraz”. Teraz jest zagadką. Po przemianie i bólu, stoi pod oknami P. I będzie tu stała dopóki nie nadejdzie zima i nie skuje jej lodem. Wtedy nawet jej miłość nie zdoła się mu oprzeć. Ale T. w takim momencie będzie żywym dowodem na istnienie namiętności silniejszej niż egzystencja. Jest w tym względzie bardzo modernistyczna. Bardzo romantyczna. Trwa w swoim uczuciu. Choć ono ma dwa bieguny i nic pomiędzy. Czy P. pamięta, jak to mówiła? Nie ma nigdy nic pomiędzy, tylko miłość-nienawiść. Dwa bieguny najsilniejszych wahań. Dlatego są jak stal. Jak marmur. Nie do złamania. Ale mogą złamać niewprawne ostrze. P. była takim miękkim ostrzem w twardej oprawie. Była jak diament, który pod wpływem temperatury w mig się ulatnia. Nie ma jej. Została zjedzona. I kiedy T. widzi jej pucułowatą twarz w oknie, tylko się w tym upewnia. Jej składem gatunkowym jest przyzwoitość tak samo, jak tej upierdliwej starej Francuzki, która na cały regulator ogląda seriale. Ale to nikomu nie przeszkadza. Przedrzeźniały ją, tego P. nie może zapomnieć, kiedy Hans został na lodzie, wystawiony przez Franię. Mdlała w ramionach T. Płakała babie w ściany, żeby tylko starowina myślała, że takiego serialu nie obejrzy w polskiej tv. Lepsze to niż życie, zanosiły się tamtego dnia od spazmatycznych jęków.

Śmiech, najzdrowszy odruch. Podejście satyryczne. Znakiem przemiany T. jest to, że bolą ją mięśnie od napinania brzucha, a kiedyś przychodziło jej to z taką łatwością. Byle grymas P., jej zęby ustawione do pozy błazna. I teraz T. wystaje na deszczu, żeby zobaczyć tę maskaradę. P. zasłania firanki. Takie mieszczańskie, białe firanki we wzory kwiatów. Baba z piętra niżej by się takich wstydziła.

-Stać mnie na ironię – krzyczy w firanki T., kiedy P. wychodzi z klatki. Kanciasta, w kapciach i wsuwkach we włosach. Mówi: idź stąd. Mówi: zostaw mnie, zostaw nas. Ale nie pozbędzie się pamięci. Niech ją bolą te wszystkie chwile, które przeżyły. Niech wydziera kartki z kalendarza, niszczy pamiętniki, nagrania i korespondencję. Może podpali pokój? Ale ona po prostu ociera łzy. T. już z nimi nie po drodze. Do reszty straciła do P. zapał. Kiedyś to P. ją uczyła. Jak być niezłomną. Jak drwić, nie będąc wydrwiwaną. A jednak, w ostatecznym rachunku, to ona przegrała, bo jest słaba. Jej M. macho jest ukoronowaniem tej przegranej. Najpierw naprowadza na właściwą drogę, jak kaznodzieja, potem rozkazuje się zmieniać. Sabotuje niezależność. Jest stały, ale tylko w swoich zachciankach. I P. zakłada kapcie, wodząc zmęczonym wzrokiem po domostwie, wiesza firanki. Macho dyryguje i przekrzykuje: nie dla przyjaciół, kup mi piwo. Jego słowa są jak bat, smagające P. po plecach. Ona jest żołnierzem. On – generałem. Póki mu się nie odwidzi. Zawsze może gdzie indziej urządzić swoją armię. Minie jak przelotny seks w kiblu. A jeszcze ogołoci P. z osobowości. Zostawi jej kolejne kartki do wyrywania z kalendarza, kolejne godziny do przesiadywania w oknie. Posłuszna P. będzie go przywoływać. Póki nie przypomni sobie przyjaciół. A tych już nie będzie. Zdążą ją spisać na straty, pisząc elegię na ścianach klubowych kibli.

Żyła z nami, piła długo, aż została gdzieś papugą.
Je frykasy, ananasy i przewija swe bobasy.
Jak ją spotkasz, wspomnij ciepło,
Bo już w życiu nie ma lekko.
Pamięci P, której pomnik stawia T.


*** *** ***

Skończyło się. Idę. Wyczekuj cudu znad swojej firanki. Zostawiam ci pamiętnik, na pamiątkę tej przyjaźni. Widzisz? Kładę go pod kamieniem, abyś co dzień karmiła się swoimi sentencjami. Niech pochłonie cię szary blok i twój macho. A ja? Nie potknę się już na byle kolorowej zjawie. Zagoiłam się, znów mogę być jak Pris z „Blade Runnera”. Gibka, sprężysta. Niebezpieczna. Wierna tylko swojej idei. Zarozumiała? Może, choć do oświecenia trzeba dorosnąć. A dorośli są zwykle zarozumiali.

Przystaję w słońcu. Ulica pełna życia. Tętniące kolory, gwar i przytłumione głosy. Próbuję ich posłuchać. To od teraz moja muzyka. Zamykam oczy. Jak pachnie ten tłum? Ten wyczekiwany zapach kwiatów i ostatniego posiłku. Zapach czosnku z kebaba, mięsa i szybkiej miłości. Zapach zwiędłych piersi, zapach tanich i drogich papierosów. Omdlewająca woń deszczu we włosach. Właśnie obmywa moje blizny. Bo ten związek zostawił po sobie parę pamiątek innych niż krzywe litery w pamiętniku. Parę znaków szczególnych, o które pytają ci, co nas znali. Mam swój numer obozowy, wytatuowany na twarzy – mówię wtedy – no chodź, podejdź bliżej. Dotknij. Jest prawdziwy, dlatego nie potrzebny mi kolorowy tatuaż. I od razu mam wyznawcę. Bo on, w swoim jestestwie, nigdy na tak drastyczną ozdobę się nie odważy. Hardkore never dies -stuka się co najwyżej drinkiem. Zapewniam, niedługo drążenie własnej skóry będzie szczytem mody na klubowych wybiegach. „Dziary” będą przezywały swój renesans. Wydziergane ręce, kropki na policzkach i czole. Staniemy się nowymi Aborygenami. Wychudzone, niedotlenione szkielety z pokancerowanym mózgiem. Bo to też byśmy sobie przyozdobili. Będziemy kolorowymi kalekami, na widok których prawdziwi „tubylcy” mniejszych światów, imigranci wszelkiej maści będą się pukali w czoła. Przecież można tylko żyć – będą kiwali głowami z politowaniem. A mnie nie wystarczy TYLKO życie.

*** *** ***

-Jestem E. - Jej uścisk jest twardy, pewny, jakby właśnie sprzedawała komuś kiepski dom w słabej lokalizacji, ale była przekonana o jego walorach. Albo robiła to z takim cynizmem, że by jej było wszystko jedno. Przechodzi mnie dreszcz. Impuls wędruje wprost z czubków palców do zwojów w głowie. Bum, to twoja adeptka.

-Będę twoją Przyjaciółką. Nawet, jeśli jeszcze o tym nie wiesz - mówię.

Mój uśmiech wbija się E. w głowę, jak jej dłonie w mój czerep. Spojrzenie rozjaśnia się, oczy mrużą się jeszcze bardziej, w jakiejś zagadkowej rozkoszy.

-A skąd wiesz, że ja tego nie wiem - pyta.

Tak, to wie się samo przez się.

-Chodź, musisz wydeptać ze mną ścieżki do klubów. Teraz będziemy nierozłączne. Tego miasta uczysz się codziennie. Ale i tak zostaje ci po nim jedna nauka. Nauka noszenia piętna i przemian.

Jeśli nie ma w Tobie elastyczności i eklektyzmu, zostajesz tym manekinem, jaki leżał przez jakiś czas na chłonącej go podłodze. Ale to podłoga pozwoliła ożywić nową istotę. Jej lepkość, wilgoć i twarda powłoka wyzwoliły z pęt ciało na wpół odrętwiałe, na wpół plazmatyczne. Wiotkie, sprężyste. Chude. I niemal przezroczyste. Resztki lustra dodawały mu malowniczego blasku. Jego dumna stwórczyni mogła podziwiać je ciągle. Musiała się pochwalić światu swoją nową karoserią na wieloletniej gwarancji z częściami sprowadzanymi zza granicy. Ciało było piękne. Wystarczyło je ubrać w ideologię i odpowiednie nastawienie do siebie i otoczenia, nie zapominając o P. - przyczynie wszystkiego. I ciało wybiegło na powitanie dnia, w samo serce miasta. I nawet zasłonięte zasłony P. mu nie przeszkodziły. Zrozumiało, że nie jest mu ona w istocie potrzebna. Że teraz dojrzało do przyjęcia kogoś nowego. Do inkorporowania nowych soków.

I nadarzyła się okazja, widzisz moja E.? Teraz dialog staje się znów możliwy. Bo jesteś mi bardzo potrzebna, a ja jestem bardzo potrzebna tobie. Zależymy od siebie, ale ja mogę ci wiele przekazać. Chcę uczyć cię ALTERNATYWY, codziennych nawyków, byś mogła je potem powielać. Możemy stworzyć nowe zasady, którymi przyozdobimy swoje głowy. Wiesz, będziesz miała kolię z kolejnych stadiów Orgazmu. A ja będę miała naszyjnik z Nienasycenia. Tak uzbrojone, będziemy realizować swoje plany. I każda z nas będzie relacjonować drugiej, jak udało jej się przyozdobić koliami czoła niewiniątek.

Pięknie jest żyć w stadium niewiniątka. Ale to ubogie życie. Jeszcze piękniej – jest uświadamiać. Kiedy skosztujesz owocu wiadomości, nie ma odwrotu. Będziemy więc chodzić i rozgłaszać dobrą nowinę. Drink za show. Musisz być twarda. Pokazać, że granice są tylko w otoczeniu i jego nieprzydatnej niewinności. Jest możliwe choć na chwilę to nieodzowne w tej nauce połączenie zwojów. Wymiana energii doprowadza do wzbogacenia twojego wnętrza. Rozgłaszaj więc luminologię i przekazuj energię tam, gdzie o nią najłatwiej.

Widzisz E.? To bardzo proste. Okazja jest rodzaju męskiego. Całkiem ciekawej konstrukcji, choć nieco nieproporcjonalnej. Głowa piętrzy się na koguciej, chudej szyi, z której w zasadzie jabłko Adama sugeruje, że za chwilę wydobędzie się z krtani głos o barwie niższej niż twoja. Doskonale. Właśnie wplata się rękoma w wir splecionych istot. Szuka twojego ciała. Przywiera.  To właśnie ten moment. Odchyl mu głowę, no dalej! Niech wiruje z Tobą w rytm pulsacyjnego szaleństwa. Czy to jakiś kawał, pytają jego oczy, ale ty wirujesz z nim tak, że gubi pantofle. Dobrze, teraz jest twój, bo zapomniał języka w ustach. Teraz kolejno bar-kibel-parkiet-kibel. Zresztą, co chcesz. Ewangelia uświadomienia zwykle nie ma ustalonego harmonogramu. Kodem jest zniesienie bariery pruderii. A ja, jako twoja przyjaciółka, wiem o czym mówię. Miałam się od kogo uczyć. Parkiet szemrze? Nie szkodzi! Dobrze, że szepcą. Oni też mają się od kogo uczyć! T. nie patrz tak na mnie. Umiesz się idealnie wpisywać w otoczenie. Ruszaj. Chcę mieć rozrywkę. Uświadom ich. Ja idę do baru.

Szklana tafla połyskuje inaczej, niż wtedy, gdy byłam z P. Już nie wykrzywiam ust. A mój monolog staje się zbytecznym dodatkiem do edukacji adeptki. A może nie jestem tak przekonująca i poetycka, jak była P.? Tafla pokazuje raczej poważną twarz. Tu nie będzie żartów. Będę posągiem, boginią uświadomienia. Ale ciebie stać na więcej dystansu, prawda E?

Prawda. T. siedzi znów przy barze. Patrzy na mnie przez pryzmat szkła i drinka, jaki dla niej postawił ten niewielki szczypior ze zmierzwioną czupryną, którego uświadomiłam. Jest wspaniała. Siedzi właściwie niewzruszona w swoim czarnym, połyskliwym kostiumie kocicy. Nawet te jej krótkie, rzadkie włosy nieokreślonego koloru pasują do reszty. Nie musi mieć makijażu. Blizny w poprzek twarzy są lepszą ozdobą jej kanciastej, wychudłej twarzy. Jest piękna w swojej szpetocie. Taka paradoksalna. Krzywe nogi, kiedyś pulchne, teraz wychudłe, nienaturalnie długie, oplatają wężowo obrotowy stołek barowy. Nawet kogucik patrzy teraz nie na mnie, a na nią. Czas na dosypanie paszy. T. przeciąga leniwie lewą rękę i zza pazuchy swojego kostiumu-kombinezonu wydobywa fiolkę. Kogucik pyta wzrokiem, co to jest, T. skinieniem wyraża aprobatę dla pytania i chwilę później podchodzi jeden, potem drugi i trzeci nienasycony. To proszek amnestyczny, mówi zniżonym głosem. Teraz będzie Wam tak dobrze, jak rzadko kiedy. Uśmiecha się rozbrajająco, detonując przed czasem ładunki emocji trzech efemerycznych istot, które w zachwycie przekazują sobie fiolkę. A więc to jest ten proszek, czy po nim rzeczywiście zapomnę, kim jestem, pyta kogucik. Tak, to twoje błogosławieństwo, ucina T. Jeśli nie jesteś gotów, tu jest wielu chętnych. Nie, bardzo chcę. Przykro mi. Tu chwila wahania kosztuje dodatkowy spektakl. Wyrażenie tego, co jest w głębi, zabija ulotność tego pragnienia. Nie jesteś wystarczająco nienasycony. Albo masz wciąż za mało uświadomienia. Kogut patrzy na nią, to na mnie błagalnie. Podchodzi do mnie, nerwowo gestykulując. Ale ja już odwracam oczy w stronę znajomych rąk, zmieniających płytę. Dejot dostanie porcyjkę za chwilę.

I znów powtarza się codzienny spektakl. Splątani w wirze dźwięku, zapominamy. T. zamienia kilka słów ze znajomymi tak samo uświadomionymi, po czym nudzi się w towarzystwie błagającego kogucika i opuszczamy miejsce. Dostajemy jeszcze na zachętę drinka, podziękowanie za fabrykowanie doznań. To miasto i moja T. stapiają się w jeden organizm, oddychający nienasyceniem i połyskujący drapieżnie ślepiami wieloosobowej dżungli. Za to właśnie ją kocham. I będę jej towarzyszką, jej psem, jeśli tylko mnie o to poprosi. Prawda T.?

piątek, 7 grudnia 2012

LAJZA part XIV

Ostatnio, kiedy chodziły do klubu na całego bywało tak, że wygrywała pierwsza opcja. Wtedy P., trzeba przyznać, wspaniała aktorka, odstawiała cały rytuał chwilowego powrotu do łask. T. spektakularnie odtrącała: jak mogłaś się tak zachować, jest mi wstyd przed Maćkiem, Wiktorem, Piotrkiem, Pawłem, Zenkiem, etc. Przepraszam w jej imieniu. Dziewczyna miała zły dzień. Ale tak to już jest z tymi indywidualistkami. Jak chcą, potrafią być obleśne - I raczyła T. cierpką polewką.

Przez chwilę nawet wierzyła w jej grę. Im bardziej P. gestykulowała i odgrażała się T. z gromami w oczach, tym T. była bardziej pokorna i zdezorientowana. Piotr, Paweł, etc. robił za to maślane oczka i mrugał nimi tak zapamiętale, że omal nie wypadły mu z gałek.

