Wreszcie dotarła do „teraz”. Teraz jest zagadką. Po przemianie i bólu, stoi pod oknami P. I będzie tu stała dopóki nie nadejdzie zima i nie skuje jej lodem. Wtedy nawet jej miłość nie zdoła się mu oprzeć. Ale T. w takim momencie będzie żywym dowodem na istnienie namiętności silniejszej niż egzystencja. Jest w tym względzie bardzo modernistyczna. Bardzo romantyczna. Trwa w swoim uczuciu. Choć ono ma dwa bieguny i nic pomiędzy. Czy P. pamięta, jak to mówiła? Nie ma nigdy nic pomiędzy, tylko miłość-nienawiść. Dwa bieguny najsilniejszych wahań. Dlatego są jak stal. Jak marmur. Nie do złamania. Ale mogą złamać niewprawne ostrze. P. była takim miękkim ostrzem w twardej oprawie. Była jak diament, który pod wpływem temperatury w mig się ulatnia. Nie ma jej. Została zjedzona. I kiedy T. widzi jej pucułowatą twarz w oknie, tylko się w tym upewnia. Jej składem gatunkowym jest przyzwoitość tak samo, jak tej upierdliwej starej Francuzki, która na cały regulator ogląda seriale. Ale to nikomu nie przeszkadza. Przedrzeźniały ją, tego P. nie może zapomnieć, kiedy Hans został na lodzie, wystawiony przez Franię. Mdlała w ramionach T. Płakała babie w ściany, żeby tylko starowina myślała, że takiego serialu nie obejrzy w polskiej tv. Lepsze to niż życie, zanosiły się tamtego dnia od spazmatycznych jęków.
Śmiech, najzdrowszy odruch. Podejście satyryczne. Znakiem przemiany T. jest to, że bolą ją mięśnie od napinania brzucha, a kiedyś przychodziło jej to z taką łatwością. Byle grymas P., jej zęby ustawione do pozy błazna. I teraz T. wystaje na deszczu, żeby zobaczyć tę maskaradę. P. zasłania firanki. Takie mieszczańskie, białe firanki we wzory kwiatów. Baba z piętra niżej by się takich wstydziła.
-Stać mnie na ironię – krzyczy w firanki T., kiedy P. wychodzi z klatki. Kanciasta, w kapciach i wsuwkach we włosach. Mówi: idź stąd. Mówi: zostaw mnie, zostaw nas. Ale nie pozbędzie się pamięci. Niech ją bolą te wszystkie chwile, które przeżyły. Niech wydziera kartki z kalendarza, niszczy pamiętniki, nagrania i korespondencję. Może podpali pokój? Ale ona po prostu ociera łzy. T. już z nimi nie po drodze. Do reszty straciła do P. zapał. Kiedyś to P. ją uczyła. Jak być niezłomną. Jak drwić, nie będąc wydrwiwaną. A jednak, w ostatecznym rachunku, to ona przegrała, bo jest słaba. Jej M. macho jest ukoronowaniem tej przegranej. Najpierw naprowadza na właściwą drogę, jak kaznodzieja, potem rozkazuje się zmieniać. Sabotuje niezależność. Jest stały, ale tylko w swoich zachciankach. I P. zakłada kapcie, wodząc zmęczonym wzrokiem po domostwie, wiesza firanki. Macho dyryguje i przekrzykuje: nie dla przyjaciół, kup mi piwo. Jego słowa są jak bat, smagające P. po plecach. Ona jest żołnierzem. On – generałem. Póki mu się nie odwidzi. Zawsze może gdzie indziej urządzić swoją armię. Minie jak przelotny seks w kiblu. A jeszcze ogołoci P. z osobowości. Zostawi jej kolejne kartki do wyrywania z kalendarza, kolejne godziny do przesiadywania w oknie. Posłuszna P. będzie go przywoływać. Póki nie przypomni sobie przyjaciół. A tych już nie będzie. Zdążą ją spisać na straty, pisząc elegię na ścianach klubowych kibli.
Żyła z nami, piła długo, aż została gdzieś papugą.
Je frykasy, ananasy i przewija swe bobasy.
Jak ją spotkasz, wspomnij ciepło,
Bo już w życiu nie ma lekko.
Pamięci P, której pomnik stawia T.
*** *** ***
Skończyło się. Idę. Wyczekuj cudu znad swojej firanki. Zostawiam ci pamiętnik, na pamiątkę tej przyjaźni. Widzisz? Kładę go pod kamieniem, abyś co dzień karmiła się swoimi sentencjami. Niech pochłonie cię szary blok i twój macho. A ja? Nie potknę się już na byle kolorowej zjawie. Zagoiłam się, znów mogę być jak Pris z „Blade Runnera”. Gibka, sprężysta. Niebezpieczna. Wierna tylko swojej idei. Zarozumiała? Może, choć do oświecenia trzeba dorosnąć. A dorośli są zwykle zarozumiali.
Przystaję w słońcu. Ulica pełna życia. Tętniące kolory, gwar i przytłumione głosy. Próbuję ich posłuchać. To od teraz moja muzyka. Zamykam oczy. Jak pachnie ten tłum? Ten wyczekiwany zapach kwiatów i ostatniego posiłku. Zapach czosnku z kebaba, mięsa i szybkiej miłości. Zapach zwiędłych piersi, zapach tanich i drogich papierosów. Omdlewająca woń deszczu we włosach. Właśnie obmywa moje blizny. Bo ten związek zostawił po sobie parę pamiątek innych niż krzywe litery w pamiętniku. Parę znaków szczególnych, o które pytają ci, co nas znali. Mam swój numer obozowy, wytatuowany na twarzy – mówię wtedy – no chodź, podejdź bliżej. Dotknij. Jest prawdziwy, dlatego nie potrzebny mi kolorowy tatuaż. I od razu mam wyznawcę. Bo on, w swoim jestestwie, nigdy na tak drastyczną ozdobę się nie odważy. Hardkore never dies -stuka się co najwyżej drinkiem. Zapewniam, niedługo drążenie własnej skóry będzie szczytem mody na klubowych wybiegach. „Dziary” będą przezywały swój renesans. Wydziergane ręce, kropki na policzkach i czole. Staniemy się nowymi Aborygenami. Wychudzone, niedotlenione szkielety z pokancerowanym mózgiem. Bo to też byśmy sobie przyozdobili. Będziemy kolorowymi kalekami, na widok których prawdziwi „tubylcy” mniejszych światów, imigranci wszelkiej maści będą się pukali w czoła. Przecież można tylko żyć – będą kiwali głowami z politowaniem. A mnie nie wystarczy TYLKO życie.
*** *** ***
-Jestem E. - Jej uścisk jest twardy, pewny, jakby właśnie sprzedawała komuś kiepski dom w słabej lokalizacji, ale była przekonana o jego walorach. Albo robiła to z takim cynizmem, że by jej było wszystko jedno. Przechodzi mnie dreszcz. Impuls wędruje wprost z czubków palców do zwojów w głowie. Bum, to twoja adeptka.
-Będę twoją Przyjaciółką. Nawet, jeśli jeszcze o tym nie wiesz - mówię.
Mój uśmiech wbija się E. w głowę, jak jej dłonie w mój czerep. Spojrzenie rozjaśnia się, oczy mrużą się jeszcze bardziej, w jakiejś zagadkowej rozkoszy.
-A skąd wiesz, że ja tego nie wiem - pyta.
Tak, to wie się samo przez się.
-Chodź, musisz wydeptać ze mną ścieżki do klubów. Teraz będziemy nierozłączne. Tego miasta uczysz się codziennie. Ale i tak zostaje ci po nim jedna nauka. Nauka noszenia piętna i przemian.
Jeśli nie ma w Tobie elastyczności i eklektyzmu, zostajesz tym manekinem, jaki leżał przez jakiś czas na chłonącej go podłodze. Ale to podłoga pozwoliła ożywić nową istotę. Jej lepkość, wilgoć i twarda powłoka wyzwoliły z pęt ciało na wpół odrętwiałe, na wpół plazmatyczne. Wiotkie, sprężyste. Chude. I niemal przezroczyste. Resztki lustra dodawały mu malowniczego blasku. Jego dumna stwórczyni mogła podziwiać je ciągle. Musiała się pochwalić światu swoją nową karoserią na wieloletniej gwarancji z częściami sprowadzanymi zza granicy. Ciało było piękne. Wystarczyło je ubrać w ideologię i odpowiednie nastawienie do siebie i otoczenia, nie zapominając o P. - przyczynie wszystkiego. I ciało wybiegło na powitanie dnia, w samo serce miasta. I nawet zasłonięte zasłony P. mu nie przeszkodziły. Zrozumiało, że nie jest mu ona w istocie potrzebna. Że teraz dojrzało do przyjęcia kogoś nowego. Do inkorporowania nowych soków.
I nadarzyła się okazja, widzisz moja E.? Teraz dialog staje się znów możliwy. Bo jesteś mi bardzo potrzebna, a ja jestem bardzo potrzebna tobie. Zależymy od siebie, ale ja mogę ci wiele przekazać. Chcę uczyć cię ALTERNATYWY, codziennych nawyków, byś mogła je potem powielać. Możemy stworzyć nowe zasady, którymi przyozdobimy swoje głowy. Wiesz, będziesz miała kolię z kolejnych stadiów Orgazmu. A ja będę miała naszyjnik z Nienasycenia. Tak uzbrojone, będziemy realizować swoje plany. I każda z nas będzie relacjonować drugiej, jak udało jej się przyozdobić koliami czoła niewiniątek.
Pięknie jest żyć w stadium niewiniątka. Ale to ubogie życie. Jeszcze piękniej – jest uświadamiać. Kiedy skosztujesz owocu wiadomości, nie ma odwrotu. Będziemy więc chodzić i rozgłaszać dobrą nowinę. Drink za show. Musisz być twarda. Pokazać, że granice są tylko w otoczeniu i jego nieprzydatnej niewinności. Jest możliwe choć na chwilę to nieodzowne w tej nauce połączenie zwojów. Wymiana energii doprowadza do wzbogacenia twojego wnętrza. Rozgłaszaj więc luminologię i przekazuj energię tam, gdzie o nią najłatwiej.
Widzisz E.? To bardzo proste. Okazja jest rodzaju męskiego. Całkiem ciekawej konstrukcji, choć nieco nieproporcjonalnej. Głowa piętrzy się na koguciej, chudej szyi, z której w zasadzie jabłko Adama sugeruje, że za chwilę wydobędzie się z krtani głos o barwie niższej niż twoja. Doskonale. Właśnie wplata się rękoma w wir splecionych istot. Szuka twojego ciała. Przywiera. To właśnie ten moment. Odchyl mu głowę, no dalej! Niech wiruje z Tobą w rytm pulsacyjnego szaleństwa. Czy to jakiś kawał, pytają jego oczy, ale ty wirujesz z nim tak, że gubi pantofle. Dobrze, teraz jest twój, bo zapomniał języka w ustach. Teraz kolejno bar-kibel-parkiet-kibel. Zresztą, co chcesz. Ewangelia uświadomienia zwykle nie ma ustalonego harmonogramu. Kodem jest zniesienie bariery pruderii. A ja, jako twoja przyjaciółka, wiem o czym mówię. Miałam się od kogo uczyć. Parkiet szemrze? Nie szkodzi! Dobrze, że szepcą. Oni też mają się od kogo uczyć! T. nie patrz tak na mnie. Umiesz się idealnie wpisywać w otoczenie. Ruszaj. Chcę mieć rozrywkę. Uświadom ich. Ja idę do baru.