-Nie nie, ależ nie ma się co gniewać. Czy mogę postawić Wam obydwu drinka?

-Wspaniale! Krzyczy P., omal nie wytrącając lowelasowi szklanki z napojem. Obydwie kierowały się wtedy, T. ociągając się jak najbardziej jej talent aktorski pozwalał, do błyszczącego baru. Po chwili obie patrzyły na siebie z aprobatą, sącząc zachłannie drinka w kolorze czerwieni, a potem wodziły wzrokiem po, coraz bardziej osamotnionym w swojej krygującej się pozie, wymodelowanemu żelusiowi. Maślane oczy zapadają się, ciemnieją, w końcu twór kilkunastu minut ich alkoholowych uniesień coraz bardziej odwraca głowę. W stronę parkietu, rzecz jasna. Aż obie dostrzegają wydobywającą się między włosami jak ziarno jakiegoś chwasta na polu, wszędobylską łysinę. P. się nawet rozczula. Pozwala jeszcze coś powiedzieć, ale kwaśny drink podsyca ochotę na taniec. -Chodźmy - I nie pozwala T. dokończyć orzeźwiającej czerwonej mazi z lodem i odrobiną wódki, żeby tylko nie siedziała z typem przy barze.

Ale przy ich ledwie trzeciej sztuce popełniły w swoim algorytmie spory błąd. T. została, P. pofrunęła z niezwykłą dla niej lekkością ptaszęcia, co włazi lwu do paszczy na main. T. rozparła się wygodnie na szkliwiu blatu, przeglądając się w nim i robiąc do siebie miny. Ciągle trzeba trenować warsztat. Tym bardziej w takich chwilach. Wtedy zresztą było to nieodzowne i dawało jej czas na odparcie ciosów przeciwnika. Z blatu mogła go obserwować, widzieć, jakie ma intencje wobec P. Tamten twór pism dla dużych chłopców i trend-sekciarstwa wydawał się pewny siebie. Próbował dalej toczyć skałę, drążyć P., by mu uległa. Był jednak kiepskim kopaczem. A może kopał nie w tym miejscu i w tej górze, bo P. zamachała rzęsami jednoznacznie, kiedy im obydwu się przedstawiał.

-Dlaczego Twoja przyjaciółka się mnie boi? - tafla baru nieco się poruszyła.

Ten ktoś nachylił się teraz nad nią, wypuszczając bąbelki bredni. Brrrdd, brrrddd, brddd brddd. Podniosła głowę jak mogła najwyżej i z dumą wypuściła swoją bańkę mydlaną, że P. lubi się raczej bawić, niż bać, dlaczego sądzi, że P. może się go obawiać? Wskazała P., wśród skaczących ciał, definitywnie otoczoną męskimi torsami i opasaną opalonymi rękoma. Wróciła do sączenia drinka, rzucając spojrzenie: drinka za informację. Chłód szklanki otrzeźwił ją po chwili do reszty, patrzyła na P. z wyczekiwaniem, czy przyjdzie uratować sytuację.

Bo Żeluś był nieustępliwy. Bulgotał coś znad szklanki jakiegoś wermutu czy martini i ciągle dopytywał się, jak blisko są ze sobą. A kiedy zacharkotało tak, że aż P. się odwróciła z rozbawieniem w stronę parkietu, na którym królował niepodzielnie wydatny wielbiciel, kołyszący zawartością spodni jak marynarz w swoim chodzie po lądzie, T. zamknęła swój sezam informacji na tyle spustów, na ile pozwalał jej śmiech. - No to zobaczymy – zabulgotały wargi Żelusia i brzęk złotówek oderwał ją od tafli baru. Teraz obserwowała rozgrywkę między P., której nie udało jej się obronić, i pokracznym, wychudzonym mazgajem, wymuskanym przez mamę albo, w lepszym razie, sublokatorkę z lokum studenckiego, żeby nie straszył swoją przykrą aparycją. Zrobiło jej się przykro. Bo wiedziała, że Żeluś w swoich spodenkach i bucikach zawiązanych na ciasno, żeby mu nie spadły, nie ma szans w konfrontacji z mocnym uściskiem wytrenowanego Godge'a. Kołyszący się Mięsień tak bardzo przypominał wesołego geja ze zdjęć Nan Goldin, że P. pozwalała na wyjątkowo bliski kontakt. Niemal dotykali swoich twarzy.

On a commence. Żeluś wygiął się w pałąk, próbując dorównać kołysaniu Godge'a. P. wzniosła błagalny wzrok na wysokość ramion solaryjnego gladiatora, żeby zdjął przeciwnika z parkietu. Godgo podszedł, ciężko stąpając i rycząc, żeby chuchro sobie poszło. Żeluś nic. Godgo wołał głośniej tak, że pary i kółka gibających się stanęły i zastygały w swoich pozach. Ręce zawisły w niedokończonych ruchach, jakby przeszedł huragan albo jakby ktoś zrobił kawał w muzeum Madame Tissaud i powyginał figury woskowe. Głowy zwróciły się tylko na, lekceważonego do tej pory, malca. Ten, jakby nigdy nic, zaczął wirować, biorąc za ręce P. i obracając ją wulgarnie wokół siebie. Jak mógł sobie pozwolić na taki staroświecki banał upokarzający kobiety! Godgo dostąpił do Żelusia, wyrywając mu swoją zdobycz wieczoru, P., rozbawioną do białości swoich dwóch rzędów zębów. Teraz jej kolej. To także jej show. A ona nie będzie widzką. Będzie gospodynią programu. Wyostrza więc pazury, zataczając w powietrzu koła i, jak jastrząb podczas pikowania, uderza w ramię chuchro żelowe tak, że upada. I z miną zadowolonej kotki, przywraca rzeczy bieg sprzed historii na parkiecie.

I tu ją miał mały krasnal. Wstał z gracją delikatniusiego mena, w końcu gentleman to właśnie taki gość i pewnie ten czerpał z jakiejś angielskiej literatury tę swoją kreację w wersji light, i przyczepił się do nogi P. T. aż spadła ze stołka barowego. Żeluś jęczał coś, charkocząc jeszcze bardziej zapamiętale, wymiętolony przez ciała, które też zaczęły swój ryt wieczoru, zawodził i zwyczajnie płakał. -Ale porażka, opowiadała jej po wyjściu z klubu P. - patrzę na Godgo, a ten się odwraca, żebym sobie z facetem załatwiała brudne sprawy w domu! Dokooła robi się pusto, a parkietowe mordy patrzą z obojętnością kokot po podaniu trucizny! Strzepnęłam pyłek z nogawki, ale musiałam pracować nad reputacją dwa tygodnie i kupować świadkom zdarzenia piwo, żeby łaskawie uruchomili proces amnezji!

T. skrupulatnie notowała dialogi P. Przegląda pamiętnik z notatką o tamtym wieczorze:

„Kwiecień.

            Jestem pod wrażeniem ostatniego wieczoru. Bo królowała jedna emocja. Jeden proces, kluczowy dla wszystkich. Niezbędny do dobrej zabawy. Co to takiego?

            Amnezja. To obok schizofrenii kolejna cenna przypadłość. Jesteśmy nieuleczalni w swoim wyuczonym zapominaniu, wypieramy ludzi, całe grupy, byle tylko nie poczuć, nie dotknąć. Nie przypomnieć sobie. Amputujemy pamięć. Bo po co ma boleć? Filozofia egzystencji niech wypierdala do kąta, kiedy nie ma nic do zaoferowania. Co nas obchodzi czyjeś nieszczęście? Po co mamy martwić się, jak wygląda życie gdzie indziej, kiedy tu nie mamy jak sobie poradzić z teraźniejszością? Weltshmerz – weltszmelc. Kiedy boli, potrzebne antidotum, najlepiej czysta chemia. Dlatego apteki wszystkich krajów, w jakich byłam, przezywają oblężenie. Ma nie boleć, ma być przyjemnie i euforycznie. Boli Cię? Wypadasz z obiegu. Nie nadajesz się tam, gdzie trzeba prężyć mięśnie, trzeba mieć usta wypełnione silikonem i wydłużać optycznie nogi i rzęsy, by wytrwać w maratonie. Owszem, są takie chwile, kiedy jak jakiś dawno wyśniony koszmar nawiedza cię zwątpienie. Ale amnezja Ci wszystko wybaczy. Będzie twoją troskliwą matką albo Sandmanem, usypiającym śmiertelną dla pamięci dawką czarnej dziury. A wtedy doznajesz oświecenia, prawdziwej pustki. Dysocjujesz. Dryfujesz w czasoprzestrzeni, nieobciążony. Jesteś własnym bogiem. Jak po dobrym tripie narkotykowym.”

Właśnie. P. serwowała przyjaciołom proszek zapomnienia często i chętnie, to był jeszcze inny rodzaj amnezji. Amnezja zależności. Nikt nie dysocjował, było grzecznie i milcząco, jakby nic się nie wydarzyło ani tego, ani żadnego innego wieczoru. Tylko uśmiechy i przymknięte z mdłą aprobatą oczy roziskrzonego tłumu sugerowały, że właśnie trwa proces wymazywania. P. dawała – reszta brała. Była jak królowa w obowiązku, kiedy mówi: duty first, second – self. Datek na niepamięć się jednak zawsze opłacał. Potem tylko pytano: czy to wydarzyło się naprawdę? A P. zacierała ręce i śmiała się w kiblu swoim kocim sykiem z wieczną chrypą, pytając jej, bo naturalnie wysłała T. na zwiady, czy oni szepcą, czy wszystko wróciło do normy. Uśmiechała się wtedy jeszcze bardziej łasząco do dejota, żeby nieco mocniej wyprężył dźwięk, zwiększył tempo i pomógł proszkowi amnezji zadziałać. A T. stała przy nim, mając jak na dłoni tańczącą masę.

Sala wrzała. Opary proszku unosiły się nad głowami, parowało napięcie, zamykały się oczy, unosiły ręce, skracając i tak krótkie koszulki. Włosy puszyły się w opętańczym szamotaniu głów. Wirowały kolory. Odbywało się pranie w temperaturze stu stopni. Do bębna wskakiwały ochoczo kolejne zwitki pyłu tego wieczoru, zostawiając piwo. I kiedy P. wyłaniała się łazienki, po drobiazgowej toalecie, ze złotym połyskiem władzy w oku, tłum ciężko oddychał w przerwie między osuszaniem, a płukaniem. Wtedy  ona, niczym nieskrępowana, popijała w swoim majestacie złoty napój, za uśmiechniętym przyzwoleniem jednej z parujących głów, skinającej do niej z przeciwległej strony parkietu. Wtedy T najmocniej zaczęła ją podziwiać, zazdroszcząc jej powodzenia i nawet nienawidząc skrycie do szpiku kości. Może dlatego, że miała inspirację we wspólnie czytanej literaturze? Może dlatego, że dowiadywała się, czym jest miłość? Bo czym jest miłość, jeśli nie oddaniem pełnym ukrytego jadu? Czytały sobie wtedy na głos Sachera-Masocha, który docenił ich formę miłości. „Miłość jest tajemniczą drogą i rozkoszną potęgą, która nas porywa, gdzie sama chce. A my się nie bronimy, nie pytamy nawet, dokąd nas prowadzi i co z nami uczyni”[1]

Ale to przecież P. wygrała. Odtrąciła ją tak bardzo, jak tylko mogą nie dość kochani. Gardząc przyjaciółką, pokazała, że ona, T. jest dla niej tą kolorową masą amnestyków, wychodzącą z klubu ze zwielokrotnioną fazą plateau i pozdrawiającą dejota, że dokonał cudu. A zostawiona na pastwę ulicy T. sama musiała dokonać swojego cudu. Wypatrując rozwiązania w uciekającej jej pod stopami kostce brukowej, wsłuchując się w tupot stóp. Sięgnęła po środki najprostsze, dzięki przemyślności architektów co dwa metry deptaku rozkwitała ławka, na której mogła położyć ciężką głowę. Wirowało jej w mózgu, huczącym głosem ktoś dudnił, że na rogu otwarto nowy salon odnowy biologicznej. A gdzie odnowa mentalna? - pytała siebie. Takie miejsce nie powstało, chyba, że uznamy za nie szpital psychiatryczny. Ale to przymusowe wakacje, na które stać tylko zdesperowane rodziny, odarte z miłości, a może heroiczne w swoim buncie. Po co trzymać w domu pasożyta? Tak samo robi się ze starcami, upośledzonymi. Wyklucza się, izoluje, by odnowa mogła dokonać się bez udziału matek, ojców i rodzeństwa. Kto z tych sunących w pośpiechu ludzi będzie tym usuniętym? Menel, słaniający się wzdłuż krawężnika i odganiający niewidzialną muchę? Biznesmen, mówiący do swojego ucha i wymachujący teczką, a może kręcąca wydatnym tyłkiem opływowa i obcisła, zawsze gotowa blond szpetność w zbyt krótkiej spódniczce? Albo ten, który na nią patrzy, oblizując wargi, jakby właśnie zjadł loda o smaku obietnicy. Skierował wybałuszone gały na nią. Ale tu nie ma nic do patrzenia. Przecież spędziła popołudnie w szafie, a nie w odnowie biologicznej i ani myślała wpasowywać się w kanon. Odbijało jej się czkawką. I napawała się tym swoim brzydzeniem. Do P. Do świata, Do siebie. Jej miłość-nienawiść pęczniała. Głowa huczała od niej, aż zczerniał jej ten deptak ech i jaskrawych kolorów przed oczyma. Chciała do domu. Ale nie potrafiła ruszyć ani ręką, ani nogą. Zastygła w pozie urzeczenia, znieruchomiała. I na koniec spojrzała na siebie z zewnątrz. Zostawiła siebie-ją na tej smętnej enklawie odpoczynku po zakupach w piętrzących się w gorę ulicy butikach. I poszła, skacząc po górach głów. Nie ona-nie „ja”.







[1]    Leopold von Sacher-Masoch. Wenus w futrze. Łódź, 1989, s. 75


poniedziałek, 5 listopada 2012

LAJZA part. XII

A potem było już tylko szybciej, mocniej. Każdy dzień był dla niej razem, dawanym z całej siły na gołą skórę. Ostatniego dnia siedziała w jej domu, nabitym ćwiekami i szpilkami i płakała. Czuła, jak kiedyś mawiała P., swoje jestestwo całą dupą. Rozdrapała strupy, żeby P. widziała, że ją zraniła i upokorzyła. Krew nakapała na podłogę. Niech P. ściera, co narobiła. Więc T. siadła w szafie przyjaciółki, jak mała dziewczynka, co nabroiła i chroni się, by nie być widzianą, a znalezioną. Wdycha zapach jej ubrań. I poci się tą relacją. Bo nie wiedzieć, dlaczego dalej się to wszystko ciągnie. Bez ostateczności, takie niekształtne.
-Widzisz, mam teraz powód, by oryginalnie się stoczyć - zapach perfum, wylanych na sukienki, spodnie i tony chust, jakimi P. się otula, usypia ją i zostawia w osobliwym letargu. Raz, dwa, trzy – już nie iskrzy - liczy na głos. Powinna już wyjść -cztery, Pięć - czuję niechęć. Sześć, Siedem, Osiem -zapadam się. Dziewięć, dziesięć - widzę siódmą pieczęć.

W tej czeluści wszystkiego jest więcej. Jakby wpadła w szczelinę świata, gdzieś na pustkowiu, rodzącym nagle tysiące myśli i tysiące rozwiązań. Pełen wgląd w przeszłość i teraźniejszość. Jak w filmie „Fando i Lis”, kiedy bohater porzuca swoją ułomną ukochaną, tak naprawdę będąc z nią nierozdzielny. I im bardziej jest o tym przeświadczony, tym mocnej ją rani. Aż do agonii. Tak samo jest między nimi. Porzucenie-oddanie, separacja-zjednoczenie. Im więcej w P. okrucieństwa, tym więcej w T. tolerancji na zachowania przyjaciółki.

Zresztą w ostatnich ich momentach P. zdołała z siebie wykrzesać tylko zimno, obojętność. Kiedy zobaczyła rozmazane ślady krwi na podłodze, tylko wzruszyła ramionami:
-Przecież powiedziałam Ci, że lepiej, jak będziesz tu siedzieć i wydobrzejesz. A i tak nie można Cię zostawiać, bo sobie krzywdę zrobisz. I potem jeszcze, kiedy T. uchyliła ostrożnie drzwi szafy: -Najbezpieczniej jest zwykle w szafach. Otulisz się moim szalem i zapomnisz, że mnie nie ma. Kto by pomyślał, że stać cię na takie zachowania – i tymi słowy przekręca kluczyk drzwiczek, zamykając ją na dobre. - Idę, to była kontrola. Ale nie płacz. Nie będę długo zabawiać się w naprężoną do granic uwagi studentkę. I przyjdę z obiadem, ciao!
Trzask drzwi. Znów jej nie ma.

Tak się nie robi nawet własnemu cieniowi. Może tu i bezpiecznie. Ale słyszeć szemranie własnych myśli i nie móc uciec to najstraszniejsze rozwiązanie. Ostateczne rozwiązanie dla skołatanego mózgu. Wojna błyskawiczna komórek. Świst w uszach i bum!  Szafa to komora tłumiąca. Całkowita deprywacja zmyslow.

T. widziała więc w swojej grozie jakieś linki, jakieś pogmatwane oponki, jak się wiją i czernieją. W tej złowieszczej ciszy poczuła głuche butwienie wypalonych gałązek mentalnych. Głupiała w mgnieniu sekundy. Najpierw słyszała wszystkich sąsiadów P. Potem wydawało jej się, że mówi do niej jej własny żołądek. A potem widziała, jak jej mózg układa się w literę O. O jak obłęd.
-Gratuluję. Wygrała Pani wycieczkę autokarem prosto w przepaść! - mówiły jej wyolbrzymione i wyabstrahowane usta P., tkwiące w jej głowie jak na ironię, do dobicia. Czuła degradację rozszczepionych molekuł, memów, czy jak im tam. Brakowało jej powietrza. Szale nie były już ukochanymi maskotkami. Dusiły jak węże, dodatkowo zmniejszając możliwość manewru. Tak bardzo chciała wyjść. Wyjść. Wyjść! Wyyyjjjśśććć!

-Otrzymuje Pani od nas nagrodę: wycieczkę na kanapę. Smacznego - Woń spaghetti i wystudiowany na spikerkę tivi głos P. wydobywa T. z otępienia. Przecież tak niedawno pojechała z nią tramwajem, który je złączył w tę parszywą całość! A teraz jest dobrowolnym zakładnikiem. Ślepym na uwagi, niemo przywiązanym do nogi swojej Pani. P. otwiera drzwi swojej wielkiej szafy. I głaszcze ją po brodzie.
-Zasłużyłaś na obiad. Wiesz, nie chcę Cię krzywdzić. Coś się ze mną stało, że bawię się i eksperymentuje na tobie. Ale ty mi dajesz do tego pożywkę. Przyzwalasz, dajesz się prowadzić. A ja mam coraz mniej pomysłów i inwencji, jak urozmaicić eksperymenty. Wszystko mnie nudzi i idę dalej. Ty się jednak jak na złość sprawdzasz w każdym zadaniu, wprost nie mogę od Ciebie oderwać oczu. Jesteś w centrum mojej uwagi mimo tego, że mnie z tobą nie ma. I razem sobie tak orbitujemy, będąc de facto osobno. Ale mam wrażenie, nie, wiem, że mnie zniszczysz. Zemścisz się i nie będzie jak w powieściach, jakie cytowałyśmy. Hmm? Odpowiesz?

-Powieść. Życie to taka nieudana narracja, którą ktoś dopieszczał, a okazała się czczą grafomanią. Powieść potrzebuje jednak bohatera, jego dramatu i konfliktu. I co? Właśnie po to dzieje się to wszystko? Po co komu dramat, figle, eksperymenty? Żeby się zabawić? Żeby znaleźć swoją a-muzę i amuzowywać się do ostatku? - w końcu zdobyła się na odwagę i wystrzelała do P. te słowa.

A potem żuła spaghetti. Spaghetti z kiszką kiełbasy pośrodku.
-Kocham Cię – wymknęło się jej między jednym uderzeniem widelca o zęby, a drugim. Wymlaskała wyznanie. - Nie-nienawidzę – wróciła do zlizywania z talerza sosu bolońskiego.
Kątem oka widziała, że P. to wyznanie śmieszy. Ale śmiała się jakoś dziwnie. Inaczej. Jej kąciki drgały, jakby dostawała spazmu. Wszystko działo się bezgłośnie i kiedy ona, dla kurażu, zaczęła uśmiechać się najserdeczniej i najszczerzej, jak umiała, P. zaczęła płakać. -Co Ci jest – wymknęło się T. cicho. To było nie na miejscu. P. zanosiła się szlochem i odgoniła ją jak natrętną muchę. Odejdź. Spadaj. Wypierdalaj!!!

To był ten moment. Wypadła z ich rozgrywki. Za nią, jak z katapulty, wypadł jej plecak, po nim dwie zabłąkane książki, które pootwierały się na jakichś stronach. Tyle jej było w tej przyjaźni.

wtorek, 18 października 2011

Łajza part. XI

-Wracaj do domu i nie pokazuj się, nim nie wydobrzejesz – P. otwiera któregoś wieczoru jej drzwi, niczym matka, której dziecku coś się stało. Ubiera się pospiesznie w kurtkę i widać, że nie na rękę jej to spotkanie. T. chcę ją zatrzymać bo wie, że przyjaciółka pójdzie do klubu sama. Że zostawi ją na pastwę koszmarów. Ostatnio się boi. Nie chce samotności.
- P. Zostań ze mną – szepce, bo drży na myśl, że jak P. ją odprowadzi po tym jak, nie daj boże, nie zgodzi się, by T. spała u niej, zobaczy jej dzieło w mieszkaniu Francuzki. Pokój, który mógłby być jej pokojem, imitację jej przestrzeni. A na to za wcześnie. Robi więc błagalną minę.
- P. chcę nocować u ciebie, tak bardzo się boję koszmarów.
-Dobrze - po chwili wahania P. daje za wygraną. Tylko weź coś do ubrania, bo nie mam żadnych koszul, pidżam ani t-shirtów.
I po chwili, stoją przed domem T. Ta każe na siebie czekać. Ale przyjaciółka nie zadaje pytań. Wykrada jej tylko papierosa z kurtki.

Po chwili ciągną za sobą reklamówkę z książkami, płytami i wielkim ręcznikiem, w który mogą się obie wtulić. W tym ręczniku zresztą potem usypiają, osłonięte dodatkowo wyliniałym kocem. Znaczy, chuda T. usypia, bo P. znów się wymyka do klubu, pospiesznie przekręcając klucz w zamku. Ale taka już jest. Przynajmniej wiadomo, że jest w pobliżu.

T. miała wtedy wyjątkowo piękną noc. Nazwała ją miękką nocą z miękkim snem. Śniła jej się P. w jakiejś niebywałej kreacji. Cekiny świeciły znad jej czoła, miała przy sobie różdżkę i czarowała tłumy. Potem stanęła za Djką i zaczęła kręcić płytami. Ludzie wpadli w szał. Darli szaty, generalnie było niewinnie, jakby cofnęli się w czasie, kiedy nagość nie była tematem tabu. I nad tym plemieniem P. szeptała zaklęcia. -To było dobre – nad ranem były obie i T. usłyszała, jak P. jej przez sen szepce. Przytuliła się do chudego ciała przyjaciółki i ciągle wymawiała te słowa. T. popatrzyła z miłością na przyjaciółkę i wyszeptała, że już zawsze będą razem. Jak w telenoweli. Żyć nie umierać.

Teraz wie, że popełniła błąd. Po pierwsze, nawet we śnie P. słyszała ostatkami świadomości, co T. jej mówiła. Po drugie: odkryła się przez P. całkowicie, jak żółtodziób, który nie umie grac w karty i przegrywa za każdym rozdaniem. Dlaczego dziś tak sądzi?

Napisała do P. krótkiego maila, że było jej cudownie. I czy może raz jeszcze nocować. P. odpowiedziała krótko, tajemniczo:

, Sent: March, 18, 12:21
Czekam. Mam dla ciebie niespodziankę. Sprawdziankę-niespodziankę :)
P.

Wtedy jeszcze nie wiedziała, raczej tylko czuła, że coś jest nie tak. Kiedy dotarła do P., ta bez słowa pokazała jej na drzwi i sama zarzuciła na siebie kurtkę. Zero czułości, zero nagrody. Chłód i milczenie. Została w jej domu, który stał się teraz ich wspólnym domem, i zagryzała wątpliwości talerzami frytek z dużą dawką keczupu. Dzień, noc, dzień, noc. Pory dnia przestały mieć znaczenie, bo nic się nie wydarzało. Aż do momentu, kiedy nie wylała do zlewu jakiegoś stęchłego piwa. Wtedy zostawiła jakiś tok-szoł w telewizji.
-P. gdzie jesteś, dlaczego ode mnie uciekasz. Znajdę cię. Tylko nie oddalaj się – wybiegła pokracznie na schody.

Kolana nadal bolały. Chwiała się, jakby stąpała po grząskim gruncie. A to przecież chodnik, o który teoretycznie dbają władze miasta. To jednak nie tylko kwestia obolałych nóg. Szła, chwiejąc się, bo nie wiedziała, co się zmieniło. Po prostu, tajemnicze spojrzenie niczego nie mówi, ale ty coś czujesz. Mówi Ci to cierpła skóra, ścisk w żołądku, bezsenność i brak apetytu. A wtedy idąc, kolebiesz się jeszcze bardziej.

Tak chwiała się przed P. A kiedy złapała się rękawka jej błyszczącej kurtki, traciła grunt pod nogami i padała raz za razem, rozwalając sobie kolana na nowo. P. była niestabilną gałęzią, odartym z jakiegoś pnia drzewa mchem, który dawno popłynął z gliniastą mazią błota podczas powodzi. To sobie wyobrażała. Jakby była zaklętą w „Kubusiu Puchatku” małą istotką, niewinnym Prosiaczkiem, który podczas powodzi Stumilowego lasu próbuje znaleźć Chatkę. Jej Chatką było miasto, a Kubusiem, rzecz jasna, P. Czasem łapała się jej nóg, ilekroć udało jej się wybadać trakt, na jakim poruszała się właśnie miarowo i zamaszyście. Im dalej jednak P. przepadała i im bardziej kręte ścieżki wybierała, tym bardziej, coraz bardziej przezroczystej T. trudniej było iść. W końcu już tylko siedziała jak pies, czekający na swojego pana pod sklepem, pod drzwiami kolejnych ludzi, do jakich P. zachodziła.

P. znajdowała ją w stanie uśpienia. Oparta o ławkę, podparta ręką, wyglądała tak niewinnie. Była tylko coraz bardziej brudna. Coraz bardziej żałosna w dziurawych spodniach i z plamami krwi na wysokości kolan. Brała wtedy apatyczną T. pod rękę i wychodziły z kolejnego podwórka, mijając kolejny śmietnik i potykając się o kolejne butelki po piwie, pamiętające świetność ich wieczorów sprzed tygodnia. T. łapała wtedy kruchą stabilność, budziła się ze swojego otępienia, patrząc spolegliwie na swoją przyjaciółkę. Ta odwracała do niej głowę, patrzyła po niej przeciągle, jakby zamyślona, po czym puszczała jej rękę z obrzydzeniem w oczach. T. pamięta ten grymas. Buzia w podkówkę, pretensja w głosie.
-Idź stąd! Zostaw mnie i wracaj do domu! - krzyczała przez łzy. T. padała spektakularnie na chodnik, traciła na chwilę oddech. Dlatego nie dawała żadnej riposty, żadnej sensownej odpowiedzi na apele P. Teraz śmieje się, że zbliżała się do poziomu nieprzeciętnej w umieraniu. Ale wtedy naprawdę miała ochotę umrzeć. Być ofiarą przyjaźni. Odtrącenia. Dlatego czołgała się do najbliższej ławki i, w spazmach, połykała suchą bułkę.

Właściwie pamięta ten okres jako urywki, które dopiero teraz układają się w sensowną całość: najpierw płacz P., lżenie czołgania się T. i jej czekania na nią, potem szczerzenie wielkich zębów w wykrzywionym uśmiechu. I silne szturchnięcia, kiedy T. desperacko łapie przyjaciółkę za rękę. Zostawiła ją samą na środku miasta, pośród tłumu machającego kończynami, który w stanie T. wydawał się niezdrowo pobudzony.

Stała jak kołek jednego wieczoru w bramie jakiejś obdrapanej kamienicy, czekając, aż pojawi się P. W końcu powlokła się chwiejnie do klubu, wzbudzając sensację.
-Co ci się stało, ale masz kolana – nie mogła opędzić się od dotyku ciekawskich. Siedziała na kanapach, popijając piwo, które jakaś litościwa dusza kupiła, bo przecież „biedaczka jest jak przećpana, wycieńczona, trzeba ją dowodnić”.

Nie interesowała jej ani muzyka, ani zwykłe przetasowania, kto z kim, kto aktualnie nadaje z djki, w jakim nastroju jest właściciel klubu, krążący o tej porze po salach i polujący na mięso.

Najsmaczniejsze mięso kręci się o tej porze na stołach. Wije się, skręcając szyję i biodra w wymyślne figury. „You can be my lover” , wtóruje im dejot. Powietrze jest przesycone chucią. Parują pory, sala dymi od chemicznie spojonych par. Światła porażają wzrok, lasery zamazują widoczność. Znów ręce w górze, nogi wybijają lubieżny rytm. Raz, raz, obrót. Raz, kiwanie głową, dwa ramionami, trzy biodrami. Raz, dwa, trzy. Spróbujmy z partnerem. Raz, dwa, trzy. I znów od początku.

Wydaje jej się, a może to się dzieje naprawdę, że tańcząca masa macha kapeluszami kowbojskimi i wiwatuje czyjeś urodziny. Skrecz dejota i po nim kilka „sto lat” każą jej odwrócić głowę w stronę przeciwległej kanapy. Na czerwonej skórze siedzi trzech ulizanych clubberów, których obie z P. widywały, jak nad ranem wtaczają się do klubu, klepiąc po tyłkach wszystkie spotkane dziewczęta. I teraz ta banda seksistów siedzi rozkraczona nad piwem i zapraszającym ruchem pokazuje, że ma pod dostatkiem białej substancji. Nie, ta biała góra wprost przesyca powietrze chemiczną wonią. T. pociąga nosem.
-Nie - dziękuje. Jeden z przylizanych seksistów nie daje jednak za wygraną.
-To może tortu? - i ze śmiechem wskazuje na...głowę świni. Trzej seksiści parskają do siebie z zadowoleniem wprawienia w osłupienie kolejnej „blondynki”. Choć, T. mogłaby przysiąc, ich śmiech był podobny do chrumkania. Chrumkk, Chrumkk - Trzy seksistowskie świnie zapaliły świeczkę w oczodole brunatnego łba.
-Sto lat, sto lat – pukała się w czoło T., nim nie zasłoniły jej widoku jubilatów panienki w kapeluszach. Znów zrobiło się gorąco...