Szklana tafla połyskuje inaczej, niż wtedy, gdy byłam z P. Już nie wykrzywiam ust. A mój monolog staje się zbytecznym dodatkiem do edukacji adeptki. A może nie jestem tak przekonująca i poetycka, jak była P.? Tafla pokazuje raczej poważną twarz. Tu nie będzie żartów. Będę posągiem, boginią uświadomienia. Ale ciebie stać na więcej dystansu, prawda E?
Prawda. T. siedzi znów przy barze. Patrzy na mnie przez pryzmat szkła i drinka, jaki dla niej postawił ten niewielki szczypior ze zmierzwioną czupryną, którego uświadomiłam. Jest wspaniała. Siedzi właściwie niewzruszona w swoim czarnym, połyskliwym kostiumie kocicy. Nawet te jej krótkie, rzadkie włosy nieokreślonego koloru pasują do reszty. Nie musi mieć makijażu. Blizny w poprzek twarzy są lepszą ozdobą jej kanciastej, wychudłej twarzy. Jest piękna w swojej szpetocie. Taka paradoksalna. Krzywe nogi, kiedyś pulchne, teraz wychudłe, nienaturalnie długie, oplatają wężowo obrotowy stołek barowy. Nawet kogucik patrzy teraz nie na mnie, a na nią. Czas na dosypanie paszy. T. przeciąga leniwie lewą rękę i zza pazuchy swojego kostiumu-kombinezonu wydobywa fiolkę. Kogucik pyta wzrokiem, co to jest, T. skinieniem wyraża aprobatę dla pytania i chwilę później podchodzi jeden, potem drugi i trzeci nienasycony. To proszek amnestyczny, mówi zniżonym głosem. Teraz będzie Wam tak dobrze, jak rzadko kiedy. Uśmiecha się rozbrajająco, detonując przed czasem ładunki emocji trzech efemerycznych istot, które w zachwycie przekazują sobie fiolkę. A więc to jest ten proszek, czy po nim rzeczywiście zapomnę, kim jestem, pyta kogucik. Tak, to twoje błogosławieństwo, ucina T. Jeśli nie jesteś gotów, tu jest wielu chętnych. Nie, bardzo chcę. Przykro mi. Tu chwila wahania kosztuje dodatkowy spektakl. Wyrażenie tego, co jest w głębi, zabija ulotność tego pragnienia. Nie jesteś wystarczająco nienasycony. Albo masz wciąż za mało uświadomienia. Kogut patrzy na nią, to na mnie błagalnie. Podchodzi do mnie, nerwowo gestykulując. Ale ja już odwracam oczy w stronę znajomych rąk, zmieniających płytę. Dejot dostanie porcyjkę za chwilę.
I znów powtarza się codzienny spektakl. Splątani w wirze dźwięku, zapominamy. T. zamienia kilka słów ze znajomymi tak samo uświadomionymi, po czym nudzi się w towarzystwie błagającego kogucika i opuszczamy miejsce. Dostajemy jeszcze na zachętę drinka, podziękowanie za fabrykowanie doznań. To miasto i moja T. stapiają się w jeden organizm, oddychający nienasyceniem i połyskujący drapieżnie ślepiami wieloosobowej dżungli. Za to właśnie ją kocham. I będę jej towarzyszką, jej psem, jeśli tylko mnie o to poprosi. Prawda T.?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą łajza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą łajza. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 16 grudnia 2012
piątek, 7 grudnia 2012
LAJZA part XIV
Ostatnio, kiedy chodziły do klubu na całego bywało tak, że wygrywała pierwsza opcja. Wtedy P., trzeba przyznać, wspaniała aktorka, odstawiała cały rytuał chwilowego powrotu do łask. T. spektakularnie odtrącała: jak mogłaś się tak zachować, jest mi wstyd przed Maćkiem, Wiktorem, Piotrkiem, Pawłem, Zenkiem, etc. Przepraszam w jej imieniu. Dziewczyna miała zły dzień. Ale tak to już jest z tymi indywidualistkami. Jak chcą, potrafią być obleśne - I raczyła T. cierpką polewką.
Przez chwilę nawet wierzyła w jej grę. Im bardziej P. gestykulowała i odgrażała się T. z gromami w oczach, tym T. była bardziej pokorna i zdezorientowana. Piotr, Paweł, etc. robił za to maślane oczka i mrugał nimi tak zapamiętale, że omal nie wypadły mu z gałek.
-Nie nie, ależ nie ma się co gniewać. Czy mogę postawić Wam obydwu drinka?
-Wspaniale! Krzyczy P., omal nie wytrącając lowelasowi szklanki z napojem. Obydwie kierowały się wtedy, T. ociągając się jak najbardziej jej talent aktorski pozwalał, do błyszczącego baru. Po chwili obie patrzyły na siebie z aprobatą, sącząc zachłannie drinka w kolorze czerwieni, a potem wodziły wzrokiem po, coraz bardziej osamotnionym w swojej krygującej się pozie, wymodelowanemu żelusiowi. Maślane oczy zapadają się, ciemnieją, w końcu twór kilkunastu minut ich alkoholowych uniesień coraz bardziej odwraca głowę. W stronę parkietu, rzecz jasna. Aż obie dostrzegają wydobywającą się między włosami jak ziarno jakiegoś chwasta na polu, wszędobylską łysinę. P. się nawet rozczula. Pozwala jeszcze coś powiedzieć, ale kwaśny drink podsyca ochotę na taniec. -Chodźmy - I nie pozwala T. dokończyć orzeźwiającej czerwonej mazi z lodem i odrobiną wódki, żeby tylko nie siedziała z typem przy barze.
Ale przy ich ledwie trzeciej sztuce popełniły w swoim algorytmie spory błąd. T. została, P. pofrunęła z niezwykłą dla niej lekkością ptaszęcia, co włazi lwu do paszczy na main. T. rozparła się wygodnie na szkliwiu blatu, przeglądając się w nim i robiąc do siebie miny. Ciągle trzeba trenować warsztat. Tym bardziej w takich chwilach. Wtedy zresztą było to nieodzowne i dawało jej czas na odparcie ciosów przeciwnika. Z blatu mogła go obserwować, widzieć, jakie ma intencje wobec P. Tamten twór pism dla dużych chłopców i trend-sekciarstwa wydawał się pewny siebie. Próbował dalej toczyć skałę, drążyć P., by mu uległa. Był jednak kiepskim kopaczem. A może kopał nie w tym miejscu i w tej górze, bo P. zamachała rzęsami jednoznacznie, kiedy im obydwu się przedstawiał.
-Dlaczego Twoja przyjaciółka się mnie boi? - tafla baru nieco się poruszyła.
Ten ktoś nachylił się teraz nad nią, wypuszczając bąbelki bredni. Brrrdd, brrrddd, brddd brddd. Podniosła głowę jak mogła najwyżej i z dumą wypuściła swoją bańkę mydlaną, że P. lubi się raczej bawić, niż bać, dlaczego sądzi, że P. może się go obawiać? Wskazała P., wśród skaczących ciał, definitywnie otoczoną męskimi torsami i opasaną opalonymi rękoma. Wróciła do sączenia drinka, rzucając spojrzenie: drinka za informację. Chłód szklanki otrzeźwił ją po chwili do reszty, patrzyła na P. z wyczekiwaniem, czy przyjdzie uratować sytuację.
Bo Żeluś był nieustępliwy. Bulgotał coś znad szklanki jakiegoś wermutu czy martini i ciągle dopytywał się, jak blisko są ze sobą. A kiedy zacharkotało tak, że aż P. się odwróciła z rozbawieniem w stronę parkietu, na którym królował niepodzielnie wydatny wielbiciel, kołyszący zawartością spodni jak marynarz w swoim chodzie po lądzie, T. zamknęła swój sezam informacji na tyle spustów, na ile pozwalał jej śmiech. - No to zobaczymy – zabulgotały wargi Żelusia i brzęk złotówek oderwał ją od tafli baru. Teraz obserwowała rozgrywkę między P., której nie udało jej się obronić, i pokracznym, wychudzonym mazgajem, wymuskanym przez mamę albo, w lepszym razie, sublokatorkę z lokum studenckiego, żeby nie straszył swoją przykrą aparycją. Zrobiło jej się przykro. Bo wiedziała, że Żeluś w swoich spodenkach i bucikach zawiązanych na ciasno, żeby mu nie spadły, nie ma szans w konfrontacji z mocnym uściskiem wytrenowanego Godge'a. Kołyszący się Mięsień tak bardzo przypominał wesołego geja ze zdjęć Nan Goldin, że P. pozwalała na wyjątkowo bliski kontakt. Niemal dotykali swoich twarzy.
On a commence. Żeluś wygiął się w pałąk, próbując dorównać kołysaniu Godge'a. P. wzniosła błagalny wzrok na wysokość ramion solaryjnego gladiatora, żeby zdjął przeciwnika z parkietu. Godgo podszedł, ciężko stąpając i rycząc, żeby chuchro sobie poszło. Żeluś nic. Godgo wołał głośniej tak, że pary i kółka gibających się stanęły i zastygały w swoich pozach. Ręce zawisły w niedokończonych ruchach, jakby przeszedł huragan albo jakby ktoś zrobił kawał w muzeum Madame Tissaud i powyginał figury woskowe. Głowy zwróciły się tylko na, lekceważonego do tej pory, malca. Ten, jakby nigdy nic, zaczął wirować, biorąc za ręce P. i obracając ją wulgarnie wokół siebie. Jak mógł sobie pozwolić na taki staroświecki banał upokarzający kobiety! Godgo dostąpił do Żelusia, wyrywając mu swoją zdobycz wieczoru, P., rozbawioną do białości swoich dwóch rzędów zębów. Teraz jej kolej. To także jej show. A ona nie będzie widzką. Będzie gospodynią programu. Wyostrza więc pazury, zataczając w powietrzu koła i, jak jastrząb podczas pikowania, uderza w ramię chuchro żelowe tak, że upada. I z miną zadowolonej kotki, przywraca rzeczy bieg sprzed historii na parkiecie.
I tu ją miał mały krasnal. Wstał z gracją delikatniusiego mena, w końcu gentleman to właśnie taki gość i pewnie ten czerpał z jakiejś angielskiej literatury tę swoją kreację w wersji light, i przyczepił się do nogi P. T. aż spadła ze stołka barowego. Żeluś jęczał coś, charkocząc jeszcze bardziej zapamiętale, wymiętolony przez ciała, które też zaczęły swój ryt wieczoru, zawodził i zwyczajnie płakał. -Ale porażka, opowiadała jej po wyjściu z klubu P. - patrzę na Godgo, a ten się odwraca, żebym sobie z facetem załatwiała brudne sprawy w domu! Dokooła robi się pusto, a parkietowe mordy patrzą z obojętnością kokot po podaniu trucizny! Strzepnęłam pyłek z nogawki, ale musiałam pracować nad reputacją dwa tygodnie i kupować świadkom zdarzenia piwo, żeby łaskawie uruchomili proces amnezji!