W tym ukropie T. wreszcie zauważyła P. jak wita się z Trzema Świniami. Też odmawia skosztowania szczytu białej góry, która teraz wręcz świeci w kontraście z czarnym stołem. Ale po chwilowym olśnieniu T. wraca wzrokiem do P. Jest tak inna! Paznokcie krwiście czerwone, makijaż ostrzejszy, niż zwykle.

P. była krzykliwa. Jeszcze jej tak wulgarnej nie widziała. Mini świeciła srebrnymi nitkami. Czarne futerko, współgrało z jej czarnymi oczami. Cała była na czarno. A jednak wrażenie niesmaku i dysharmonii było dojmujące. P. przesadziła. Żadna z niej syrena, prędzej przepita Kirke w okresie przekwitu. Tak, wyglądała jak czterdziestoletnia „Kuguarka” - uosobienie przestarzałej singielki, niebezpiecznej, bo zdeterminowanej. Czyhającej na młodego samca. Nieznośnie samotnej. „Cechuje ją mocny makijaż, fryzura wysoko postawiona, aż pod sklepienie parkietu. Szczególny akcent kładzie na uzębienie i paznokcie. Nosi niedbałe, skąpe stroje”, jak czytała na głos P. artykuł przed jednym z wieczorów.

Wszystko się zgadza. P. ma dla siebie rolę. W dokumencie o singlach, który razem któregoś z nudnych wieczorów oglądały u niej.

„Kuguarka” P. wreszcie dostrzega T. siedzącą na dziurawej kanapie w żałosnej pozie ze skrzyżowanymi kolanami. Taką skuloną i malutką. Bo T. jest wielkim wyrzutem. Poczuciem winy.
-A niech to – podchodzi do T. popijając jej piwo – po coś tu przyszła, chyba nie czekasz na mnie. Zaraz cię rozerwę – i prędko się ulatnia z absztyfikantem – jedną z Trzech Świń. Najbardziej pulchną i aberracyjną. T. macha ręką, z trudem udaje jej się wstać i pochwycić wylewające się piwo. Ale P. uciekła.

Po chwili dźwięcznie i po marynarsku wchodzi schodami i przysiada się do niej, tak, do niej, jakiś brzydal. Znajomy – przedstawia się. Stukają kufle, odległość między nim, a T. maleje. Niemal siedzi na jej udzie. T. syczy z bólu, co tylko rozochoca śmiałka. Pociera bolesne miejsca, głaszcze kolana, patrząc znacząco spod krótkich rzęs i małych, wąskich oczu. W końcu zadaje sakramentalne pytanie, czy naprawdę jest paralityczką, bo jej przyjaciółka powiedziała, że T. jest dziewicą i że przez swoją niepełnosprawność nigdy nie spała z facetem. T. przypomina sobie, że złapała wtedy ostatkiem sił kufel i uciekła, kuśtykając, na bramkę, skąd pozwolono jej wyjść z klubu. Odprowadzało ją nieufne spojrzenie selekty i pytające cześć od gawiedzi. -Jesteś niesmaczna P. - szeptała, popijając piwo bez gazu. Umazana błotem, wróciła do jej mieszkania.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

ŁAJZA PART X

Na razie wloką się przez miasto. P. nie ma na twarzy wypisanej tęsknoty za domem. Zresztą, jest teraz gdzieś indziej. Mamrocząc, spogląda czasem z ironią w kierunku T.  Zerka rozgrzanymi oczami. T. patrzy na nią pytająco, jak zwykle w takich gierkach. Ciach, P. ucieka spojrzeniem. A może to ona, T. jest górą? Bo odkrywa się dla niej i jej intencje są czyste? P. znów patrzy na nią. Chuda T. stara się zrobić jak najjaśniejszy znak zapytania mrugnięciem. Poszerza pole widzenia. I już P. nie ma. Dodała tylko przewrotny uśmiech, taki skrzywiony, połamany na dwoje. Teraz, jak przypomina sobie chudzielec strojący miny przed lustrem, widzi że P. ma krzywe zęby. Odwzorowuje krzywiznę w giętym uśmiechu.
-Co dalej? - Macha do P. ręką. Bo właśnie dostrzega znajome twarze. P. jednak idzie dalej. T. krzyczy, że widzi kogoś z klubu. P. nic. Nawet nie odwraca swoich wypiętych pośladków. Przechodzi przez ulicę dalej, w stronę parku. T. zostawia ją przez chwilę, nadziewając się na bardzo rozszerzone oczy chłopaka i dziewczyny, których spotykają co tydzień na imprezach. P. przecież wykorzystałaby okazję, by z nimi pokojowo współistnieć w dymie zielonego błogosławieństwa. T. jest więc na ruszcie spojrzeń, nieco zamglonych, nieco zamroczonych wczorajszą, a może przedwczorajszą plątaniną ciał i godzin.

-U nas nie wiadomo, co jest dniem, a co nocą – to mówili, kiedy pokazywała im, żeby założyli okulary.
Dają znak, że idą do bramy. T. kiwa głową, że rozumie. Posłusznie idzie gęsiego za tajemniczą parą, nieco na bakier z rodzajem. Ale to takie ładne: być chłopcem ze szminką na ustach, różem na policzkach i utrwaloną lakierem fryzurą. Pachnieć CK lub inną uni-homosex perfumą. Chodzić w drogich, obcisłych spodniach i wypinać rozkosznie pupę w drobiącym kroczku. Bo on istnieje zdrobniale. Nawet, jak się śmieje, to filtruje to w śmieszek. Jak mówi, jego usteczka szepcą słówka i dyszkantem wyśpiewują, skąd mają towar. Ach, lizakowy chłopcze, szkoda, że jesteś feminofobem. Bo partnerka jest Twoim zaprzeczeniem. Krótkie, niedbale objechane golarką, pewnie jego rekami, włosy, pulchna, nawet wulgarna twarz z dużymi ustami, jakby przygotowanymi do wykrzykiwania basowych przekleństw i rozkazów. Ogrodniczki i obdrapane paznokcie – ta kobieta jest robotnikiem imprezowym. Albo ucieleśnia fantazje lesbijskie. Nieociosana FEMINA, siły pełna. Mało co nie rozkruszy fajki, napełniając ją niesamowitą wonią pól z dalekich podróży. Już, szeptała wtedy T, teraz ja. W zasadzie nic nie mówią. Mają do siebie zaufanie w ograniczonej, ale istotnej mierze. I to wystarczy, aby obdrapana brama stała się komnatą tajemnic, kolorowym tunelem na świat. A niech sobie patrzą przechodzące echa. Niech wściubiają twarze. Niech węszą. Liczy się ta chwila, która zaraz odwróci się na pięcie i pomacha na pożegnanie szklanym kluczem do błogości.

Biegnie do P. mocno zziajana. Trochę za długo trwała jej podróż. Teraz stąpa z trudem, musi wkładać dwa razy więcej siły w aktywności motoryczne. Jest cholernie nierówno, płyty chodnikowe po prostu tańczą, a jej nogi komicznie się plączą. Zresztą, walc jeszcze nikogo nie zabił. Może to zrobić samochód, który właśnie muska ją karoserią.
-A gdzie trąbie-nie patafiaaaanie? - widzi jakąś pięść, ale to jej nie dotyka. Może to nie do niej? Tańczy dalej. Nie, jest na jakiejś ławce. Wiruje więc statycznie. Głowa zamyka pory na absorpcję otoczenia. Ale tu ziellooono. Idzie jakąś łąką, kwiaty się wiją po stopach. Albo to jaszczurki. Są bardzo kolorowe. Bosą stopą T. dotyka miękkiego podłoża. Ma ochotę się tu położyć. Na troszkę. Tylko na troszkę. To chyba usiądzie, bo ta łąka nie jej.

Zadziwiające. P. zawsze ją znajduje.
-Tym razem przesadziłaś – mówi - zaprowadzę Cię do lekarza, tylko mi się tu nie rozklej, bo cię wrzucę do kontenera na śmieci. I się udławisz brudem i odpadami. Zazdroszczę Ci tripa. Ale ja z plastikami nie gadam. Niech sobie kręcą, mielą, palą, lubię ich tylko dopasowanych do tapet klubu. Bo w zasadzie tylko tam się nadają. Wstań, masz krew na nogach. Plastiki muszą mieć domieszkę czegoś innego w swoim towarze, że tak fruwasz oczami po drzewach. Specjalnie Cię uraczyli...ona ma na ciebie ochotę, ale może sobie na ciebie pozwolić tylko wtedy, kiedy mnie nie ma. Bo przecież jesteśmy idealnymi lesbijkami, prawda? Myślisz tylko o tym, żeby być ze mną, a ja Cię teatralnie odtrącam. Adieu miła ma!- macha chusteczką higieniczną - jadę w podróż, a Ty poustawiaj po mnie ludzi, by się nie burzyli, zastaw kosztowności. Księgowość musi być dobrze prowadzona. A, i odpraw z łaski swojej tego amanta od siedmiu boleści. Tak na wieki wieków. Amant. Amarant. Amalgamat. Dobrze było?

P. naprawdę powinna żyć w innej epoce. Idealnie odnalazłaby się w czasach intryg dworskich. Madame de Pompadour – proszę bardzo. Markiza de Merteuil – wyśmienicie. Anna Boleyn – szczyt marzeń. Mogłaby wpływać na świat mężczyzn, nie ruszając się z łoża. Przebiegła kokota. Metresa. Rewolucjonistka w jedwabnej pościeli. Pewnie szastałaby pieniędzmi, aby kogoś przekupić, aby kupić przychylność. A potem rozchylałaby swoje białe uda, aby koligować, rozdzielać i rządzić. I pisałaby mnóstwo listów. Do kochanków, aby zabijali zuchwałych młodzieńców, którzy nie wpadli w jej łaski albo którzy byli tak aroganccy, że trącili jej rąbek sukni. I jej duma podpowiadała: zgładzić. Albo żeby truli natrętów, których nie miała ochoty dłużej znosić. Te ich umizgi, maślane oczy. Jakież sygnały dawali wachlarzami, a w zielonym labiryncie w ogrodzie przepadali, żeby tylko ją odnaleźć! I uwieść. Choć to ona prowadziła. Trudno jest dać im nie wierzyć, że to oni są siłą sprawczą. A przecież to ona ich wabi. Ona – czarna wdowa po nienarodzonej miłości. Miłosierna, co spaliła testament psa. Jej suknia służy schronieniu tylko wybranym. Którzy nie odpowiadają na listy, którzy nie dają się prosić, którzy mrużą wytrawnie oczy, pałając spojrzeniem w kierunku innych. Bo dopiero to, co jest nieosiągalne, ma sens. Za każdym razem udowadnia sobie, że ten, który spogląda na nią zimnym okiem, jest wart intrygi. A kiedy stanie się gorący i ulegnie, grzebiąc szansę na bogate wiano jakiejś markizki lub hrabianki, porzuca go, zgryzionego, zmiętolonego jak list, który zaraz powędruje do kosza. Wtedy mogą udać się tylko na wieś, mogą też próbować się mścić, stając w rzędzie odstrzelonych korpusów lub podziurawionych szpadą ciał, które pieczołowicie układają jej wielbiciele. Ich zaś ratuje tylko niezwykłość pod jakimś względem. W jej zastępie zatem stoją: fechmistrz, przewodniczący zgromadzenia, sędzia ziemski, książę, król i nawet jego żona, bo ona stała się jej przyjaciółką. Dzięki niej królowa wie, kto spiskuje na dworze. Biała dłoń P. w białej rękawiczce nigdy przecież nie zbruka się krwią. Od tego są dekrety i wykonawcy dekretów. Czy kiedyś kochała? Pewnie tak, ale nie pamięta. Nie był to żaden hrabia de Valmont. Tamten był za miękki. Kochankiem mógłby być tylko ktoś taki jak Henryk VIII. On miał gest. Tysiące chciało go zgładzić, a on ich ładnie wypatroszył, kiedy wyśpiewali, kto jest w zmowie z nimi. Jakże to piękne mieć taki gest i oczyścić dwór z pyszałków, intrygantów kiepskiej maści, kundli, co udają charty, eminencji inkwizycji, pachołków rewolucji. Tak, tylko ktoś taki mógłby ogrzać jej serce. Bo to serce lwa, któremu trzeba podniet i królewskiego nasienia. Wtedy metresa użyczy rąbka sukni-kontynentu. Tak by mówiła i pisała do swojej zaufanej przyjaciółki gdzieś na wsi.

Może P. czeka właśnie na tę rolę? Może z trudem odnajduje się w przeciętności, gdzie upychają ją w roli „dziewczyny z sąsiedztwa”, dla każdego takiej samej, ani łatwej, ani skomplikowanej? Może tonąc w tej nikczemnej nijakości marnieje - zastanawiały się nad tym, siedząc na odrapanej ławce i czekając na wieczorne zorze. Nawet deklamować się nie chce, bo nie ma czemu dziękować. Ta epoka jest popierdolona. Bo nie można się w niczym wybić. Nikim tak naprawdę nie zostaniesz. Już wszystko było. Nawet zabijanie wyszło z kanonu sztuki. Została lichota. Przeciętność. Sąsiedztwo. Czyli nikczemne podpatrywanie. Kto ma, kto nie ma, kto może, komu nie staje sił. Kto wie. Kto nie. I zawsze ta relacja władcy-podwładnego. W zdobywaniu informacji, w odkrywaniu nowych płaszczyzn, w hańbieniu. Nie wysilaj się. To wszystko po nic. Nawet ta Twoja krew zaschnie i nikt nie zwróci na nią uwagi. Dziś prawdziwe okazują się charakteryzacje, sztuczność. Ty możesz umrzeć. Reszta przeciętnych, niedorobionych z nieodrobioną lekcją życia nie zauważy nic. A możesz umierać na ich kolanach.

Kolana T. przeschły. Przeczołga się na nich jeszcze nie raz, dlatego przezornie zostawia twarde strupy, by przynajmniej mówiły, co działo się w jej głowie. I żeby przynajmniej dziś uważać na siebie. Wystarczy tych stygmatów. P. patrzy z wyrzutem, troską?
-Nie martw się P. Mam cię dość – żartowała wtedy.

sobota, 6 sierpnia 2011

ŁAJZA part IX

I znów reminiscencja. Dużo ich, ale tak ma być, skoro krótkowłosy chudzielec ma zacząć nowe życie. Trzeba pamiętać. Więc pamięta, jak bardzo tego dnia dłużyły się jej godziny. Przeciekały przez palce, jak lepka guma do żucia, której ktoś musi się pozbyć i jeszcze nie jest dostatecznie miękka, by ją gdzieś zostawić. Czekała, patrząc na własny pokój. Po raz pierwszy zobaczyła, że jest bardzo obcy. Taki suchy i bez ducha. Książki w meblościance, sterczące bez celu i kurzące się, odkąd odeszła ich właścicielka, emigrantka francuska bez chęci powrotu, politurowany stół, w komplecie z meblościanką. Rozklekotane krzesło, pamiętające czasy przedwojenne. To wszystko stało i było wyrzutem dla zmiany, jaka w niej postępowała. Wcześniej była przecież anonimową użytkowniczką. Szybko żyć, nie ingerować w przestrzeń. Bo ona jest zastana. Tymczasowa. Ale odkąd jest P., trzeba ją oswoić. Nie pytać właścicielki o zdanie. Tym bardziej nie powinno obchodzić zdanie sąsiadek, wszystkich bez zajęcia na emeryturze. Gros życia takich staruszek żyje życiem innych. Trzeba nakarmić ich ciekawość.

Czekanie wypełniało jej więc przestawianie mebli na podobieństwo ustawienia mebli u P. Było to szkicowanie przestrzeni, by przy P. zmienić się w obraz właściwy, mural na jej cześć. Przestrzeń ma mówić i przypominać o niej. Dlatego monstrualna szwedzka szafa z odzysku ląduje w sypialni. Jej nogi co i rusz się przestawiają. Ale ten ciężar, postawiony we właściwym miejscu, zachowuje nawet swoją pierwotną grację. Mahoniowa, niepasująca do niczego półka idzie na skos. Nie przypomina regału z Ikei, w jaki P. się zaopatrzyła. Dywan, ciężki, ze starej, spłowiałej, błękitnej wełny leży teraz w poprzek pokoju. Stół politurowany koloru orzechowego - pod ścianę. Lampa bez abażuru musi zająć miejsce lampki nocnej. Jeszcze rozkład książek. Tu są subtelności. P. nie zachowała jakiejś logiki w swoich zbiorach. Więc i ona nie zachowa proporcji. Płyty będą się walały obok kryminałów i poezji. A te obok podręczników akademickich, opadających swobodnie na łóżko. Łóżko ma wreszcie być pełne kolorów. Narzuta, gdzie ta przeklęta Francuzka ułożyła swoje chusty. Przypomniał jej się teraz materiał w kolorze zielonym, nie spłonął, bo spadł pod łóżko. Dobre i to. W każdym razie kopia jej pokoju była, na ile to możliwe, wierna wzorowi P. To, co pozostało, usunęła. Wiklinowy kosz, śmieci. Abażur o nieokreślonym już kolorze, noszący w sobie kilogramy kurzu: śmieci. Pluszowy fotel z białą narzutą, bardziej zakurzoną, aniżeli sam mebel, wyrzucić. Albo – przestawić w miejsce bardziej neutralne, w strefę ziemi niczyjej. Kuchnia, łazienka, piwnica. Teraz powinna go zabrać do nowej przestrzeni. Ale wtedy: -niech będzie pustka. Pustość. W krzyczących, agresywnych ścianach. Plafony – pochlapane szarością. Trzy ściany koloru oranż. Jedna – chłodny błękit. Jeszcze inna – Pollock. Ale frajda! Świat od podstaw, który ma jeszcze swój immanentny sens. Jak tu teraz szaro. Czas na kolejną zmianę – krótkowłosy chudzielec ogląda ściany z wyraźną dezaprobatą.

To, co się wydarzyło dalej, wyglądało tak. Rozpływa się w farbie, o odcieniu pochłaniającym, to znaczy takim, jaki powstaje po zmieszaniu wszystkich barw podstawowych. Szaro-króliczym. Nieokreślonym. Umazała w nim całą siebie. Ślady nosi też podłoga w jej odmienionym salonie-sypialni. A ściany? Nie są idealną kopią. Malowała przecież wcześniej tandetne pejzaże, nie gładkie, monochromatyczne powierzchnie rozmiaru dziesięciu płócien ułożonych jedne na drugich. Efekt zadowalający osiągnęła jedynie dzięki półkom na książki i płyty. Materac ściągnięty z sofy dopełnia wizualnego dzieła. Performansu, życio-działania. Czuła się lepiej. Jak nie-ona. I musiała długo podziwiać samą siebie, bo zadzwonił telefon. Jak na złość, nie potrafiła odebrać. Umazane dłonie lądowały niezgrabnie na klawiaturze słuchawki, lepiąc się do siebie. Czerwień obudowy pokryła szarość.
-Słucham. Jestem spóźniona? Nie zauważyłam, przepraszam. Przyjdę. Tak. Ja...
Już jej nie ma.

Wizualizacja: zbiega po schodach w rytm muzyki z zewnątrz. Zdaje się, że odbywa się kolejna parada normalności. Transparenty świecą matkami boskimi i krwawiącymi chrystusami. Swoją drogą, dwunastu apostołów musiało być nieźle wygłodzonymi seksualnie skurczybykami, skoro tak długo poprzestawali z Jezusem z Nazaretu. Joszuą Żydem, którego dziś czczą na przykład narodowcy i prawiąca komunały prawica.

Starsza Pani poprawia beret, który i tak ląduje jej na szyi. Podarek dla P. Trofeum z autentycznej oszołomki. Różowy moher, bardzo przyjemny w dotyku. Miękkość jest jednak, jak na złość niczym homilia po Credo, złamana szpilką z brylancikiem z bazaru. To paskudztwo kuje ją w palec. Próbuje zatamować krew, przesuwając się w pochodzie. Korek ludzki jest jeszcze gorszy, niż samochodowy. A korek zawodzący i modlący się...Dostrzega P. Ta szczerzy się, jak handlowiec reklamujący tandetny towar. Wiara za pół ceny! Wierni, przystąpcie do ostatniej komunii! Niezawodny środek na innowiercę – heretyko-lep! Macha do niej, ale ona nie widzi jej spoza beretów i rzędu chrystusów na krzyżu, tłumów w szarych, ewentualnie burych płaszczach, jesionkach i spódnicach zakrywających szczelnie oznaki kobiecości.

Jest tu jedna taka. Stara-malutka. Medalik na szyi, włosy ułożone w schludne warkocze. Sweterek zapinany na wszystkie guziki. Wijąca się pod nim filuternie biała bluzka z falbanami. Rozmodlony wzrok. Idealna adeptka klasztoru niesie transparent z napisem: „Nie” dla zboczeńców. Ziarno nienawiści ma długie szpony, ukryte właśnie pod postacią gładkiej, jedwabnej skóry świętoszki. Wreszcie P. macha do niej, T. zalotnie ręką, jakby trzymała modlitewnik i miała jakieś 60 lat więcej, niż ma. -Chodź, wybaczam Ci, a teraz chodźmy stąd - mówią jej oczy.

Przesuwają się z wolna w korowodzie aniołów z podciętymi skrzydłami, dobijając do sklepu, uśmiechającego się z witryny ustami postawnej blondynki w obcisłej siatce z otworami na piersi i krocze. „Ogród Przyjemności”, czytają, kiedy dociska je do muru ostatnia ze świętych z zakonu beretian. Że też tego nie zauważyły, sunąc w ekstazie. Brakuje biczowania i zawodzenia nad stanem polskiej kultury. P. patrzy przenikliwie. Otwiera drzwi. I w tych drzwiach daje jej, T. długi pocałunek w usta. Subtelnie, niemal muskając końcówkami warg. Kręci jej się w głowie. Osuwa się na witrynę z botkami. Dwadzieścia centymetrów obcasu. Przezroczystego, kującego w oczy szpicem. P. starannie obraca jej błyszczącą skórę botka przed oczyma. - Ubierz go - rozkazuje. Jej oczy śmieją się, ale nie jak dawniej. Ironia pomieszana z ciekawością. T. podejmuje grę. Blondwłosa ekspedientka, wyglądająca na nieledwie „powróconą” z wielodniowej imprezy, niechętnie podaje drugi niebotyczny botek. T. próbuje sobie poradzić, stara się naciągnąć błyszczącą skórę na swoje nogi. Botek sięga coraz wyżej, aż do ud. Mocuje się z zapięciem. Poci się, ale wkłada dzielnie czarne fetysze męskich dłoni. A P. patrzy i zaczyna się śmiać.
-Podejdź do mnie - krzyczy rozbawiona. No dalej, nie ociągaj się!
T. stoi niepewnie, podpierając się ścianą. Ekspedientka obojętnie układa porno dvd na srebrnych półkach. Homo, hetero, bi. Znów kręci się T. w głowie. Robi dwa kroki, może więcej. Po kilkunastu sekundach leży na podłodze, w salwach śmiechu, jakie jej zgotowała P.
-Nie potrafisz sprostać moim oczekiwaniom. A tyle sobie po tobie obiecywałam - drwi.
Pokazuje na nią, T. palcem, po czym wychodzi, odwracając się na pięcie. Z efektownym obrotem. Kilka minut oczekiwania ma T. podnieść na ciele i duchu z pomocą zmieszanej i zarazem wkurzonej ekspedientki. P. nie wraca. T. zdejmuje pokrzywione obcasy, płacze. W czerwieni pomieszanej z dyskretnym błyskiem światła uv ekspedientka powraca do swojego stanu obojętności, T. targa spazm. Patrzy na te wszystkie filmy, w których kobiety występują w tych niebotycznych botkach i wyje: nie umiem, nie jestem stworzona do rozkoszy. Nie wiem, co znaczy być obiektem czyjejś przyjemności. Bo te blond laski, mulatki i latynoski pod płaszczykiem ekstazy niosą ze sobą ból i upokorzenie. Autostopowiczki, sekretarki, nauczycielki, zakonnice, uczennice. Wszystkie są wytworem męskich fantazji. Są, bo ich pożądają męskie oczy i ręce. A ty P. postawiłaś mnie obok nich Jak ci nie wstyd!

T. podaje w całkowitym struchleniu fetysze z przezroczystym obcasem. Blond wiesza je na haku, jak były poprzednio. Zero śladów stłuczki z brukiem. Z rzeczywistością, co sięgnęła podłogi. Z ryczywistością. A w głośniku ironizuje post-Elvis, Billy Idol. „Cradle of love”. Z półek z dvd wyłania się T. portret psychologiczny klientów: panów po czterdziestce, co chcą nowych podniet. Lata 80-te są więc w cenie grubych wydatków na hiper-botki lub bieliznę z dziurami dla partnerki. Albo dla siebie.

Kasety w kategorii Bi przegląda zresztą jakiś dobrze sytuowany, na oko czterdziestoletni właśnie, dobrze wyposażony w przyrodzone i nabyte mięśnie, mężczyzna. W jego ręku spoczywa już jedna płyta. Uczennice. Smutne spojrzenie T. spotyka się z jego, nieco już rozpalonym własną fantazją, mieszając się ze wstydem, że cokolwiek pomyślał i ona cokolwiek zauważyła. W miarę, jak go ocenia, od stóp, do głów, jego spojrzenie przesuwa się po kasecie. Odwraca się na chwilę do regału, po czym, lekko przechylając głowę, że niby ogląda inne pozycje z zakresu interesującej go dziedziny, wpatruje się w jej twarz. Jej spojrzenie dryfuje od obrączki, dumnie błyszczącej na serdecznym, do łysinki, dyskretnie zakrytej mozolnym zaczesywaniem. Piękny i młody gieroj, co go trochę życie przeczochrało. W końcu T. patrzy już tylko na płytę. Gieroj to widzi. Głowa przechyla się jeszcze bardziej, w końcu twarz oblewa rumieniec. Spogląda na płytę nieruchomo, potem raz jeszcze taksuje T. wzrokiem, stojąc do niej bokiem. A ona patrzy. Teraz już ostentacyjnie. Nie daruje mu tej uczennicy. Profesorek, co chce „edukować”. Odłóż tę kasetę, szepce. Jej niezauważalne ruchy warg gieroj nieuchronnie rejestruje. Coś dzieje się w jego głowie, bo teraz patrzy na nią z wyrzutem, bezpośrednio, twarz w twarz. Oczy błyszczą, zaraz wybuchnie, dlaczego ona mu zabrania? Patrzy na ekspedientkę, zajętą oglądaniem własnej komórki, brak wsparcia z jej strony.
Co za obsługa - wzdycha i odkłada swoją płytę.

W tej samej chwili ekspedientka budzi się ze swojego letargu, patrzy na T. pytająco, po czym odprowadza znikającą łysinkę w płaszczu od jakiegoś polskiego projektanta, bo nieco old-fashioned, do drzwi.
-Zboczeniec! - T. nie wytrzymuje i rzuca w twarz coraz bardziej zdziwionej ekspedientki, po czym słyszy na odchodnym, jak tamta daje jej po plecach:
Żeby jeden.
Biedna dziecinka – macha ręką T. Pewnie przez telefon relacjonuje co lepsze przygody kawałków mięsa, co chcą odświeżyć swoje życie seksualne.

T. się więc oddala, ale znów cierpnie jej twarz. Jest skrzywiona, bo tylko towarzystwo P. może sprawić jej przyjemność. Chce się z nią podzielić przygodą. Jej nie ma. Nie odbiera, jak do niej dzwoni. Abonent niedostępny. Pewnie P. uśmiecha się wtedy: naiwniara, niech się dalej stara. A ona, T, nie przestanie. P. jest jej potrzebna, nawet, jeśli nie chcesz jej w swoim świecie. Nie ma odwrotu. Kiedy już T. w nim jest, jest nieusuwalna. Szepce, jakby chciała P. przywołać, nadałaś mi tożsamość, której nie możesz tak po prostu zmienić. Mówiłaś, lubię modyfikować ludzi, patrzeć, jak naginają siebie do moich celów, jak, tak nieistotne wcześniej fakty, nagle nabierają dla nich znaczenia.

Wpis w pamiętniku nie pozostawia wątpliwości, że coś się wydarzy:

„Znów Marzec.
Teraz to, co widzę, jest dla mnie inne. Nie potrafię już inaczej patrzeć. Widzę kolory, które kiedyś były dla mnie szarością, widzę kształty w ich podskórnym życiu. Pulsujące, dynamiczne. Mój mózg jest wyczulony na każde drgnięcie materii. Dałaś mi to, dlatego nie pozwolę sobie tego odebrać. Nawet teraz, kiedy stłukłam kolano, upadając na podłogę ekskluzywnego sex-shopu. Czerwień krwi jest dla mnie bogactwem, uniesieniem, a nie incydentem, któremu mogłam zapobiec, ale „byłam tak nieuważna i roztrzepana”, jak mawiała moja matka, że tego nie zrobiłam. Precz z matkami i ich filozofią kształcenia „do świata”! To wyłącznie kształcenie „od świata”. Usypianie, a nie uświadamianie”.

Wpis się urywa, ale chuda pamięta i to, że nazwała się stygmatyczką. To, że z palca i kolana wciąż tryskała jej krew, nic nie znaczyło w sensie fizycznym. Po prostu przechodziła metamorfozę. Była jak poczwarka, którą P. miała zmienić w motyla. I chyba była tak osłabiona, że zemdlała. Bo otwiera w którymś momencie oczy i widzi, jak bliża się do niej wielka twarz. Usta mówią w monstrualnym zbliżeniu, że ona potrzebuje pomocy, halo karetka, dziewczyna powłóczy nogami, z których cieknie krew.
-Skaleczyłam się, tylko skaleczyłam się, wkładając buty – dyszy T.
Oddając się masochizmowi, jeśli wielka twarz z ogromnymi ustami by chciała wiedzieć.

Zaraz znów oblegają ją ludzie. Tworzą równiutkie kółko. -Co się stało? - zawiadują oczami.
Obywa się bez pogotowia. Dwie silne ręce podnoszą ją skwapliwie.
-Ja niedaleko mieszkam, dotrę sama, naprawdę, skaleczyłam się, ubierając buty na wysokim obcasie – wyrzuca z siebie słowa z szybkością kałasznikowa na rosyjskim poligonie. Aha, nikt nie widział tu takiej krzykliwie ubranej korpulentnej, ale nie grubej, z krótkimi włosami i morderczym spojrzeniem, kotki? No dobrze, niech mnie ktoś zaprowadzi. Dobrze, dam się ponieść.