T. skrupulatnie notowała dialogi P. Przegląda pamiętnik z notatką o tamtym wieczorze:
„Kwiecień.
Jestem pod wrażeniem ostatniego wieczoru. Bo królowała jedna emocja. Jeden proces, kluczowy dla wszystkich. Niezbędny do dobrej zabawy. Co to takiego?
Amnezja. To obok schizofrenii kolejna cenna przypadłość. Jesteśmy nieuleczalni w swoim wyuczonym zapominaniu, wypieramy ludzi, całe grupy, byle tylko nie poczuć, nie dotknąć. Nie przypomnieć sobie. Amputujemy pamięć. Bo po co ma boleć? Filozofia egzystencji niech wypierdala do kąta, kiedy nie ma nic do zaoferowania. Co nas obchodzi czyjeś nieszczęście? Po co mamy martwić się, jak wygląda życie gdzie indziej, kiedy tu nie mamy jak sobie poradzić z teraźniejszością? Weltshmerz – weltszmelc. Kiedy boli, potrzebne antidotum, najlepiej czysta chemia. Dlatego apteki wszystkich krajów, w jakich byłam, przezywają oblężenie. Ma nie boleć, ma być przyjemnie i euforycznie. Boli Cię? Wypadasz z obiegu. Nie nadajesz się tam, gdzie trzeba prężyć mięśnie, trzeba mieć usta wypełnione silikonem i wydłużać optycznie nogi i rzęsy, by wytrwać w maratonie. Owszem, są takie chwile, kiedy jak jakiś dawno wyśniony koszmar nawiedza cię zwątpienie. Ale amnezja Ci wszystko wybaczy. Będzie twoją troskliwą matką albo Sandmanem, usypiającym śmiertelną dla pamięci dawką czarnej dziury. A wtedy doznajesz oświecenia, prawdziwej pustki. Dysocjujesz. Dryfujesz w czasoprzestrzeni, nieobciążony. Jesteś własnym bogiem. Jak po dobrym tripie narkotykowym.”
Właśnie. P. serwowała przyjaciołom proszek zapomnienia często i chętnie, to był jeszcze inny rodzaj amnezji. Amnezja zależności. Nikt nie dysocjował, było grzecznie i milcząco, jakby nic się nie wydarzyło ani tego, ani żadnego innego wieczoru. Tylko uśmiechy i przymknięte z mdłą aprobatą oczy roziskrzonego tłumu sugerowały, że właśnie trwa proces wymazywania. P. dawała – reszta brała. Była jak królowa w obowiązku, kiedy mówi: duty first, second – self. Datek na niepamięć się jednak zawsze opłacał. Potem tylko pytano: czy to wydarzyło się naprawdę? A P. zacierała ręce i śmiała się w kiblu swoim kocim sykiem z wieczną chrypą, pytając jej, bo naturalnie wysłała T. na zwiady, czy oni szepcą, czy wszystko wróciło do normy. Uśmiechała się wtedy jeszcze bardziej łasząco do dejota, żeby nieco mocniej wyprężył dźwięk, zwiększył tempo i pomógł proszkowi amnezji zadziałać. A T. stała przy nim, mając jak na dłoni tańczącą masę.
Sala wrzała. Opary proszku unosiły się nad głowami, parowało napięcie, zamykały się oczy, unosiły ręce, skracając i tak krótkie koszulki. Włosy puszyły się w opętańczym szamotaniu głów. Wirowały kolory. Odbywało się pranie w temperaturze stu stopni. Do bębna wskakiwały ochoczo kolejne zwitki pyłu tego wieczoru, zostawiając piwo. I kiedy P. wyłaniała się łazienki, po drobiazgowej toalecie, ze złotym połyskiem władzy w oku, tłum ciężko oddychał w przerwie między osuszaniem, a płukaniem. Wtedy ona, niczym nieskrępowana, popijała w swoim majestacie złoty napój, za uśmiechniętym przyzwoleniem jednej z parujących głów, skinającej do niej z przeciwległej strony parkietu. Wtedy T najmocniej zaczęła ją podziwiać, zazdroszcząc jej powodzenia i nawet nienawidząc skrycie do szpiku kości. Może dlatego, że miała inspirację we wspólnie czytanej literaturze? Może dlatego, że dowiadywała się, czym jest miłość? Bo czym jest miłość, jeśli nie oddaniem pełnym ukrytego jadu? Czytały sobie wtedy na głos Sachera-Masocha, który docenił ich formę miłości. „Miłość jest tajemniczą drogą i rozkoszną potęgą, która nas porywa, gdzie sama chce. A my się nie bronimy, nie pytamy nawet, dokąd nas prowadzi i co z nami uczyni”[1]
Ale to przecież P. wygrała. Odtrąciła ją tak bardzo, jak tylko mogą nie dość kochani. Gardząc przyjaciółką, pokazała, że ona, T. jest dla niej tą kolorową masą amnestyków, wychodzącą z klubu ze zwielokrotnioną fazą plateau i pozdrawiającą dejota, że dokonał cudu. A zostawiona na pastwę ulicy T. sama musiała dokonać swojego cudu. Wypatrując rozwiązania w uciekającej jej pod stopami kostce brukowej, wsłuchując się w tupot stóp. Sięgnęła po środki najprostsze, dzięki przemyślności architektów co dwa metry deptaku rozkwitała ławka, na której mogła położyć ciężką głowę. Wirowało jej w mózgu, huczącym głosem ktoś dudnił, że na rogu otwarto nowy salon odnowy biologicznej. A gdzie odnowa mentalna? - pytała siebie. Takie miejsce nie powstało, chyba, że uznamy za nie szpital psychiatryczny. Ale to przymusowe wakacje, na które stać tylko zdesperowane rodziny, odarte z miłości, a może heroiczne w swoim buncie. Po co trzymać w domu pasożyta? Tak samo robi się ze starcami, upośledzonymi. Wyklucza się, izoluje, by odnowa mogła dokonać się bez udziału matek, ojców i rodzeństwa. Kto z tych sunących w pośpiechu ludzi będzie tym usuniętym? Menel, słaniający się wzdłuż krawężnika i odganiający niewidzialną muchę? Biznesmen, mówiący do swojego ucha i wymachujący teczką, a może kręcąca wydatnym tyłkiem opływowa i obcisła, zawsze gotowa blond szpetność w zbyt krótkiej spódniczce? Albo ten, który na nią patrzy, oblizując wargi, jakby właśnie zjadł loda o smaku obietnicy. Skierował wybałuszone gały na nią. Ale tu nie ma nic do patrzenia. Przecież spędziła popołudnie w szafie, a nie w odnowie biologicznej i ani myślała wpasowywać się w kanon. Odbijało jej się czkawką. I napawała się tym swoim brzydzeniem. Do P. Do świata, Do siebie. Jej miłość-nienawiść pęczniała. Głowa huczała od niej, aż zczerniał jej ten deptak ech i jaskrawych kolorów przed oczyma. Chciała do domu. Ale nie potrafiła ruszyć ani ręką, ani nogą. Zastygła w pozie urzeczenia, znieruchomiała. I na koniec spojrzała na siebie z zewnątrz. Zostawiła siebie-ją na tej smętnej enklawie odpoczynku po zakupach w piętrzących się w gorę ulicy butikach. I poszła, skacząc po górach głów. Nie ona-nie „ja”.
Przez chwilę nawet wierzyła w jej grę. Im bardziej P. gestykulowała i odgrażała się T. z gromami w oczach, tym T. była bardziej pokorna i zdezorientowana. Piotr, Paweł, etc. robił za to maślane oczka i mrugał nimi tak zapamiętale, że omal nie wypadły mu z gałek.
-Nie nie, ależ nie ma się co gniewać. Czy mogę postawić Wam obydwu drinka?
-Wspaniale! Krzyczy P., omal nie wytrącając lowelasowi szklanki z napojem. Obydwie kierowały się wtedy, T. ociągając się jak najbardziej jej talent aktorski pozwalał, do błyszczącego baru. Po chwili obie patrzyły na siebie z aprobatą, sącząc zachłannie drinka w kolorze czerwieni, a potem wodziły wzrokiem po, coraz bardziej osamotnionym w swojej krygującej się pozie, wymodelowanemu żelusiowi. Maślane oczy zapadają się, ciemnieją, w końcu twór kilkunastu minut ich alkoholowych uniesień coraz bardziej odwraca głowę. W stronę parkietu, rzecz jasna. Aż obie dostrzegają wydobywającą się między włosami jak ziarno jakiegoś chwasta na polu, wszędobylską łysinę. P. się nawet rozczula. Pozwala jeszcze coś powiedzieć, ale kwaśny drink podsyca ochotę na taniec. -Chodźmy - I nie pozwala T. dokończyć orzeźwiającej czerwonej mazi z lodem i odrobiną wódki, żeby tylko nie siedziała z typem przy barze.
Ale przy ich ledwie trzeciej sztuce popełniły w swoim algorytmie spory błąd. T. została, P. pofrunęła z niezwykłą dla niej lekkością ptaszęcia, co włazi lwu do paszczy na main. T. rozparła się wygodnie na szkliwiu blatu, przeglądając się w nim i robiąc do siebie miny. Ciągle trzeba trenować warsztat. Tym bardziej w takich chwilach. Wtedy zresztą było to nieodzowne i dawało jej czas na odparcie ciosów przeciwnika. Z blatu mogła go obserwować, widzieć, jakie ma intencje wobec P. Tamten twór pism dla dużych chłopców i trend-sekciarstwa wydawał się pewny siebie. Próbował dalej toczyć skałę, drążyć P., by mu uległa. Był jednak kiepskim kopaczem. A może kopał nie w tym miejscu i w tej górze, bo P. zamachała rzęsami jednoznacznie, kiedy im obydwu się przedstawiał.
-Dlaczego Twoja przyjaciółka się mnie boi? - tafla baru nieco się poruszyła.
Ten ktoś nachylił się teraz nad nią, wypuszczając bąbelki bredni. Brrrdd, brrrddd, brddd brddd. Podniosła głowę jak mogła najwyżej i z dumą wypuściła swoją bańkę mydlaną, że P. lubi się raczej bawić, niż bać, dlaczego sądzi, że P. może się go obawiać? Wskazała P., wśród skaczących ciał, definitywnie otoczoną męskimi torsami i opasaną opalonymi rękoma. Wróciła do sączenia drinka, rzucając spojrzenie: drinka za informację. Chłód szklanki otrzeźwił ją po chwili do reszty, patrzyła na P. z wyczekiwaniem, czy przyjdzie uratować sytuację.