W tamtej chwili puszczają jej hamulce.
-Jak mogłaś P. opuściłaś mnie, a z tobą odeszła ode mnie cała moja energia -szlocha. - Nie do Pana mówię. Szukam P. Przyjaciółki, wie Pan coś o niej, zostawiła mnie na środku sklepu, żebym się wykrwawiła – ryczy w staremu w koszulę.
-To nie przyjaciółka – poprawia ją mężczyzna. Poprawia też swoją koszulę, żeby mu jej do szczętu nie zaśliniła.
-Nieprawda, ona się o mnie troszczy, ona nie wiedziała, że rozwalę sobie kolano. Ja naprawdę nie chciałam, aby się na mnie denerwowała, wie Pan? To, tylko....tylko...
Starszy, błyszczący od słońca Pan wyciera jej łzy chusteczką.
-Nie płacz, dziewczyno, to nie przyjaciółka, nie przyjaciel, zostaw to -grzmi jej w uszy tubalnym, zużytym na palenie i krzyki domowe głosem.
Nareszcie stoją pod drzwiami Francuzki.
-Zna Pan Panią Marie, jak to miło, to Pana dawna koleżanka ze studiów? Niebywałe. Dziękuję, dziękuję. Pan daje za wygraną, kiedy T. zapewnia go o swojej umiejętności tamowania krwi i dezynfekcji.
-Ja się tym zajmę, proszę się nie przejmować.
Ale kłamie. Pamięta, że kiedy tylko zamykają się ze zgrzytem stare, drewniane drzwi, zasłania zasłony, nakrywa się kocem i szybciutko zamyka powieki. Ratuj mnie, P. - łka jeszcze, haftując wzory na poduszce.

A potem ten sen, opisany w pamiętniku:

„Marzec, nie pamiętam.
Śni mi się krew. Ale nie jest to tylko majaczenie, bo plamię prześcieradło, które potem leży zmięte na podłodze, jakbym z nim walczyła a krzesło straszy stertą rzeczy, wyglądających w nocy jak straszydło z moich dziecięcych gier wyobraźni. Budzę się obolała, że nie wiem już, co jest prawdą, a co wyimaginowanym światem.
Byłam z nią, w jakimś nieprzytomnie zielonym, opuszczonym ogrodzie. P. skakała podekscytowana, że mieszkała w tym domu jako dzieciak. Wejdźmy tam, nalegała i jej oczy zrobiły się tak okrągłe, że dałam się namówić. Byłam z pierwszej osoby, jakbym grała w grę przygodową, ale mogłam patrzeć na P. z wielu punktów widzenia. Brałam udział w intrydze, którą nam przygotowano.
Otworzyłyśmy drzwi. Były oślizłe, pokryte śluzem. W pierwszej chwili stwierdziłam, że w takim domu mogą bytować tylko ślimaki. Ale kiedy weszłyśmy do korytarza, rozwidlającego się na kilka innych zobaczyłam, a P. wykrzyknęła, że zamiast pokojów były wywietrzniki. Wirowały nad nami i unosił się z nich nienaturalny, grobowy wyziew ni to pleśni, ni to jaskiniowej wilgoci. P. nas, głupia, zdemaskowała. Czy tu jest ktoś do cholery!? Jej usta wydymały się nienawistnie. Bała się i była jakaś podkurczona. Cofnęła się bliżej mnie i powiedziała, jak na nią wyjątkowo nieodkrywcze: dom jest opuszczony. Nikogo nie ma. Zacisnęła ręce na moich przegubach i pociągnęła w stronę wejścia do jednego z wywietrzników. Hałas nieprzeciętny. Wywietrznik nie był szczelny, odsłaniał za to podbrzusze pełne korytarzy. Wśliznęłyśmy się. Najpierw, rzecz jasna, ona, potem ja.
P. działała intuicyjnie. I wybierała korytarze, które, jej zdaniem, przynajmniej ładnie wyglądały i nie miały pajęczyn. Błądziłyśmy więc w tym blaszanym świecie, ocierając się o siebie, aż poczułyśmy straszny swąd. Jakby jakiś dowcipniś wyrzucił tutaj gnijące owoce. Potem P. zaczęła szeptać, że coś jej się nie podoba, bo szura kolanami po jakiejś lepkiej substancji, która po bliższym zidentyfikowaniu okazała się krwią. P. odwróciła się. Oczy, niedawno okrągłe, były świdrujące, zielone, skośne w kącikach zewnętrznych. Z ust toczyła się krew, która nas teraz zalewała. Zaczęła się śmiać, a cały nasz blaszany świat zaczął wirować. Odwróciłam się, wiedziona hałasem i jakimś nieznanym przeczuciem. Prosto na nas wjeżdżała kula. Szukałam P. dłonią, aby jej to pokazać. A ona znikła! Nie uciekałam, byłam bezbronna, ale i tak miałam przewagę, przecież mogłam otworzyć oczy i nie pozwolić na dośnienie się snowi do końca. Ale utonęłam w tej krwi, budząc się w momencie, gdy dosięgała mnie ogromna kula, wysadzana zielonymi oczyma. Jeszcze na jawie bolała mnie głowa i nie pomagał kacowy wynalazek, kiedy w końcu odważyłam się doczołgać do kuchni po kubek zimnej wody”.

Wtedy wiedziała, że wpadła po uszy. Sprawdziła w senniku znaczenie snu. I kiedy piła kolejną w tym dniu kawę, aż zachłysnęła się z przerażenia. Sen oznaczał nieoczekiwaną zmianę. Zmianę, której ona nie odkryje do końca. Ale zmiana będzie bolesna. Będzie oznaczać ofiarę. Ona musi ponieść ofiarę.

Więc co? Pobiegła z tym bólem głowy i przerażeniem do P, odzierając miasto z uroczego o tej porze roku kurzu. Zresztą, przechodzący smętnie, kolorowi widzowie, wydawali się i tak zatopieni w swoich rozmyślaniach lub paplaniu od rzeczy. Ich seans życia jest codziennie taki sam. Monotonia story. Te same ścieżki do pracy i do domu, deptanie po czyichś, a potem coraz bardziej swoich śladach. Zostawianie zapachu perfum na odcinku praca-knajpa. A potem echo. Bo w zasadzie do innych dociera tylko echo rozmów, echo dramatów. Stykamy się tylko chwilę, by słyszeć echo. I jesteśmy echem innych ludzi.

Ona jest najdoskonalszym echem swojej P. Powtarza utarte do niej ścieżki. Wije się w tej ludzkiej dżungli, choć przepełnia ją lęk. Czy otworzy, czy temat będzie odpowiedni dla jej uszu? Jest lęk-echem, co tylko popiskuje i najchętniej by się przytuliło do ściany. Zamyka oczy, ale tak nie da się przesunąć bezszelestnie wzdłuż alei pełnej twarzy. Ciągle ktoś nadwątla jej energię. Jedno szturchnięcie za drugim. Nie może się nawet obrócić, bo upadnie, a to koniec rozgrywki. Dostaje więc te kuksańce, bo echa mają tak samo nieskoordynowane ruchy do jej ruchów. Idą, a nie widzą. W końcu T. upada. Ale uparcie trwa w zamroczeniu. Wyciąga ręce do ściany. I natrafia niespodzianie na miękką skórę P.

-Czyś ty oszalała? Co to za eksperyment? - P. macha zamaszyście tym razem różowymi paznokciami. Mogłaś dostać w zęby! A może ja powinnam Ci je wybić? - I zabiera się do okładania T. Ta nie drży, nie broni się. Ona to przecież robi z miłości. Po chwili i tak ją podniesie.

T. prowokuje ją zresztą do takiego stanu. Lubi, kiedy o niej myśli i kiedy daje wyraz swojej troski. Jest wtedy taka waleczna. Marszczy wyskubane brwi, w kątach oczu pojawiają się zmarszczki, które okrywa białym cieniem, by nie szpeciły. Jest cała jakby obłożona marszczącą się krepą. W takich chwilach widać, że ma zniszczoną, przeoraną doświadczeniami, twarz. Zmienia się w staruchę, natychmiast pęcznieje jej szyja i ciało nabrzmiewa żyłami. Oczy wyglądają tak, jakby miały zapaść się w gałki oczne. Wykrzywia swoje starannie umalowane usta. Grymas poszerza się jej na nos i kulminuje w okrzyku:
Idziemy! Słyszysz?! - I prowadzi T., jeszcze otępiałą po kuksańcach kolorowych ech, do siebie, nieustannie sycząc, że ma jej dość, bo ciągle są przez nią kłopoty. Sen się więc nie myli. Jeśli T. musi się zgodzić na ofiarę, to tak będzie. Będzie jej ofiarą. Niech P. zrobi z nią, co chce. Ale skąd wiedziała, gdzie ją znaleźć?

niedziela, 21 listopada 2010

Łajza part III

- Wejdź, otwarte – Chuda przeciera oczy i podnosi się z podłogi. Do pokoju właśnie wchodzi jej przyjaciółka. Była przyjaciółka. Stąpa powoli po posadzce, patrząc na osmolony salon. Skrzą się jej starannie podmalowane oczy, przyczernione dyskretnie kayalem. Błękitny bucik niepewnie wyszukuje nieosmolonej powierzchni. Jest taka jasna na tle czarnych ścian. To piękny kontrast, jak z obrazów kościelnych. Chuda ma ochotę zrobić zdjęcie. Ale tylko patrzy bez ruchu. W oczach P. rośnie znak zapytania.

Przed jej przyjściem chuda napisała dla niej instrukcję. Tu jest biurko, w nim pamiętniki. Obok – półka ze spalonymi książkami i wieża z głośnikami. Zaraz obok – łóżko. Lekko nadpalone. I wielkie lustro. Tak samo, jak u Ciebie. Zrobiłam kopię Twojego mieszkania.

Podaje jej kartkę bez słowa. P. przypatruje się to chudej, to pokojowi. Chuda podchodzi do niej, łapie lekko za rękę i przygarnia do siebie. Jak pięknie! Ale widzi, że P. to się nie podoba. Blednie jeszcze bardziej i zaczyna szlochać. Co się z Tobą stało, czy to ja cię skrzywdziłam, ja, ja, ja, ja, jej usta w końcu wymawiają jeden wyraz. Odwraca się do chudej plecami, próbuje ogarnąć ramionami przestrzeń, jakby to ją chciała przytulić. Ty...ty...ty..., chuda słyszy między jednym, a drugim szlochem. W końcu P. odwraca się przodem do drzwi wyjściowych. Cisza.

Nie była tą samą P. Według chudej była obca. Nijaka. Zimna w dotyku jak manekin. I tak wstrętnie płakała.
-Wcześniej nigdy byś sobie na łzy nie pozwoliła – mówi chuda do tej nieznośnej ciszy.
-Wiem - odpowiada P., ale to nieludzkie nie płakać. Moja zmiana polega na tym, że uczę się uczuć. Marek mnie otworzył. Byłam jak zaciśnięty małż, nie czułaś tego?

Ależ jest ordynarna! Nie ma w sobie żadnej magii. Żadnego magnesu. Jakby uśpiła swoje uczucia, jakie miała do świata – chuda patrzy na nią badawczo.

-Może mi powiesz, że nic nie znaczyły dla Ciebie te wszystkie chwile?
P. czyta w swojej chudej towarzyszce. Chuda widzi to spojrzenie. Co ona sobie myśli, co knuje, pytają umalowane na pastel oczy P. Nigdy wcześniej nie próbowała „czytać”. Ona wiedziała bez zająknięcia, co czuje druga.

I jeszcze te oczy. Pastelowe. To one sprawiają, że świeci jak święta niepokalana. A przecież zgrywała się z czasopism dla mężczyzn, że „dyskretny makijaż to najlepsza oprawa dla oczu kobiety”. Zmiana jej wizerunku jest taka trywialna.

W końcu chuda nie wytrzymuje świecenia pastelowych oczu towarzyszki:
-Czytaj! Jestem twoją otwartą książką! Jestem jak Ty! Jestem jak Ty!

P. to ruszyło. Stanęła przed lustrem obok chudej. Przyłożyła swoją głowę do jej głowy. Ale nadal płakała jakimiś kanciastymi łzami. Wyglądały komicznie na jej pełnej twarzy. Przytyła. Twarz chudej przy niej przypominała Oświęcim w swoim rozkwicie. Wielkie oczy. Liche kępki włosów, które wielką głowę P. porastały obficie. Czerń bluzki z osmolonymi brzegami muskała białą tunikę P. A kiedyś unikała bieli. Przecież ona pogrubia, powtarzała do znudzenia. I teraz stoi jak przebrana, jakby ktoś wepchnął do pokoju jakąś nieznaną ciotkę, która udaje przyjaciółkę. Jakby do chudej. zapukała pracownica Opieki Społecznej z misją resocjalizacji.

-Nie zostawię cię. Będę teraz twoją prawdziwą przyjaciółką. Ale dlaczego spaliłaś cały dom, dlaczego ułożyłaś meble zupełnie tak, jak ja miałam w pokoju? - P. pyta z płaczem.
-Dlaczego? Dlaczego.
-Zostańmy prawdziwymi przyjaciółkami. Obiecaj, że przyjdziesz do mnie.
-Obiecaj, że przyjdziesz do mnie – powtarza.
-Co się z Tobą dzieje? - P. gwałtownie odwraca głowę. - co się z TOBĄ dzieje?! - powtarza głośniej i bardziej dobitnie, po czym dodaje spokojnie:
-Ja się mam dobrze. Pisałam ci, że się zmieniłam.
-Ja się mam DOBRZE. ZMIENIŁAM się – chuda powtarza za nią. Nie próbuje nawet ukryć szyderczego uśmiechu.
-Niee, nie mogę tego słuchać! Z tobą naprawdę coś się stało!
P. nie czeka na ripostę. Wybiega, zostawiając drzwi otwarte na oścież. Płacz zagłuszają jej kroki, tak chaotyczne i głośne, że chuda ma ochotę wyjrzeć na klatkę i zobaczyć, czy po drodze sobie czegoś nie zrobiła. Co odpowie, jak zaczepią ją koledzy z bramy?

Ale jej ciało jest zbyt słabe. Tak liche, że kładzie się z powrotem na chłodnej podłodze.

piątek, 22 października 2010

Łazja part II

-Z pustego obszaru – powtarza jak pozytywka chuda dziewczyna i zamyka pamiętnik. Rozgląda się po pokoju i przemyka do kuchni, żeby tylko nie zatrzymać się w płonącej łazience. Tam, na dużym drewnianym stole, wśród okruchów i starego chleba, stoi ekran komputera. Pod stołem kurzy się reszta. Grat pamiętający czasy pierwszych Pecetów. Dziewczyna zaczyna pisać. Klawiatura trzęsie się pod jej placami.

Sent: April, 12, 14:08
Miałam w ręku pamiętnik i twoje myśli, które zapisałam o pustym obszarze. Czy w nim w ogóle istnieje przyjaźń? Przychodzą mi do głowy twoje inne słowa. Pamiętasz, jak nazwałaś przyjaźń? Dla ciebie to tylko gra społeczna, gwarantująca pomnażanie dobra intelektualnego. Ceniłaś ją, jak się ceni dzieło sztuki, nim nie pozbawi się jego uroku na aukcji.
Na ile więc wyceniłaś przyjaźń? Kalkulowałaś w głowie, czy znajomość warta jest inwestycji energetycznych?!