Bo Żeluś był nieustępliwy. Bulgotał coś znad szklanki jakiegoś wermutu czy martini i ciągle dopytywał się, jak blisko są ze sobą. A kiedy zacharkotało tak, że aż P. się odwróciła z rozbawieniem w stronę parkietu, na którym królował niepodzielnie wydatny wielbiciel, kołyszący zawartością spodni jak marynarz w swoim chodzie po lądzie, T. zamknęła swój sezam informacji na tyle spustów, na ile pozwalał jej śmiech. - No to zobaczymy – zabulgotały wargi Żelusia i brzęk złotówek oderwał ją od tafli baru. Teraz obserwowała rozgrywkę między P., której nie udało jej się obronić, i pokracznym, wychudzonym mazgajem, wymuskanym przez mamę albo, w lepszym razie, sublokatorkę z lokum studenckiego, żeby nie straszył swoją przykrą aparycją. Zrobiło jej się przykro. Bo wiedziała, że Żeluś w swoich spodenkach i bucikach zawiązanych na ciasno, żeby mu nie spadły, nie ma szans w konfrontacji z mocnym uściskiem wytrenowanego Godge'a. Kołyszący się Mięsień tak bardzo przypominał wesołego geja ze zdjęć Nan Goldin, że P. pozwalała na wyjątkowo bliski kontakt. Niemal dotykali swoich twarzy.
On a commence. Żeluś wygiął się w pałąk, próbując dorównać kołysaniu Godge'a. P. wzniosła błagalny wzrok na wysokość ramion solaryjnego gladiatora, żeby zdjął przeciwnika z parkietu. Godgo podszedł, ciężko stąpając i rycząc, żeby chuchro sobie poszło. Żeluś nic. Godgo wołał głośniej tak, że pary i kółka gibających się stanęły i zastygały w swoich pozach. Ręce zawisły w niedokończonych ruchach, jakby przeszedł huragan albo jakby ktoś zrobił kawał w muzeum Madame Tissaud i powyginał figury woskowe. Głowy zwróciły się tylko na, lekceważonego do tej pory, malca. Ten, jakby nigdy nic, zaczął wirować, biorąc za ręce P. i obracając ją wulgarnie wokół siebie. Jak mógł sobie pozwolić na taki staroświecki banał upokarzający kobiety! Godgo dostąpił do Żelusia, wyrywając mu swoją zdobycz wieczoru, P., rozbawioną do białości swoich dwóch rzędów zębów. Teraz jej kolej. To także jej show. A ona nie będzie widzką. Będzie gospodynią programu. Wyostrza więc pazury, zataczając w powietrzu koła i, jak jastrząb podczas pikowania, uderza w ramię chuchro żelowe tak, że upada. I z miną zadowolonej kotki, przywraca rzeczy bieg sprzed historii na parkiecie.
I tu ją miał mały krasnal. Wstał z gracją delikatniusiego mena, w końcu gentleman to właśnie taki gość i pewnie ten czerpał z jakiejś angielskiej literatury tę swoją kreację w wersji light, i przyczepił się do nogi P. T. aż spadła ze stołka barowego. Żeluś jęczał coś, charkocząc jeszcze bardziej zapamiętale, wymiętolony przez ciała, które też zaczęły swój ryt wieczoru, zawodził i zwyczajnie płakał. -Ale porażka, opowiadała jej po wyjściu z klubu P. - patrzę na Godgo, a ten się odwraca, żebym sobie z facetem załatwiała brudne sprawy w domu! Dokooła robi się pusto, a parkietowe mordy patrzą z obojętnością kokot po podaniu trucizny! Strzepnęłam pyłek z nogawki, ale musiałam pracować nad reputacją dwa tygodnie i kupować świadkom zdarzenia piwo, żeby łaskawie uruchomili proces amnezji!
T. skrupulatnie notowała dialogi P. Przegląda pamiętnik z notatką o tamtym wieczorze:
„Kwiecień.
Jestem pod wrażeniem ostatniego wieczoru. Bo królowała jedna emocja. Jeden proces, kluczowy dla wszystkich. Niezbędny do dobrej zabawy. Co to takiego?
Amnezja. To obok schizofrenii kolejna cenna przypadłość. Jesteśmy nieuleczalni w swoim wyuczonym zapominaniu, wypieramy ludzi, całe grupy, byle tylko nie poczuć, nie dotknąć. Nie przypomnieć sobie. Amputujemy pamięć. Bo po co ma boleć? Filozofia egzystencji niech wypierdala do kąta, kiedy nie ma nic do zaoferowania. Co nas obchodzi czyjeś nieszczęście? Po co mamy martwić się, jak wygląda życie gdzie indziej, kiedy tu nie mamy jak sobie poradzić z teraźniejszością? Weltshmerz – weltszmelc. Kiedy boli, potrzebne antidotum, najlepiej czysta chemia. Dlatego apteki wszystkich krajów, w jakich byłam, przezywają oblężenie. Ma nie boleć, ma być przyjemnie i euforycznie. Boli Cię? Wypadasz z obiegu. Nie nadajesz się tam, gdzie trzeba prężyć mięśnie, trzeba mieć usta wypełnione silikonem i wydłużać optycznie nogi i rzęsy, by wytrwać w maratonie. Owszem, są takie chwile, kiedy jak jakiś dawno wyśniony koszmar nawiedza cię zwątpienie. Ale amnezja Ci wszystko wybaczy. Będzie twoją troskliwą matką albo Sandmanem, usypiającym śmiertelną dla pamięci dawką czarnej dziury. A wtedy doznajesz oświecenia, prawdziwej pustki. Dysocjujesz. Dryfujesz w czasoprzestrzeni, nieobciążony. Jesteś własnym bogiem. Jak po dobrym tripie narkotykowym.”
Właśnie. P. serwowała przyjaciołom proszek zapomnienia często i chętnie, to był jeszcze inny rodzaj amnezji. Amnezja zależności. Nikt nie dysocjował, było grzecznie i milcząco, jakby nic się nie wydarzyło ani tego, ani żadnego innego wieczoru. Tylko uśmiechy i przymknięte z mdłą aprobatą oczy roziskrzonego tłumu sugerowały, że właśnie trwa proces wymazywania. P. dawała – reszta brała. Była jak królowa w obowiązku, kiedy mówi: duty first, second – self. Datek na niepamięć się jednak zawsze opłacał. Potem tylko pytano: czy to wydarzyło się naprawdę? A P. zacierała ręce i śmiała się w kiblu swoim kocim sykiem z wieczną chrypą, pytając jej, bo naturalnie wysłała T. na zwiady, czy oni szepcą, czy wszystko wróciło do normy. Uśmiechała się wtedy jeszcze bardziej łasząco do dejota, żeby nieco mocniej wyprężył dźwięk, zwiększył tempo i pomógł proszkowi amnezji zadziałać. A T. stała przy nim, mając jak na dłoni tańczącą masę.
Sala wrzała. Opary proszku unosiły się nad głowami, parowało napięcie, zamykały się oczy, unosiły ręce, skracając i tak krótkie koszulki. Włosy puszyły się w opętańczym szamotaniu głów. Wirowały kolory. Odbywało się pranie w temperaturze stu stopni. Do bębna wskakiwały ochoczo kolejne zwitki pyłu tego wieczoru, zostawiając piwo. I kiedy P. wyłaniała się łazienki, po drobiazgowej toalecie, ze złotym połyskiem władzy w oku, tłum ciężko oddychał w przerwie między osuszaniem, a płukaniem. Wtedy ona, niczym nieskrępowana, popijała w swoim majestacie złoty napój, za uśmiechniętym przyzwoleniem jednej z parujących głów, skinającej do niej z przeciwległej strony parkietu. Wtedy T najmocniej zaczęła ją podziwiać, zazdroszcząc jej powodzenia i nawet nienawidząc skrycie do szpiku kości. Może dlatego, że miała inspirację we wspólnie czytanej literaturze? Może dlatego, że dowiadywała się, czym jest miłość? Bo czym jest miłość, jeśli nie oddaniem pełnym ukrytego jadu? Czytały sobie wtedy na głos Sachera-Masocha, który docenił ich formę miłości. „Miłość jest tajemniczą drogą i rozkoszną potęgą, która nas porywa, gdzie sama chce. A my się nie bronimy, nie pytamy nawet, dokąd nas prowadzi i co z nami uczyni”[1]
Ale to przecież P. wygrała. Odtrąciła ją tak bardzo, jak tylko mogą nie dość kochani. Gardząc przyjaciółką, pokazała, że ona, T. jest dla niej tą kolorową masą amnestyków, wychodzącą z klubu ze zwielokrotnioną fazą plateau i pozdrawiającą dejota, że dokonał cudu. A zostawiona na pastwę ulicy T. sama musiała dokonać swojego cudu. Wypatrując rozwiązania w uciekającej jej pod stopami kostce brukowej, wsłuchując się w tupot stóp. Sięgnęła po środki najprostsze, dzięki przemyślności architektów co dwa metry deptaku rozkwitała ławka, na której mogła położyć ciężką głowę. Wirowało jej w mózgu, huczącym głosem ktoś dudnił, że na rogu otwarto nowy salon odnowy biologicznej. A gdzie odnowa mentalna? - pytała siebie. Takie miejsce nie powstało, chyba, że uznamy za nie szpital psychiatryczny. Ale to przymusowe wakacje, na które stać tylko zdesperowane rodziny, odarte z miłości, a może heroiczne w swoim buncie. Po co trzymać w domu pasożyta? Tak samo robi się ze starcami, upośledzonymi. Wyklucza się, izoluje, by odnowa mogła dokonać się bez udziału matek, ojców i rodzeństwa. Kto z tych sunących w pośpiechu ludzi będzie tym usuniętym? Menel, słaniający się wzdłuż krawężnika i odganiający niewidzialną muchę? Biznesmen, mówiący do swojego ucha i wymachujący teczką, a może kręcąca wydatnym tyłkiem opływowa i obcisła, zawsze gotowa blond szpetność w zbyt krótkiej spódniczce? Albo ten, który na nią patrzy, oblizując wargi, jakby właśnie zjadł loda o smaku obietnicy. Skierował wybałuszone gały na nią. Ale tu nie ma nic do patrzenia. Przecież spędziła popołudnie w szafie, a nie w odnowie biologicznej i ani myślała wpasowywać się w kanon. Odbijało jej się czkawką. I napawała się tym swoim brzydzeniem. Do P. Do świata, Do siebie. Jej miłość-nienawiść pęczniała. Głowa huczała od niej, aż zczerniał jej ten deptak ech i jaskrawych kolorów przed oczyma. Chciała do domu. Ale nie potrafiła ruszyć ani ręką, ani nogą. Zastygła w pozie urzeczenia, znieruchomiała. I na koniec spojrzała na siebie z zewnątrz. Zostawiła siebie-ją na tej smętnej enklawie odpoczynku po zakupach w piętrzących się w gorę ulicy butikach. I poszła, skacząc po górach głów. Nie ona-nie „ja”.
niedziela, 10 kwietnia 2011
Łajza part VII
To było szóstego dnia. Siódmego po otrzymaniu ostatniego maila, chuda, zakrwawiona istota wstała na nowo, słaniając się jeszcze, ale stąpając po posadzce pewniej. W stłuczonych resztkach lustra zobaczyła zaskakująco spokojne spojrzenie. Oczy wprost paliły się do spotkania z rzeczywistością. Z nowonarodzoną rzeczywistością. Uśmiech poszerzał w swojej poświacie całą drapieżność nowej istoty. Teraz ona była myśliwą. Wyprężoną do ataku. Stanęła więc prosto i dokonała metamorfozy w łaziebnej przestrzeni. Ależ była inna. Inna niż P. Inna niż swoje poprzednie wcielenie. Tak, tak może je nazwać. To była egzystencja, która teraz wzniosła się na wyższy wymiar poznania. Jeszcze nie może mówić o sobie w pełni pierwszej osoby, pełni nowej tożsamości. Czeka, aż ktoś nowy jej ją nada. Jest jeszcze pół-egzystencją, wyrównującą pewne rachunki. Teraz musi sobie przywrócić pamięć. Odtwarza więc korespondencję mailową z dawną przyjaciółką, zapisaną w folderze: P
<p>, Sent: March, 7, 12.18
Przyjmijmy wersję czasu zatrzymanego. Nie ma jutro, nie ma wczoraj. U nas dzieje się tylko dzisiaj. I w tym wiecznym dzisiaj chcę, żebyśmy stworzyły spisek. Naszą małą intrygę.