Potrafiłaś w mig powiedzieć, kto jest „materiałem na przyjaciela”, a kto tylko na piwo. Po kim zostanie smużka jointa, a kto zostawi ci prezent w pamięci. Musi mnie zaintrygować – szeptałaś w ucho. Patrzyłam przed paroma chwilami na ciebie utrwaloną na zdjęciu z jakiejś imprezy. Na roześmiane oczy, na figlarne spojrzenie, na rozwiane, brązowe krótkie włosy i kolorowe paznokcie, wirujące jak światełka kontrolne na dworcu. A raczej – spoglądał na Ciebie z miłością twój Sobo-twór.
Bo dla mnie przyjaźń oznacza posiadanie. Stopienie dwóch istot w jedno. Nawet, jeśli odbywa się wbrew woli jednej ze stron. Przyjaźń rani. Wysysa soki jak pasożyt. Jesteś wysuszonym strzępkiem uczuć, wypalonym w starciu wiórem. Składasz się w ofierze, bo sama już nie wiesz, kto zadaje Ci ból. Czy ty, czy ja?
Sobo-twór mówi: nie dopełniłaś mnie. Ale ja dopełniam Ciebie. Jeśli masz odwagę zadzwonić, czekam..
T.

Chuda staje w oknie i ogląda podwórko. Nic nowego. Stare kamienice ze szczerzącymi się cegłami zamiast szarego tynku. W rogu bramy grupka ludzi krzepiąca się wódką. Słychać gwizdanie. Potem któryś z chłoptasi w bejsbolówce woła tak, że nawet mimo zamkniętych okiennic chuda słyszy nawoływanie: pijem?

Dziewczyna przez chwilę wodzi wzrokiem za głosem z bramy. Otwiera się okno na ostatnim piętrze, po przeciwległej stronie dziedzińca. Widać jakąś bladą pięść, wygraża, że to chyba niewłaściwy adresat zaproszenia. Chuda uśmiecha się lekko do chłopaka w czapce. Chętnie by się z nimi napiła. Zwykle zaczepiali ją po przyjściu z klubu, nad ranem. Miała drink złożony z „Balsamu” w akompaniamencie soku wiśniowego. Ohyda. Przy pierwszym razie mało co nie wypluła zawartości. Gęby chłopców szczerzyły się uciesznie, że taka miastówa, a na hardkor nie pójdzie. Ale potem piła z nimi na wyścigi i raz po razie wracała pijana. Mogła za to szczycić się przyjaźnią największych zabijaków dzielnicy, notorycznie notowanych przez policję. Postrach ulicy kłaniał jej się przy każdym spotkaniu, robiąc słodkie oczy i po wymianie zdań, jaki towar ma i kto teraz siedzi, częstował swoim zabójczym balsamem. I śmiał się, patrząc, ile popija, że wymyślił dla niej nowego drinka. Zawsze, kiedy ze skwaśniałą miną odstawiała butelkę, wykrzykiwał razem z kolegami: dzień dobry! I nazwa się przyjęła.

Patrząc więc z rozmarzeniem w bramę, chuda zapala papierosa. Czuje zapach dymu bijącego z łazienki, ale nadal nie otwiera okiennic. Stoi, jak stała przed chwilą, sondując jeszcze, czy grono balsamicznych kolegów się powiększyło.

W końcu siada do komputera, powoli, metodycznie układając wirtualnego pasjansa. Jedno rozdanie, potem drugie. Karty wirują, układając most. Po chwili na ekranie pojawia się komunikat: Masz nową wiadomość. Na to czekała, bo jej ręce trzęsą się, jakby miała atak paniki. Klika w wiadomość. Do kuchni powoli dostaje się dym.

p.przyjaciolka Sent: April, 12, 14:57

Tu P. Smutne jest to, co zobaczyłam w liście. Zmieniłam się nieco. Nie chcę, by ktoś znikał. Byś ty znikała! Bądź, nawet, jeśli to będzie pusty obszar!
Tyle chcę ci powiedzieć. Bo wydarzyło się trochę. Straciłam czujność. Pewnego dnia po prostu nie potrafiłam się bawić nimi wszystkimi. Zeszło się towarzystwo. Tak. Ci z klubu. Obstąpili mnie i naparli tak mocno, że straciłam świadomość. Uciekłam w popłochu. A oni rzucali we mnie kamieniami. Jak w ladacznicę. Nie pamiętam, co to było. Stałam pod Twoimi drzwiami. Ale nie miałam odwagi wejść. Łaaa-jjjzaaaa!!! Krzyczeli za mną. Bałam się. Straciłam wtedy całą otoczkę swojej intrygi. Poczułam się mała. I potrzebowałam kilku tygodni na dojście do siebie.
Wtedy poznałam Marka. Jestem inna. Zobaczysz. Przyjdę jutro.
P.


Płomienie zbliżyły się do pokoju. Ale były jakieś wątlejsze, nie miały tej siły spopielania, jaka przypadła kosmetykom. Dziewczyna przebiegła bezgłośnie obok nich, padła na podłogę, okryła się kocem. Skuliła mocno, zamknęła oczy.
Ogień zajął się książkami, zostawiając podłogę suchą i bezpieczną. Te, kiedy się paliły, spadały z hukiem na łóżko, od razu rozprawiając się z materacem. Było jasno, ale dym nie dusił. Po kilku minutach wszystko wygasło, zostawiając czarne smugi na ścianach i resztkach mebli. Dziewczyna odrzuciła koc, zasnęła na dobre, skulona jak skrzywdzone dziecko. Wprost na posadzce.

środa, 14 lipca 2010

Łajza part 1 - nowy cykl

1.

Zza drzwi wejściowych mieszkania po starej emigrantce francuskiej, Pani Marie, dobiegały szmery. Szuranie stóp w kapciach po posadzce klatki. Potem pukanie. Jedno, nieśmiałe, potem drugie. Dwa świdrujące dzwonki. Wreszcie odzywa się głos starszej Pani z dołu: czy tam ktoś jest? Otwierać! Cisza. Raz jeszcze szuranie kapci po podłodze za drzwiami. Przyciszone głosy. W końcu i to niknie gdzieś w przestrzeni schodów.

A na podłodze skromnego, prawie pustego i sromotnie osmolonego mieszkania leży ciało. Bezwładne, wychudzone. Suchy kłębek z zaciśniętymi pięściami. Ubrany w ledwie przykrywającą goliznę, podartą koszulę. Poza tym, nie ma na sobie nic innego. Żadnych butów, spodni czy nakrycia głowy. Obok wala się tylko gruby, bury koc. I książka, na oko pamiętnik, ozdobny zeszyt z przyklejonym na okładce zdjęciem dwóch kobiet. Jednej pulchnej, roześmianej wesoło rzędem białych, dużych zębów i drugiej, nieco chudszej, o bardzo jasnych oczach. Ta druga nie uśmiecha się. Stoi oparta o pierwszą. Wygląda na smutną.

Wokół ciała unosi się jeszcze zapach spalenizny. Półki z książkami są kompletnie spalone, wyglądają jak duby wyjęte z kominka tuż przed spopieleniem. Część resztek książek leży na łóżku, także osmolonym. W kącie pokoju leży zwinięty dywan, jego jednego nie dotknęły płomienie. Zostało jeszcze lustro, co prawda o tafli czarnej, ale można jeszcze je uratować. Wisi na środku pokoju, ustawione krzywo względem podłogi, a daleko od reszty sprzętów.

Ciało chudej dziewczyny stopniowo się unosi. Niezgrabna i nieproporcjonalna, podchodzi do lustra. Trzeba na siebie patrzeć, trzeba obserwować. Pielęgnować nowe wcielenie, które powstało na zgliszczach. Wyobrazić sobie, że cały nędzny i czarny pokój jest przejrzystą tonią, w której można się przejrzeć. Co widać w odbiciu? Kępki brązowych włosów, przerzedzone, bo nierównie powycinane. Wielkie, płowe oczy, które chcą niemal wyskoczyć z gałek. Kształtną głowę, z wydatnymi kościami policzkowymi i dużymi ustami, wylewającymi się z wątłej twarzy.

Wątłe ciało ćwiczy teraz mimikę. Napina mięśnie. Przyjmuje pozę czarnej pantery gotowej do skoku, to znów się uśmiecha. I tak na zmianę, aż do zautomatyzowania czynności. Oddech staje się przyspieszony, głowa opada na posadzkę. Ale nie potrzeba snu. Nie potrzeba nawet budzenia się. Tylko lustro. Niech ono uśmiecha się zamiast tej wychudłej twarzy i tego wszystkiego, co definiuje mieszkanie w tym domu. Płyty, książki, stoły i krzesła, łóżka, półki i półeczki, pudła i puzderka, miękka ostoja dywanu, na którym składa się głowę w pijane dni.

Ciało powtarza rytuał. Wygina się do taktu sobie tylko znanej muzyki, szeleszczą spopielone kartki pod stopami. Wskazuje na lustro palcem. W końcu staje milcząco przed nim, wpatrując się w siebie w bezruchu.

*** *** ***

Przedtem, druga bohaterka fotografii postanowiła milczeć. Usiadła na łóżku, owinęła się kocem i popijała łyk po łyczku tajemniczą miksturę. Mikstura miała takie właściwości, że pozwalała się wypocić. Dziewczyna więc hojnie dolewała sobie wywaru z imbryczka do szklanki, aż do upojenia. Potem poszła wolno do łazienki, stawiając kroki baletnicy na panelowej posadzce. Najpierw nożyczki. Precyzyjnie przycięła swoje długie, rude pukle, zostawiając krótkie pasma. Resztki włosów zrosiła wodą, by sprawiały wrażenie równych w swojej asymetrii. Potem rozchyliła opakowanie po farbie do włosów. Nawet nie drżały jej ręce, kiedy nakłada brązową maź na białą skórę. Szczypało. Dziewczyna krzyczała żałośnie. Trzeba tak krzyknąć, by znów poczuć, że się stoi przed lustrem własnego domu. Pamiętała, że dawniej, krzyczała ze swoją przyjaciółką P. do absolutnego rezonansu ich krtani, a sąsiadka stukała w sufit, żeby mieć litość nad starszą osobą.

Więc dziewczyna zdzierała gardło, wykrzywiając twarz, jak postać z obrazu Muncha. Własne, gardłowe dźwięki doprowadziły jej ciało do drgania. W spazmach kończyła się farbować, rozlewając brunatną maź po białej łazience. W spazmach znów się sobie przyjrzała. Wrzask został zastąpiony przez śmiech. Najpierw delikatny, jakby grała na harfie rzewne melodyjki. Potem gardło zadrgało i wydało z siebie urywane dźwięki. Świszczący chichot szarpał powietrze. Ciemno-brązowy dotyk jej dłoni rysował powierzchnię lustra, zostawiając zacieki. Przywarła do niego. Po gorączkowej szamotaninie z uchwytem, wydobyła z małej szufladki lustra zapomniane zapałki, które emigrantka zostawiła na wypadek wyłączenia światła w budynku. Trzask, zapałka posłusznie rozjaśniła główkę. Potem kolejna. Dziewczyna rzucała je na posadzkę, pozwoliła zająć się ręcznikom, od których z kolei stopiły się flakony z mazią do włosów. Topiły się kosmetyki, suszarki, pękały szklane szafki z karafkami emigrantki. Zapachniało lawendą, mirrą i zwykłym mydłem. Najpierw było to niezwykłe, przyjemne jak wizyta w indyjskiej świątyni. Potem dym zaczął nieznośnie gryźć w oczy. Nie było czym oddychać. Dziewczyna wybiegła więc z palącej się łazienki do salonu, po drodze zapalając kolejne zapałki.

Wreszcie siadła na podłodze, okrywając się kocem. Jej wzrok skierował się na pamiętnik ze zdjęciem. Wzięła go do rąk, zamknęła oczy i przewróciła parę kartek. Akurat trafiła na zapiski przekreślone czerwonym markerem, popoprawiane, gdzie się da. Zaczęła czytać.

14 marca, 1 rok z P.
Od kilku dni kołacze mi po głowie jedno zdanie. Nie daje mi spokoju, nie śpię i nie jem, bo ciągle wali mi po głowie głos P.
Powiedziała tak: jesteśmy ludźmi z pustego obszaru. Zdarzyło się to na parkowej ławce, między jednym, a drugim sztachnięciem jointem. Chyba gdzieś obejrzała film o takim „problemie”, ale to wystarczyło, by sprzedawać pomysł pozostałym palącym. Niech to ładne określenie zatopi się w dymie i wwierci w czaszki. Tak trafnie portretuje nas wszystkich, stojących i śmiejących się do butelek piwa w kolejny wieczór przed pójściem do klubu.
Śmiała się: biała plama to my, bo nas nikt dobrze nie napisał. Tak jak nasze babcie, które dorastały tuż po wojnie i miały tego swojego rock and rolla, jak punkowcy z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych punk-rocka i nową falę. Oni wszyscy byli wybrakowani, nie było dla nich miejsca. Włóczęgostwo, pijaństwo, wyuzdanie – to lekarstwa na nudę. Na pamięć właśnie.
P. jak ładnie pokazywałaś siebie w klubie, stylizując się na dandyskę umawiającą się z chłopakami nad Wisłą. Połyskiwały na tobie srebrne nitki, miałaś pantofelki z okrągłym noskiem i lakierowaną torebkę. A włosy w kok. Rozpleniałaś tę swoją gruźlicę minionego. I potem pomykały w swoich kieckach po babciach inne dzierlatki, spinały włosy, tapirowały je i przyklejały sztuczne rzęsy do powiek. Kaliny Jędrusik z nieznanej zony.
Ale myślę, że pusty obszar to także coś innego. To bycie każdym i nikim. My nie wiemy, kim jesteśmy. Dziś jesteśmy tacy, jutro się do tego nie przyznamy. Jutro powiemy, że trend się zmienił i będziemy z innym rodzajem upojenia mówić o nowych kierunkach w muzyce, sztuce i modzie. I nowych kierunkach w sobie, amalgamat stylu i nie-pamięci formuje się ze wszystkiego. Ale nie ma przepisu, algorytmu, ustalonej trasy. Ja pozostaje pustym obszarem do zresetowania, napełnia się chwilowo, ale ma dziurawe spojenia. I wszystko wypada tak łatwo, jak zostało pochłonięte.
Maychem – to dla nas także dobre określenie. Jesteśmy chaosem bez zasady powstawania. Nie ma dla nas nikogo, kto mógłby powiedzieć: opamiętajcie się, mnóżcie i żyjcie w dobrobycie. Nie ma żadnego pasterza, żadnego władcy umysłów. Nikt nie wygłasza orędzi. My jesteśmy bez wieku. Można nam wszystko. A zarazem, nie można nam nic. Nie widzimy efektów naszych działań. To, co widać, to tylko zmiana, jak statek pijany, pędząca z mielizny na mieliznę. Z godziny na godzinę bardziej boleśnie uderzająca w nie kadłubem, aż do zatopienia.

niedziela, 7 lutego 2010

Zapach ROKOKO Part.6

Gdy damski głos zadzwonił ponownie, tym razem z wieścią, że babcia może opuścić szpital, ale ma być, zgodnie z umową, otoczona należytą opieką, to znaczy ni mniej ni więcej dobowym czuwaniem nad nią, zamknęłam się w pokoju i wtuliłam mocno głowę w poduszkę udając, że tego nie słyszę, a staruszki urządziły wieczorek powitalny. Kupiły szampana „Igristoje”, upiekły wspólnie szarlotkę i sernik i, na koniec, nalały sobie dla kurażu po kieliszku wódki, zasiadając w babcinych fotelach. Czekały, aż babcia zjawi się w swoim mieszkaniu, cierpliwie holowana przez swoją córkę i mnie, mierzącą się po raz pierwszy z progiem ciężkości starości oraz własnej ucieczki dzieciństwa. Nawet widziałam, jak ucieka w popłochu, przestraszone widokiem babci. Babcia bowiem nie miała już nic z tajemnicy, jaką nam co dwa dni przynosiła do domu. Rzadkie włosy, które tak pieczołowicie układała i spinała, opadały na ramiona. I nie były już kasztanowe. Były siwe. Oczy przypominały krecie szparki, jakby babcia bała się widoku światła dziennego. Usta wykrzywiły się w jakimś niezwykłym dla niej grymasie, co wyglądało tak, jakby wzbraniała się przed zjedzeniem kwaśnej cytryny. Może wiedziała, że za te chwile nie dostanie od nikogo Orderu Uśmiechu. No i bruzdy, ryjące twarz i czoło w pozycje równoleżnikowe, a w okolicach ust, tworzące wzór południków. Babcia była poharataną kulą ziemską, starym globusem, jaki widziałam potem w pracowni geograficznej. Nie zostało z niej nic z damy, nakładającej misternie kosmetyki i kremy i wchodzącej do domu pewnym krokiem nawet wtedy, gdy taszczyła kilogramy upolowanych zakupów. Płaszcz opadał z niej na ziemię, rysując bardziej jakąś karykaturę człowieka, niż portret mężnego rycerza, jakiego w niej widziałam. Sunęła ciężko, sapiąc i raz po raz wspierając się na ramionach córki.