Chcę z tobą odkryć pewne miejsca, chcę ci je pokazać. Chcę, żebyś poczuła sobą świętość. I oddanie. Adonai i mentalne fellatio. Zgadzasz się??
P.
A potem od razu:
<p>, Sent: March, 10, 23.35
Jestem gotowa dać ci pierwszą lekcję. Chcę, byś była moim odbiciem. Ale ze mną nie jest łatwo. Nie uznaję poddaństwa. Musisz mnie kochać. Ale i wiedzieć, kiedy nienawidzę. I kiedy chcę spokoju. Naucz się mojej zmienności. A ja nauczę się ciebie. Spotkajmy się u mnie.
P.
Co napisała? Odkrywa po chwili swój mail, uśmiecha się lekko do swojego odbicia w ekranie. Blizny. Blizny.
<t>, Sent: March,11, 1.23
Będę u ciebie, rozumiem, że pora nieważna. Mnie też trzeba oswoić. Ale uczniem jestem doskonałym. Może i ja ci coś pokażę. Chcę przyjaźni. Prawdziwej przyjaźni, takiej do końca, bo nie uznaję kompromisów. I chcę wejść na inny poziom, jak opowiadałaś. Nie chcę być już w zawieszeniu. Pokaż mi to, co pozwala się wznieść ponad to, co skrywa miasto.
Twoja T.
Pamięta te dni. Zmysły układały pieśni. W drenach czuła całą sobą przyjemne pulsowanie. Informacje widziane i słyszane w radiu nie były już tylko czczymi komunikatami. Nabierały specjalnego znaczenia. Wszędzie słyszała, że to ważny dzień. Przełom za przełomem, wydawało jej się nawet, że słyszy w radiu głos P. czytający do niej wiadomość: przyjdź do mnie. Czas na prawdziwą przyjaźń. To Twoja ewangelia. Ciało T. zanotowało zatem, że P. ma dla świata jakąś doskonałą misję. I że ona ma być jej częścią.
Świat, jaki pokazywała jej przyjaciółka przy każdym włóczeniu się, nie był prosty i wykalkulowany. Był światem pełnym niedopowiedzeń i tajemnic. A przede wszystkim, miał ukryte świątynie. Świątynie, w których każdy, kto miał potrzebę świętości w wymiarze intelektualnym, mógł ją zaspokoić. Mógł nagle poczuć się wolnym. O tym pisała w mailu do niej. I nazajutrz P. pokazała jej takie miejsca. - Popatrz - mówiła, czy Ci ludzie nie są czymś owładnięci? Czy to nie jest poza słowami?
T. wiedziała, że P. prowadzi z nią grę w mieście. Grę umowną, spontaniczną, bez określonych zasad. Miała poznać miasto od strony mrocznej, szorstkiej i porowatej. P. kolejno odsłaniała przed nią jego tajemnice, których wspólnym mianownikiem był: ruch, dźwięk i niezwykłość. Czasem była to niezwykłość schowana pod płaszczem codzienności, czasem logiką P. w wyborze miejsc gry kierował impuls uczuć. T. uczyła się do miasta uczuć, miała zakochiwać się w mieście przy każdej wizycie w wybranych przez P. świątyniach.
Na początku poszły na giełdę. Laski z poliestru, w zabłoconych nocnymi uciechami, rozklekotanych botkach, z nieświeżym spojrzeniem i zabójczym oddechem marijuany zmieszanej z tanim koktajlem waniliopodobnym, dotarły do świątyni luksusu. Srebrne portyki, obracające się z szybkością hossy w jej szczytowym momencie, wmieszały je w tłum biało-czarnych, ewentualnie biało-różowo-blu boyów, z ewidentnym pobudzeniem psycho-ruchowym. Mówili jakimś dziwnym, tajemnym językiem i patrzyli w magiczny, czarny ekran z nieustannie zmieniającymi się wykresami.
-To jest ewangelia naszych czasów. Te liczby nic nie znaczą, one się co dzień zmieniają – mówiła P.
-Jak można im wierzyć -wątpiła ta druga.
P. roześmiała się, pokazując jak zwykle kształtne siekacze.
-To numerologia. Liczą się nawet setne, tysięczne. I niewidzialnie się mnożą. Popatrz. Tu są wykresy liniowe wszystkich giełd świata. To najciekawszy seans filmowy. Szkoda, że nie rozdają popcornu. Kursy walut. Aż mi się widzi cinkciarz ze zwitkiem banknotów, stojący pod kantorem. Byłby tu atrakcją. Bo oni mają te swoje niewidzialne mikro-wahania i te swoje liczby zamknięte w szklanym ekranie. I wiercą się wokół niego, szukają objawienia. A może powinien stanąć cwaniaczek spod kantoru i ich wszystkich wykurzyć, porywając ich fałszywą walutą krajów zrzeszonych i niezrzeszonych? - P. pokazuje ze znawstwem figury na wykresach. Wirują kolory, liczby przesuwają się w matrycy i wzburzają kolejne wykresy. Z takimi wydrukowanymi wykresami wychodzą z biało-czarni z jednych drzwi pod tablicą, by zaraz wejść do drugich. Potem znów wracają. Jak w mrowisku. Praca biało-czarnych mrówek wre.
P. przysiada i wygląda na to, że medytuje. Zamyka oczy i każe poczuć T. pulsowanie tej przestrzeni. Tupot nóg, dźwięk fruwającego w rękach papieru, głosy i okrzyki, a przede wszystkim takie miarowe skupienie, wylewające się z ekranu. On jest tutaj bogiem i bez wątpienia jest jedynym stałym w swojej zmienności, elementem tej świątyni. Jest niewzruszony nawet wtedy, gdy biało-czarni wyznawcy wątpią i wyprzedają swoje niewidzialne papiery, gdy łapią się za czoła, gdy ze spuszczoną głową myślą o spokojnej emeryturze, która po pewnych niefortunnych ruchach, spokojnym, majestatycznym krokiem jak przystało na stateczną panią, macha im ich teczką na pożegnanie, pokazując język.
P i T. uśmiechają się do siebie po otwarciu oczu. P. powoli wstaje z kucek.
-Żydzi mają swoje święto opróżniania kieszeni nad rzeką. Tu ci czarno-biali maklerzy i maklerki też powinni zacząć dzień od opróżniania kieszeni. Wtedy ich trafność przewidywań by wzrosła. I byliby pełniejsi w swojej wierze.
-Wiem P. Ale ja mam dosyć. Kręci mi się w głowie od tego wirowania liczb. Świątynia kipi od sztucznego, robotycznego tempa jej wyznawców.
Stoi gdzieś między holem, a ekranem i brudzi nagle kryształową posadzkę koktajlem, zostawiając plamę. Trzewia pracują pulsacyjnie w rytm przechodzących biało-czarnych fal. A czarny punkt z okrągłym, czerwonym elementem wyrastającym z uniformu, jak pryszcz na wielkiej, czarnej górze, zwężającej się łagodnie w swoich wyższych partiach, zbliża się z prędkością lecącej kuli.
-To strażnik- dodaje wesoło P i już jej nie ma w pobliżu.
Zabawne, przypomina sobie chuda T., malując oczy po włożeniu obcisłej bluzki i nałożeniu kombinezonu. Zaplątała się w srebrny portyk, by po chwili, z szybkością pocisku wyrzuconego z procy, pofrunąć do stóp P. To była właśnie ta chwila. Chwila poddania. Islam.
-Jestem zdana na ciebie P. z Tobą będę już wszędzie podążać. Prowadź mnie do kolejnej świątyni – powiedziała wtedy z miłością. P. śmiejąc się coraz bardziej, schyliła się do niej, gładząc ją po zaflegmiałej twarzy. Parsknęła wesoło:
-Mam dla ciebie niespodziankę.
I jej chichot długo prowadził je przez miasto.
Skręciły wąwozami ulic, wijącymi się wzdłuż wielkiej alei. Aleja kipiała od kolorów i świateł. Pełno sklepów, butików, aptek. Ale to jeszcze nie to. Weszły w podwórka, zeszły w dół schodkami prowadzącymi do nasypu. Szły uważnie zabłoconym traktem po wzniesieniu, by dojść do tunelu. -Teraz poczujesz się jak w obozie koncentracyjnym dla podróżnych, którzy, znalazłszy się tu, tracą orientację i nie wiedzą, gdzie dotrą – powiedziała poetycko, nietypowo staroświecko jak na nią. -Stawiaj uważnie krok po kroku, bo możesz natknąć się na szczura. To miejsce sprawdza Twój strach. Wyostrz słuch. Jeśli się zagapisz, nadjedzie pociąg. Nie ma jak uskoczyć. Na pewnym odcinku tunelu są tylko ściany i dwa tory, każdy w oddzielnym rozgałęzieniu tunelu.
Wizualizacja: Idą w przygnębiających ciemnościach. T. czuje, że to sen, który zawładnął rzeczywistością. Stąpa z każdym krokiem pewniej, bardziej miękko, ale jej kolana się trzęsą.
-Boisz się - słyszy echo P.
Próbuje jej dosięgnąć. Nigdzie jej nie ma. Nagle wyłania się kilka kroków przede nią. Patrzy z przymrużeniem oczu. W jej oczach odbija się światło. Światło, które poszerza jej źrenice. P. przypomina teraz demona, który próbuje wzlecieć. Podnosi ręce. Staje w rozkroku i wydyma powietrze po wzięciu głębokiego oddechu. Jeszcze nic nie słychać. Tył ciała T. za to jaśnieje i już wie, że P. nie dokonała cudu przemienienia, a jej stan to nie sen. Żelazny wehikuł pełen podróżnych zamierza je pochłonąć.
-Skacz! - Woła P.
Łatwo jej to powiedzieć. Nogi T przywarły do spróchniałych szyn jak te mury tunelu, w których gdzieniegdzie są tylko dziury i uskoki. P. znika w zagłębieniu. Oszalałe nogi gnają T. na oślep, przewraca się. Albo ma wrażenie, że leci.
- Dużo siły kosztuje mnie myślenie za ciebie – słyszy - na szczęście jesteś przezroczysta. Transparentna. Niegroźna w swoim wtapianiu się w tło. Od dziś będziesz moją T. transparentną stroną egzystencji.
Ciszę przeszywa wysokotonowy, wyjący szum. Wciąga jak wir. AAAAAA, ich gardła rezonują razem z nim. To właśnie świątynia strachu. Stapiają się z tym wielkim, nadludzkim podmuchem powietrza. T. zamyka oczy i czeka. Turkot szyn się kończy, migają tylko dwa czerwone światła oddalającego się pociągu. Ciekawe, dokąd jadą ci pasażerowie. A właściwie, świecące w jarzeniowym świetle istoty, które nie wiedzą o ich istnieniu.
Bo co sobie może myśleć taka istota? Tylko jeśliby im się nie udało, wehikuł zatrząsłby się, pokiwał, ale najpewniej pojechałby dalej. A może nie, wysiadłby konduktor zobaczyć, co leży na torach. Jasne punkty pociągu zapełniłyby się wszystkimi istotami, jakie zdołają dopchać się do okien. Pewnie bałyby się wyjść do ciemnej, niegościnnej paszczy tunelu. Lizak konduktora zwisałby bezwładnie u pasa. Ten zaklinacz żelaznego wehikułu doczłapałby się wściekły, a może struchlały, do czoła pociągu. Nie, do trzeciego wagonu, który by wygięło w prawo. Kucnąłby, kazał poświecić latarką swojemu pomocnikowi i odkryłby resztki. Sensacyjne, bo dopiero wtedy T. nabrałaby znaczenia w tym wydarzeniu. Nastąpiłby postój, podczas którego istoty nabrałyby także realnego wymiaru i po kolei wytaczaliby się na tory zdezorientowani podróżni. Pani z dzieckiem, które zaczęłoby płakać. Żołnierz jadący z przepustki, który bardzo chciałby pomóc konduktorowi. Do tego ślepego tunelu nie mogłaby wjechać straż pożarna, więc pasażerowie czekaliby, coraz bardziej niecierpliwi. Facet z wąsem, podróżujący w towarzystwie ciemnej aktówki z aktami tajnymi, jak czarna skrzynka prezydenta USA. Dzwoniłby ze swoich dwóch komórek, że to skandal, żeby ktoś zabijał się w jego pociągu. On dojedzie teraz na konferencję! Starsza Pani w mocno natapirowanej fryzurze i zwiędłym spojrzeniu, Lady Dewotia z zapasem kanapek na długą podróż, odmawiałaby różaniec. Oni wszyscy nabraliby znaczenia. Sami siebie nawzajem postrzegaliby jako jednostki, z którymi można się czymś podzielić. Byliby towarzyszami niedoli. A tak? Są tylko jasnymi plamami w ciemnym pociągu, sunącym miarowo z prędkością, na jaką pozwala przestarzała aparatura w gąsienicowej lokomotywie.
Tak rzadko następuje taki czas, kiedy nabieramy prawdziwego znaczenia – dochodzi teraz do umalowanej i gotowej do wyjścia dziewczyny. Te jasne punkty często dopiero u schyłku wejścia w ostateczną jasność, spopielenie, widzą, że prowadziły życie zapamiętałego robota o ustalonym algorytmie działania. Może więc błogosławieństwem dla nich byłaby czyjaś ofiara, wypadek, choroba? Najgorsze, że nikt nie chce być chory, nikt nie chce dojść do punktu granicznego. Poczuć się mały, nijaki, bezużyteczny. Nikt nie chce stoczyć się na dno. Poznać swój własny kres. Wolą rozpłynąć się w próżni. Mignąć, jak ten pociąg w tunelu. Czyja więc to miała być świątynia, jeśli nie naszej przyjaźni. Tu tylko my definiowałyśmy siebie: ja wobec niej i ona wobec mnie. W tej ciszy, przetkanej mignięciem istot, zamkniętych w żelastwie.
-Tylko my mamy tu swój patos- mówiła P.
<p>, Sent: March, 7, 12.18
Przyjmijmy wersję czasu zatrzymanego. Nie ma jutro, nie ma wczoraj. U nas dzieje się tylko dzisiaj. I w tym wiecznym dzisiaj chcę, żebyśmy stworzyły spisek. Naszą małą intrygę.
Chcę z tobą odkryć pewne miejsca, chcę ci je pokazać. Chcę, żebyś poczuła sobą świętość. I oddanie. Adonai i mentalne fellatio. Zgadzasz się??
P.
A potem od razu:
<p>, Sent: March, 10, 23.35
Jestem gotowa dać ci pierwszą lekcję. Chcę, byś była moim odbiciem. Ale ze mną nie jest łatwo. Nie uznaję poddaństwa. Musisz mnie kochać. Ale i wiedzieć, kiedy nienawidzę. I kiedy chcę spokoju. Naucz się mojej zmienności. A ja nauczę się ciebie. Spotkajmy się u mnie.
P.
Co napisała? Odkrywa po chwili swój mail, uśmiecha się lekko do swojego odbicia w ekranie. Blizny. Blizny.
<t>, Sent: March,11, 1.23
Będę u ciebie, rozumiem, że pora nieważna. Mnie też trzeba oswoić. Ale uczniem jestem doskonałym. Może i ja ci coś pokażę. Chcę przyjaźni. Prawdziwej przyjaźni, takiej do końca, bo nie uznaję kompromisów. I chcę wejść na inny poziom, jak opowiadałaś. Nie chcę być już w zawieszeniu. Pokaż mi to, co pozwala się wznieść ponad to, co skrywa miasto.
Twoja T.
Pamięta te dni. Zmysły układały pieśni. W drenach czuła całą sobą przyjemne pulsowanie. Informacje widziane i słyszane w radiu nie były już tylko czczymi komunikatami. Nabierały specjalnego znaczenia. Wszędzie słyszała, że to ważny dzień. Przełom za przełomem, wydawało jej się nawet, że słyszy w radiu głos P. czytający do niej wiadomość: przyjdź do mnie. Czas na prawdziwą przyjaźń. To Twoja ewangelia. Ciało T. zanotowało zatem, że P. ma dla świata jakąś doskonałą misję. I że ona ma być jej częścią.
Świat, jaki pokazywała jej przyjaciółka przy każdym włóczeniu się, nie był prosty i wykalkulowany. Był światem pełnym niedopowiedzeń i tajemnic. A przede wszystkim, miał ukryte świątynie. Świątynie, w których każdy, kto miał potrzebę świętości w wymiarze intelektualnym, mógł ją zaspokoić. Mógł nagle poczuć się wolnym. O tym pisała w mailu do niej. I nazajutrz P. pokazała jej takie miejsca. - Popatrz - mówiła, czy Ci ludzie nie są czymś owładnięci? Czy to nie jest poza słowami?
T. wiedziała, że P. prowadzi z nią grę w mieście. Grę umowną, spontaniczną, bez określonych zasad. Miała poznać miasto od strony mrocznej, szorstkiej i porowatej. P. kolejno odsłaniała przed nią jego tajemnice, których wspólnym mianownikiem był: ruch, dźwięk i niezwykłość. Czasem była to niezwykłość schowana pod płaszczem codzienności, czasem logiką P. w wyborze miejsc gry kierował impuls uczuć. T. uczyła się do miasta uczuć, miała zakochiwać się w mieście przy każdej wizycie w wybranych przez P. świątyniach.
Na początku poszły na giełdę. Laski z poliestru, w zabłoconych nocnymi uciechami, rozklekotanych botkach, z nieświeżym spojrzeniem i zabójczym oddechem marijuany zmieszanej z tanim koktajlem waniliopodobnym, dotarły do świątyni luksusu. Srebrne portyki, obracające się z szybkością hossy w jej szczytowym momencie, wmieszały je w tłum biało-czarnych, ewentualnie biało-różowo-blu boyów, z ewidentnym pobudzeniem psycho-ruchowym. Mówili jakimś dziwnym, tajemnym językiem i patrzyli w magiczny, czarny ekran z nieustannie zmieniającymi się wykresami.
-To jest ewangelia naszych czasów. Te liczby nic nie znaczą, one się co dzień zmieniają – mówiła P.
-Jak można im wierzyć -wątpiła ta druga.
P. roześmiała się, pokazując jak zwykle kształtne siekacze.
-To numerologia. Liczą się nawet setne, tysięczne. I niewidzialnie się mnożą. Popatrz. Tu są wykresy liniowe wszystkich giełd świata. To najciekawszy seans filmowy. Szkoda, że nie rozdają popcornu. Kursy walut. Aż mi się widzi cinkciarz ze zwitkiem banknotów, stojący pod kantorem. Byłby tu atrakcją. Bo oni mają te swoje niewidzialne mikro-wahania i te swoje liczby zamknięte w szklanym ekranie. I wiercą się wokół niego, szukają objawienia. A może powinien stanąć cwaniaczek spod kantoru i ich wszystkich wykurzyć, porywając ich fałszywą walutą krajów zrzeszonych i niezrzeszonych? - P. pokazuje ze znawstwem figury na wykresach. Wirują kolory, liczby przesuwają się w matrycy i wzburzają kolejne wykresy. Z takimi wydrukowanymi wykresami wychodzą z biało-czarni z jednych drzwi pod tablicą, by zaraz wejść do drugich. Potem znów wracają. Jak w mrowisku. Praca biało-czarnych mrówek wre.
P. przysiada i wygląda na to, że medytuje. Zamyka oczy i każe poczuć T. pulsowanie tej przestrzeni. Tupot nóg, dźwięk fruwającego w rękach papieru, głosy i okrzyki, a przede wszystkim takie miarowe skupienie, wylewające się z ekranu. On jest tutaj bogiem i bez wątpienia jest jedynym stałym w swojej zmienności, elementem tej świątyni. Jest niewzruszony nawet wtedy, gdy biało-czarni wyznawcy wątpią i wyprzedają swoje niewidzialne papiery, gdy łapią się za czoła, gdy ze spuszczoną głową myślą o spokojnej emeryturze, która po pewnych niefortunnych ruchach, spokojnym, majestatycznym krokiem jak przystało na stateczną panią, macha im ich teczką na pożegnanie, pokazując język.
P i T. uśmiechają się do siebie po otwarciu oczu. P. powoli wstaje z kucek.
-Żydzi mają swoje święto opróżniania kieszeni nad rzeką. Tu ci czarno-biali maklerzy i maklerki też powinni zacząć dzień od opróżniania kieszeni. Wtedy ich trafność przewidywań by wzrosła. I byliby pełniejsi w swojej wierze.
-Wiem P. Ale ja mam dosyć. Kręci mi się w głowie od tego wirowania liczb. Świątynia kipi od sztucznego, robotycznego tempa jej wyznawców.