W knajpie kazimierskiej_fot. Hilda

Staruszki potrafią zadusić swoją gorliwością nawet zmarłego. Wszystko w domu babci było niby takie samo, ale jakieś inne. Błyszczało jakąś nienaturalną poświatą, jakby każda staruszka z osobna pucowała każdy zakamarek, każdą wypukłość mebli i każdy sprzęt, który dostał się w ich ręce. Dywan, wyliniały i wychodzony przez 45 lat mieszkania babci w tym samym miejscu, sprawiał wrażenie nastroszonego, natapirowanego i jeszcze bardziej wyblakłego, niż był wtedy, kiedy nieprzyjemnie straszył burością i bezbarwnością podczas niekończących się uroczystości rodzinnych. Szara podłoga z płytek pecefau przypominała zapuszczone lodowisko, z nielicznymi rysami, których skwapliwe dłonie sterylnych ekspertek w gumowych rękawicach nie zdołały eksterminować pastą do podłogi. Zresztą butelka stała ukryta za telewizorem, aby w razie czego koleżanki mogły poprawić jakiś niespodziewany mankament. Wazony z kryształu, pamiątka po dziadku mojej babci, zapełniły się sztucznymi, nienaturalnie różowymi lub żółtymi kwiatami. Nie wiadomo, jakiego rodzaju. Kwiaty zresztą były tak samo bezpłciowe jak obrus, jakim przykryty był babciny stół z politurowanej sklejki, pasujący do meblościanki, również na wysoki połysk. Wszędzie błyszczało, doprowadzając oczy do zniekształceń optycznych. Ślepliśmy w mgnieniu oka. Ale to nie oczy, a powonienie, było najbardziej podatne na zmianę odbioru rzeczywistości. Odbiornik percepcji wyraźnie przestawił prób wrażliwości sensorycznej na niskie, ciężkie nuty. Zwłaszcza przy sztucznych kwiatach dało się odczuć nagłe porwanie przez ten duszny, uwodzący zapach. A może koleżankom babci o to chodziło? Uśmiechały się zapraszająco w tych swoich podomkowych sukienkach vintage, jak kilka pokoleń niżej określa coś, co jest stare, ale z nutką elegancji i unikatowości, szczerzyły rzędy sztucznych zębów: no proszę, jakaś Ty odszykowana, jak trzeba! Chodź, napijemy się! I już moja babcia, tak samo zdezorientowana, jak pozostali zebrani, pląsała w gąszczu gestów, tańczyła, zasiadając do stołu. Staruszki gładziły ją po włosach, wyjątkowo płowych po miesiącach ignorowania lustra i obiecały, że zaraz się nimi zajmą. Pokazywały, co sobie kupiły i co kupiły jej, kiedy była „tam”. Tańczyły, nalewając jej wódki do kieliszka, odkorkowując szampana i krojąc równie uwodzącego zapachem jak sztuczne kwiaty, sernika. Babcia jednak pozostała nieruchoma. Obojętnie patrzyła na festiwal, jaki przygotowały jej koleżanki. Jej mętne oczy powolnie przesuwały się po ciastach, musnęły prawie niezauważalnie kieliszek, by wreszcie spocząć na kwiatach. Babcia wstała, doczłapała się w nowych kapciach od jednej z koleżanek do kryształowego dzbanka, ujęła w dłonie jeden z kwiatów-koszmarków i powąchała esencję, w jaką jego płatki były obleczone. Staruszki zastygły w oczekiwaniu. To Twoje ulubione perfumy, pomyślałyśmy, że sprawimy Ci przyjemność. Babcia upuściła nagle kwiatek na szare lodowisko w podłodze. Po jej twarzy polały się łzy. A kiedy jedna z nich zdecydowała się skapnąć na podłogę, babcia zaczęła zawodzić. Jej ciało nagle się skurczyło. Zmalało i pochyliło się w stronę błyszczącego kredensu. Stała tak, bardzo bezbronna i odwrócona od oniemiałej widowni. Rytuał koleżanek się nie powiódł. Jakby babcia miała amnezję. A przecież powinna rozpoznać zapach, który tak lubi, powinien on doprowadzić ją do stanu sprzed pobytu „tam”. Babcia tymczasem zaczęła wyć, dusząc się od śliny i spazmów, jakie dodatkowo wykrzywiły jej ciało.

Staruszki już nie tańczyły za stołem. Powoli, jak żałobnicy składający kondolencje przed łożem zmarłego, zaczęły się wycofywać. Wolno, także pochylone, doszły do drzwi, bezgłośnie nałożyły swoje oprószone kurzem płaszcze i futra, na uszy naciągnęły berety, czapki i kaszkiety i ruszyły w stronę drzwi. Pozostała część widowni próbowała podejść do babci, wyciągali ręce jak do chorego zwierzątka, które rozczula serce myśliwego. Już prawie łapali ją za ręce, kiedy babcia, już nie lwica, a lwiątko, osunęła się na ziemię. Pod jej dłonią różowił się kwiat, raz jeszcze odurzając nutą słodkiego zapachu.

sobota, 18 kwietnia 2009

Zapach ROKOKO part. 4

Lodówka to zresztą oddzielny bohater. Czasem mi się wydaje, że moja babcia myśli lodówką, stapia się z nią w jedno, przyrastając umysłem do jej półek. Babcia myśli okrągły tydzień o jej zawartości. Jak zapełnić jej przepastne przestrzenie czymś dobrym, tanim i dużym.

Bo babcia z wiekiem myśli w kategoriach wyolbrzymionych. Wszystkie te mięsa są więc mięsiwami, sery uśmiechają się półokrągłymi księżycami dziur i wykwintnych plamek, chleb nie jest już podłużnym codziennym chlebem. Z pomocą rąk babci nabiera kształtu okrągłego, staropolskiego chlebiska, które może przyozdobić wyłącznie masło-osełka, robione przez prawdziwe suwalskie gospodynie. Masło musi błyszczeć, zadawać szyku, jak krawat szyi prawdziwego mężczyzny z babci snów i rojeń nocnych. Lodówka idzie też z pomocą babci z duchem czasu i nie może obyć się bez jogurtów, włoszczyzny, cebuli, warzyw do każdego posiłku. Lodówka musi należeć do babci – musi być jej częścią, podkreślającą babciną niezbędność w każdym domu: konfitury, słoje z ogórkami kiszonymi, surówki robione wieczorem lub po odejściu ducha bratowej oraz każdego innego wroga podczas nieodpłatnej house-hold job.

[caption id="attachment_94" align="aligncenter" width="200"]Dom staruszek Dom staruszek[/caption]

House-hold. Samo to słowo nadaje się bardziej dla staruszek-babć niż dla matek. Podtrzymywanie domu – kto inny może do tej roli pasować? Tylko staruszka, której atutem jest właśnie wiek, doświadczenie i obiektywny stosunek do rodzinnych sporów, dystans do konfliktu pokoleń. W słowniku staruszki nie ma zresztą czegoś takiego, jak różnica pokoleniowa. Staruszka lepiej zrozumie wnuka niż własną córkę, ma już bardziej liberalny, bardziej wyrozumiały stosunek do „tych” i innych spraw. Widzi coś, czego matka nie dostrzega, zaślepiona własnym instynktem macierzyńskim. Matka to jeszcze maciora ograniczona do swoich własnych dzieci, a staruszka-babcia jest matką uniwersalną, słuchającą każdego, stającą po stronie tego, kto ma rację obiektywną. Wiek staruszek to wiek filozofek, poszukiwaczek poznania czystego, nieograniczonego rolami i maskami, jakie na co dzień przywdziewają matki i córki, wiek analizatorek i orędowniczek. Wiek emocji i wiek potrzeby kontaktu z nieskończonym, najczęściej w formie Boga. Wiek więzi z czymś, co wykracza poza człowieczeństwo.

Kiedy babcia cichnie, lubi poskamleć sobie przy robieniu, aromatycznej, sypanej kawy, obowiązkowo w przezroczystej szklance. Obficie okrasza szklaną materię brunatnym proszkiem. I z każdym jego niuchem jej mina tężeje, a potem, najwyraźniej nasycona wrażeniem, jakie wywarła na wszystkich obecnych i nieobecnych, a nawet na spikerze radiowym, babcia znajduje ukojenie. Lubię patrzeć, jak napełnia uroczyście swoją archaiczną szklankę gorącą wodą i jak z lubością nakłada nań denko od spodeczka. Tymczasowo kuchnię wypełnia mocny, kwaśnawy aromat jej stymulatora i wiem, że wtedy babci także nie wolno przeszkodzić. To wstęp do rytuału oprawiania mięsa, które zerka niecierpliwe z folii sklepowej, gotowe zrzucić niewygodną metkę z ceną i swoją wagę, byle tylko dotknęły je wieszcze ręce.

Łyk kawy zwiastuje dobrą nowinę, babcia, uspokojona, zaczyna nucić swoją ulubioną piosenkę, zasłyszaną podczas jednej z sesji tanecznych w domu kultury. Poprawia swoją misternie układaną rano fryzurę i nieznacznie pląsa po parkiecie kuchennym. Ale jak pląsa – sunie majestatycznie, przekładając ulubioną, mocną jak diabli kawę na stolik. To już nie westalka, to gracja, kusząca Pana do zalotów. Och, gdyby on mógł być realny, gdyby zszedł ze swojego niebiańskiego piedestału. Od razu przypomniałby jej te tanga, te twisty i wariacje towarzyskie, jakim się poddawali za młodu, kiedy córka była mała. Złote czasy! Czasy w kolorze najmodniejszych lakierków i szpilek, wsuwek do włosów, sztucznych rzęs i futer! Lata Mieczysława Fogga, Ireny Santor, Jerzego Połomskiego, Urszuli Sipińskiej. Lalilalala lalilala, ach gdzież ten walc, ach gdzież ten walc, ach gdzież ten walc! Kapcie babci udają czółenka, w jakich występowała na balach pracowniczych. Znów jest smukłą damą, ściśniętą w pasie szeroką wstęgą koloru butów, a więc złotą, bo babcia lubiła zadawać szyku. Znów ma na sobie tunikę w szerokokielichowe kwiaty, tak ogromne, że aż się chce je zerwać jak z wielkiej łąki, znów ma na palcu swój ogromny pierścień z herbacianym okiem, znów szuka ręki swojego partnera, a mojego nigdy niepoznanego dziadka. Mogę go sobie tylko wyobrażać, bo ani o nim dużo nie mówi, ani nie mam jego zdjęć.

wtorek, 10 marca 2009

OLD STORIES - Zapach rokoko part 3

Kiedy w moją babcie wstępuje ten duch walki i duch krzywdy wobec ducha bratowej, której naturalnie w otoczeniu na wyciągnięcie pazura nie ma, babcia zaczyna litanię przekleństw, seans spirytystyczny, który mógłby rzeczywiście wybudzić ją z grobu, gdyby babcia miała zdolności mediumiczne. Moja babcia odczuwa perwersyjną rozkosz w wyzywaniu i wymyślaniu określeń na tamtą kobietę. W języku mojej babci ta kobieta urasta do rangi symbolu, do rangi nad-kobiety. Staje się koszmarem, przekleństwem, żmiją, która kąsa umysł babci i czyni ją niezdolną do dawania i cieszenia się ze spotkań z rodziną. Wtedy też makijaż, pielęgnacja przestają mieć sens. Lwica nie potrzebuje ozdób, tak jak nie potrzebuje ich do pracy rytualnej przy przygotowywaniu posiłku. Grymas na jej twarzy, spojrzenie rzucające iskry nie potrzebują otoczki kolorowych snów. Mają być spojrzeniem dziewczynki w „Egzorcyście”, sugestywnym odbiciem horroru, jaki przeżywa ta kochana staruszka w sobie samej. Staruszka staje się potworem.

[caption id="attachment_73" align="alignleft" width="500"]Rokoko part 4 fot. HILDA Rokoko part 4 fot. HILDA[/caption]

Sesja analityczna gróźb może trwać i trwać. Przeszkadzanie w niej, tak jak krzątanie się po kuchni, kiedy staruszka-westalka gotuje obiad, jest nietaktem. Zresztą tylko ten, kto nie ma zdolności przystosowawczych, wchodzi w paradę zranionej lwicy. Kuchnia jest jej klatką, w której lepiej ją trzymać, aniżeli pozwolić uciec w takim stanie. Różnica polega na tym, że nie ma tutaj przynęty, mięsa na kiju, który uspokaja rozjuszone zwierze. Czasem tylko kojący głos spikera radiowego oddala staruszkę-lwicę od zamierzenia zrealizowania którejś z inwektyw i użycia narzędzi kuchennych w innym, niż przeznaczone w warunkach pokoju, celów. Bo kiedy trwa wojna w staruszce, lepiej podsłuchiwać ukradkiem, aby w razie czego odwrócić heroicznie bieg wydarzeń, niż zostawić ją samą sobie. Tego robić po żadnym pozorem nie wolno.

Można za to sobie wyobrazić, że jest się Indianinem tropiącym zwierzynę i skradającym się, by bezgłośnie ją poddusić. My dusimy konflikt, wojnę w człowieku, beznadziejnie wylewającą się na przestrzenie życia, które wcale nie muszą być zatrute. Słuchamy więc zgrzytu ścian ze swoich pokoi, by interweniować po cichu, pokazując staruszce nasze osiągnięcia szkolne, dając laurkę albo wkraczając do kuchni znienacka, w celu podgłośnienia dobrego kawałka w radiu albo ciekawej dyskusji. Takie indiańskie sztuczki mają szansę powodzenia, ale najskuteczniejsze jest podsunięcie przynęty w postaci zwierząt. Kot lub pies, tak bezbronne i czyste w swoich emocjach, koją ranę i natychmiast ją na jakiś czas zabliźniają. Ale trzeba je zmusić do zostania z babcią, choć wyczuwają, że jest ona w szczególnym, profetycznym stanie i zwykle uciekają z podwiniętym ogonem. Więc im też trzeba zostawić przynętę. Poświęcić kawałek najlepszej wędliny, baleronu, parówki i tego, co staruszka, będąc lwicą jeszcze nie tak rozjuszoną, pieczołowicie i w widocznym miejscu ułożyła w pojemnym gardle lodówki.