Stoi gdzieś między holem, a ekranem i brudzi nagle kryształową posadzkę koktajlem, zostawiając plamę. Trzewia pracują pulsacyjnie w rytm przechodzących biało-czarnych fal. A czarny punkt z okrągłym, czerwonym elementem wyrastającym z uniformu, jak pryszcz na wielkiej, czarnej górze, zwężającej się łagodnie w swoich wyższych partiach, zbliża się z prędkością lecącej kuli.
-To strażnik- dodaje wesoło P i już jej nie ma w pobliżu.
Zabawne, przypomina sobie chuda T., malując oczy po włożeniu obcisłej bluzki i nałożeniu kombinezonu. Zaplątała się w srebrny portyk, by po chwili, z szybkością pocisku wyrzuconego z procy, pofrunąć do stóp P. To była właśnie ta chwila. Chwila poddania. Islam.
-Jestem zdana na ciebie P. z Tobą będę już wszędzie podążać. Prowadź mnie do kolejnej świątyni – powiedziała wtedy z miłością. P. śmiejąc się coraz bardziej, schyliła się do niej, gładząc ją po zaflegmiałej twarzy. Parsknęła wesoło:
-Mam dla ciebie niespodziankę.
I jej chichot długo prowadził je przez miasto.
Skręciły wąwozami ulic, wijącymi się wzdłuż wielkiej alei. Aleja kipiała od kolorów i świateł. Pełno sklepów, butików, aptek. Ale to jeszcze nie to. Weszły w podwórka, zeszły w dół schodkami prowadzącymi do nasypu. Szły uważnie zabłoconym traktem po wzniesieniu, by dojść do tunelu. -Teraz poczujesz się jak w obozie koncentracyjnym dla podróżnych, którzy, znalazłszy się tu, tracą orientację i nie wiedzą, gdzie dotrą – powiedziała poetycko, nietypowo staroświecko jak na nią. -Stawiaj uważnie krok po kroku, bo możesz natknąć się na szczura. To miejsce sprawdza Twój strach. Wyostrz słuch. Jeśli się zagapisz, nadjedzie pociąg. Nie ma jak uskoczyć. Na pewnym odcinku tunelu są tylko ściany i dwa tory, każdy w oddzielnym rozgałęzieniu tunelu.
Wizualizacja: Idą w przygnębiających ciemnościach. T. czuje, że to sen, który zawładnął rzeczywistością. Stąpa z każdym krokiem pewniej, bardziej miękko, ale jej kolana się trzęsą.
-Boisz się - słyszy echo P.
Próbuje jej dosięgnąć. Nigdzie jej nie ma. Nagle wyłania się kilka kroków przede nią. Patrzy z przymrużeniem oczu. W jej oczach odbija się światło. Światło, które poszerza jej źrenice. P. przypomina teraz demona, który próbuje wzlecieć. Podnosi ręce. Staje w rozkroku i wydyma powietrze po wzięciu głębokiego oddechu. Jeszcze nic nie słychać. Tył ciała T. za to jaśnieje i już wie, że P. nie dokonała cudu przemienienia, a jej stan to nie sen. Żelazny wehikuł pełen podróżnych zamierza je pochłonąć.
-Skacz! - Woła P.
Łatwo jej to powiedzieć. Nogi T przywarły do spróchniałych szyn jak te mury tunelu, w których gdzieniegdzie są tylko dziury i uskoki. P. znika w zagłębieniu. Oszalałe nogi gnają T. na oślep, przewraca się. Albo ma wrażenie, że leci.
- Dużo siły kosztuje mnie myślenie za ciebie – słyszy - na szczęście jesteś przezroczysta. Transparentna. Niegroźna w swoim wtapianiu się w tło. Od dziś będziesz moją T. transparentną stroną egzystencji.
Ciszę przeszywa wysokotonowy, wyjący szum. Wciąga jak wir. AAAAAA, ich gardła rezonują razem z nim. To właśnie świątynia strachu. Stapiają się z tym wielkim, nadludzkim podmuchem powietrza. T. zamyka oczy i czeka. Turkot szyn się kończy, migają tylko dwa czerwone światła oddalającego się pociągu. Ciekawe, dokąd jadą ci pasażerowie. A właściwie, świecące w jarzeniowym świetle istoty, które nie wiedzą o ich istnieniu.
Bo co sobie może myśleć taka istota? Tylko jeśliby im się nie udało, wehikuł zatrząsłby się, pokiwał, ale najpewniej pojechałby dalej. A może nie, wysiadłby konduktor zobaczyć, co leży na torach. Jasne punkty pociągu zapełniłyby się wszystkimi istotami, jakie zdołają dopchać się do okien. Pewnie bałyby się wyjść do ciemnej, niegościnnej paszczy tunelu. Lizak konduktora zwisałby bezwładnie u pasa. Ten zaklinacz żelaznego wehikułu doczłapałby się wściekły, a może struchlały, do czoła pociągu. Nie, do trzeciego wagonu, który by wygięło w prawo. Kucnąłby, kazał poświecić latarką swojemu pomocnikowi i odkryłby resztki. Sensacyjne, bo dopiero wtedy T. nabrałaby znaczenia w tym wydarzeniu. Nastąpiłby postój, podczas którego istoty nabrałyby także realnego wymiaru i po kolei wytaczaliby się na tory zdezorientowani podróżni. Pani z dzieckiem, które zaczęłoby płakać. Żołnierz jadący z przepustki, który bardzo chciałby pomóc konduktorowi. Do tego ślepego tunelu nie mogłaby wjechać straż pożarna, więc pasażerowie czekaliby, coraz bardziej niecierpliwi. Facet z wąsem, podróżujący w towarzystwie ciemnej aktówki z aktami tajnymi, jak czarna skrzynka prezydenta USA. Dzwoniłby ze swoich dwóch komórek, że to skandal, żeby ktoś zabijał się w jego pociągu. On dojedzie teraz na konferencję! Starsza Pani w mocno natapirowanej fryzurze i zwiędłym spojrzeniu, Lady Dewotia z zapasem kanapek na długą podróż, odmawiałaby różaniec. Oni wszyscy nabraliby znaczenia. Sami siebie nawzajem postrzegaliby jako jednostki, z którymi można się czymś podzielić. Byliby towarzyszami niedoli. A tak? Są tylko jasnymi plamami w ciemnym pociągu, sunącym miarowo z prędkością, na jaką pozwala przestarzała aparatura w gąsienicowej lokomotywie.
Tak rzadko następuje taki czas, kiedy nabieramy prawdziwego znaczenia – dochodzi teraz do umalowanej i gotowej do wyjścia dziewczyny. Te jasne punkty często dopiero u schyłku wejścia w ostateczną jasność, spopielenie, widzą, że prowadziły życie zapamiętałego robota o ustalonym algorytmie działania. Może więc błogosławieństwem dla nich byłaby czyjaś ofiara, wypadek, choroba? Najgorsze, że nikt nie chce być chory, nikt nie chce dojść do punktu granicznego. Poczuć się mały, nijaki, bezużyteczny. Nikt nie chce stoczyć się na dno. Poznać swój własny kres. Wolą rozpłynąć się w próżni. Mignąć, jak ten pociąg w tunelu. Czyja więc to miała być świątynia, jeśli nie naszej przyjaźni. Tu tylko my definiowałyśmy siebie: ja wobec niej i ona wobec mnie. W tej ciszy, przetkanej mignięciem istot, zamkniętych w żelastwie.
-Tylko my mamy tu swój patos- mówiła P.
Wtedy te słowa płynęły przeze mnie. Miałam swoją mistykę, i była nią cisza, wypełniona nią – chuda spogląda na siebie ze łzami w oczach. sobota, 5 lutego 2011
Łajza part VI
Żeby ją zrozumieć, trzeba wiedzieć, że do rozrywki potrzebowała zamknąć się na jakiś czas w klatce zwyczajności. Potrzebowała mundurka, reguł, zasad i lekcji, które trzeba odrobić, jak pańszczyznę. Stan 'po', kac i amnezja, przypominały jej o tym, że ma do załatwienia jeszcze tyyyle spraw niecierpiących zwłoki. I jeśli nie spotkała na imprezie kogoś, kto wyręczy ją w jej niedoli, sumiennie i ze spuszczoną głową dawała sobie założyć najtrywialniejszy z kagańców. O-światy. Ale i wtedy nie było to zwykłe studiowanie, uczenie się, wkuwanie i przyswajanie. Ona nawet z tego musiała zrobić spektakl. Przecież nie wejdzie do sal wykładowych bez wojowniczego spojrzenia, bez tej krzty bezczelności, jaką lubią rozsądni i wyluzowani wykładowcy. Nie dość, że spóźniała się bardziej od profesora, to jeszcze zwykle i w tej sytuacji się maskowała, wchodząc jak nie bocznymi drzwiami, to oknem. Albo, dyskretniej, w przerwie. Sala wykładowa, wydawałoby się, daleka w asocjacjach do imprezy, była dla niej polem walki. P. zrzucała swoje muślinowe, satynowe spódnice, zmywała koci entourage obficie wyrysowany na oczach, układała włosy na żel i wkładała jakieś spodnie, pamiętające czasy liceum. Pozbywała się wszelkich śladów 'wczoraj' i oburzała się na zdziwienie takim kamuflażem, jakby posiadała zakazaną księgę ujawniająca, gdzie była i co robiła. Tak anonimowa, dziarsko, a mimetycznie przemykała między stołami. To dla niej sprawdzian gracji po tym, jak musiała wysilać swój staw biodrowy.
Na sali wykładowej była zadziwiającą terytorialistką. To MOJA ławka – warczała od progu. Nie widzisz? Głowa bezbronnej ofiary kierowała się za wskazaniem P. DO NOT COVER THIS CHAIR! Podpisano – P. Ozdobnie, drapieżnie. Płowa głowa przepraszająco się kiwnęła. Na szafot – tego tylko P. brakowało do pełnej satysfakcji. Królowa jest miłosierna – możesz odejść – myślała nawet jej przyjaciółka, widząc P. A ona milczała i patrzyła złowrogo na płową głowę. Płowa głowa zabrała posłusznie zeszyt i książki a pod spodem, hmm, magazyn z samochodami i usunęła się z pola widzenia. P. siadła, celebrując majestatycznie akt uczęszczania na wykład. Patrzyła z uwagą na wykładowcę, czy aby docenił jej obecność. Padło kilka słów komentarza z jej strony. Sala w śmiech. W takich chwilach chuda T. miała ochotę wstać i wylać kawę, którą P. kupiła jej po drodze, kiedy biegły korytarzem, totalnie zadyszane. Niech się buja. Przecież gdyby nie przyjście P. większość usnęłaby niechybnie na ławkach. Chwilę później zresztą sam wykładowca niemal usypiał na stojąco, bujając się miarowo w takt swojego wywodu. Ra-tata-tam. Ta-tam. Ta----tam. Ta-------------taaaamm.
P. uśmiechnęła się dobrotliwie. Koniec nudnego elaboratu. Ociągają się, ale wstają. Przeglądają się w szybie sali. Stan: atrofia. A-trofia. Są jak trofea, szczerzące zęby w gablotach. Oczy musiały się ze zmęczenia wytoczyć z gałek, bo nawet przewracając je, nie widzą siebie. Czarna dziura. T. wpadła na pomysł zatknięcia zapałki pod powiekami, ale za bardzo bolało. A gałka oczna i tak była jamą, gdzie nic już nie widniało. Skoro oczy są zwierciadłem duszy, to duszy nie ma. A skoro jej nie ma, trzeba ją czymś zastępczym wypełnić. Konglomeratem, który uczyni je boskimi i niewidzialnymi. Wyobrażają sobie na głos, w kogo mogą się w naszym stanie zamienić. W takim skończeniu materiału, nie są już ludźmi, a omnipotentnymi androidami, nie dotykającymi ziemi, przesuwającymi się po niej powoli, jak w niewidzialnej lektyce. Widzisz? Mówiła P., właśnie ta szyba jest naszym zwierciadłem. My wcale nie jesteśmy ludźmi. Jesteśmy ponad podziałami płci. Ponad wszystkimi kategoriami. Nie musimy nawet wysilać wzroku. Wystarczy czuć powierzchnię ziemi.
T. nawet nie zauważyła, jak P. otworzyła okno. Wyskoczyła przez nie, zostawiła przyjaciółkę „lecącą” przez korytarz. Pewnie obie dotknęły gruntu w tym samym momencie. Ją to zetknięcie bolało bardziej, niż gdyby skakała z ławki na ziemię i padła niefortunnie na stopy, co kiedyś już jej się zdarzyło. Spadła z parapetu, a jej ciało zachowało się tak, jakby zleciała z wieżowca. P. pewnie nic się nie stało. Zawsze spada na swoje przeklęte cztery łapy. Wbija się pazurami w przestrzeń i ląduje tak, że nawet się nie draśnie. A ona, T.? Leżała, skulona na podłodze, na widoku wszystkich. Ich oczy były straszne. Wrzynały się wprost w jej obolałą twarz. Chyba ma śliwę na czole, bo ich wzrok jest przestraszony nie na żarty. Przynajmniej pójdzie do domu z błogosławieństwem wykładowcy, bo, zdaje się, doleciała do sali, gdzie podobnie sennym głosem do poprzednika, snuł swoje liche opowieści racjonalisty podstarzały doktor, rysując na białej tablicy jakieś wykresy. Gimnastykował się dla przekonania, najpewniej siebie, że coś jeszcze zostało mu z jego wieloletnich studiów. Być może nawet myślał, że jego wywód tak silnie na nią oddziałał, że zemdlała i obiła sobie głowę. Nie wyprowadzi go z błędu. Wyleci na poszukiwanie P. Bo na pewno podziewa się gdzieś w okolicy.
O P. trzeba powiedzieć jeszcze to, że jest nieprzewidywalna. Kiedy znika, często naprawdę chce być sama. Ale bywa tak, że znika, by ją odnaleziono. To element jej strategii oddziaływania. Udaje wtedy, że się zagubiła i potrzebuje pomocy. Na chwilę role między nią, a T. się odwracają. Daje jej pałeczkę dominacji, pozwala się wodzić tam, gdzie obie poprowadzi. Jest wtedy jak kotka spragniona pieszczot: wyciszona, subtelna i bierna. Pręży grzbiet, bo nagle jej zdecydowanie i chęć rządzenia rozpływa się w przeciągłych: uhm, nie wiem, jak wolisz, dobrze, jestem tam, gdzie chcesz być Ty. T. nie wykorzystuje tego bo wie, że ją sprawdza. Sprytna P. dostrzega intencje. Jeśli wyczuje fałsz swoją zwierzęcą intuicją, wtedy wysuwa pazury. I odchodzi, z dumą pomieszaną z uczuciem opuszczenia. Chciała zdać się na Ciebie, nie decydować za dwie, a pozwoliłaś się wyprowadzić w pole jej podstępowi. Zagrałaś tanim chwytem, którego ona nie toleruje. Więc T. słucha jej gierek z uwagą, jej głos, tak nieznośnie przymilny i mruczący głaszcze aż do krwi i kiedy przyjaciółka spływa nią aż po same uszy, nagle twarz P. jaśnieje. Nareszcie zdecydowała, co robią! A krew T. spływa dalej, aż po same stopy, które niosą ją, dokąd ona, czyli T, zechcą iść.
*** *** ***
Wpis do pamiętnika. Pierwszy tydzień znajomości. 72 godziny razem bez przerwy:
„Marzec, roku nie wiadomo.
Jestem w stanie błogosławionym. Ten pierwszy wpis od wielu lat, kiedy byłam w uśpieniu uświadamia mi, jak bardzo byłam samotna. Jak bardzo potrzebowałam przyjaciela. Nie takiego łaty. Kogoś, kto pokieruje mną i powie, co jest dla mnie dobre.
Przecież zawsze byłam niezdecydowana. Nie wiedziałam, kim chcę być, co chcę robić. Byłam bezsensu. Wczoraj P. pokazała mi, jak licha była jej egzystencja bez niej. W swoim zaślepieniu nie wiedziałam, że laska, którą zawsze pragnęłam być i której zazdrościłam przebojowości, laska, która zwróciła w końcu na mnie uwagę, studiuje ze mną. A raczej obie udajemy, że jest nam to potrzebne :) Bez tego jednak ja bym się tu nie znalazła i nie miała szans życia w tym megacity. Nie czułabym swojej zmiany tak bardzo, jak teraz.
W mojej zmianie najwięcej jest przyjaźni z nią. Daję się jej prowadzić, jak wierny pies, nie bez skomlenia. Czasem szczeknę. Ale może na mnie liczyć. I, mam wrażenie, nie zawiedzie się.
Tylko czy ona wie, ile dla mnie znaczy? Czasem patrzy tak jak przez mgłę. Wtedy wiem, że chce, bym się ulotniła.
Nawet, jeśli ona jeszcze nie zdecydowała, czy chce mnie traktować jak przyjaciółkę, ja już teraz chcę tej przyjaźni. Chcę frunąć. A na razie podpatruję jej ruchy. Jej stąpanie obcasem po chodnikach. Jej zachłystywanie się oknami wystawowymi, jej roztargnienie, kiedy patrzy na plakaty wołające o pożyczki. Kilka godzin temu powiedziała:
-Jutro pokażę ci pierwszy stopień wtajemniczenia. We mnie i w to, co sprawia, że jestem poza miastem. Ale musisz inaczej na nie spojrzeć. Być cały czas zresetowana.
Mruczała to z upojeniem, podkreślając wagę swoich słów.
Moja krew się cofnęła, zostawiając słabą plamę, a może to plama zachodzącego słońca, krzywo rysująca się na kałużach. Wyginałyśmy się potem, w drodze do domu, do tych brudnych i nieregularnych luster.
Teraz widzę, jak bardzo jesteśmy jeszcze od siebie różne. Ale ona o tym wie. Uśmiecha się tajemniczo i patrzy mi w źrenice. No, pokaż mi, jak potrafisz gonić swoje pragnienie – mówią jej oczy do mnie. A potem ucieka w jakieś chaszcze, wyrastające jak spod jakieś niewidzialnej ręki ogrodnika.
Przyjaźń to labirynt, w którym do szczętu chcę się zatopić. Zapomnieć. Ale też wiem, że te wspólne chwile to tylko wstęp do wszystkiego, co mi przygotowała. Jakieś mdłe preludium, w którym będę grała pierwsze skrzypce. Pozwalam więc się jej oddalić. Jeszcze nie czas na ostateczne kształty tego, co przed nami”.
Chudy Sobo-twór podnosi się z podłogi. Ma niejasne przeczucia, krząta się po kuchni. Jeden papieros, potem drugi. Prawie przypala sobie palce. W końcu kończy na nerwowym zczytywaniu wiadomości w skrzynce mailowej. Nowa wiadomość:
Sent: April 15, 1:34
Jesteś psychicznie chora. Nazwijmy rzecz po imieniu. P. przyszła do mnie w stanie rozpadu i musiałem zareagować. Kim ty jesteś? Kto pozwolił ci z niej drwić? NIE JESTEŚCIE TĄ SAMĄ OSOBĄ! Masz jakieś wartości? Ona cierpi i pomogłem jej wyjść z tego bagna, w jakie ją wpędziłaś! Nigdy więcej nie zapraszaj jej do siebie. Chyba, że w mojej obecności.
Pozdrawiam, M.
Dialog wygląda tak:
Sent:
Mailer Daemon. This recipient does not exist.
Sobo-twór spokojnie, metodycznie, jakby był w transie, odłącza zasilanie.
Mężczyzna. Nowe zasilanie P. Prędzej, czy później każda wpada w wir takiego vira. Mężczyzna to wirus, zaraza, która chętnie wejdzie do ciebie i zainfekuje nie tylko drogą płciową. Ale mentalną i intelektualną. Udało mu się. Więc nie ma tu miejsca na nikogo innego.
Sobo-twór musiał odejść. W furii rozbił lustro pokrywające osmoloną ścianę. Fragmenty szkła dostały się w jego dłonie i twarz. Krew spłynęła na koszulę, jak wierzył Sobo-twór, oczyściła ciało i ofiary mogło stać się zadość. Chuda znów osunęła się jak manekin na podłogę, zostawiając po sobie smużki krwi, sięgając z wysiłkiem po pamiętnik. Zaczęła pisać, maczając długopis w czerwonych kałużach.
„Kwiecień, rok nieważne.
Nie jest prawdą w to, co wierzy ten Twój M. Macho. Czcza fenomenologia nie istnieje. Nie może być prawdą, że w ciągu całego życia jesteśmy jednym, niepodzielnym indywiduum. To pięknie naiwne, bukoliczne, ale nie ma tego samego człowieka o niezmiennej naturze. Te bzdury przewijają się w każdym poradniku, podręczniku, wymawiają je co większe i szersze usta, które zdążyły zjeść sto rozumów. Ci pożeracze dusz i umysłów są najlepszym dowodem, że nie ma jedni. Jesteśmy ciągłą pustką. Rzeką, co nie zna swojego ujścia do czegoś większego. Możemy w swojej lichocie tylko połączyć się z brakującą częścią. Zmienić stan skupienia w swojej ekstazie. Amalgamat ciągle się przelewa żądny nowych dostaw myśli i idei. Ale jesteśmy zarazem nieskażeni myślą, mkniemy niczym cienie, echa, co właśnie przechodzą koło nas, zwyczajnie, ulicą. To chcę powiedzieć na swoją obronę”
Proste kategorie możecie wsadzić sobie pod przyzwoite pazuchy – krzyczy do ścian. Potem już, cicho: nigdy nie będziecie czystą materią, gotową na chłonięcie doskonalszego umysłu. Nie inkorporujecie, nie wiecie, co znaczy wysiłek transparencji. Zaniku „ja”, by mogło się na nowo odrodzić. Sobo-twór, przejściowe 'ja', musiał sam dać sobie radę, musiała mu wystarczyć ta jedna chwila zbliżenia, jedna chwila iluminacji z Innym umysłem. Potem wiedział, że musi siebie przekroczyć i zmienić znów swoją postać. Wyjść z opalonego ogniem kokonu. I dokonał przemiany. Dlatego jestem JA! Słyszycie – jej głos rezonuje w pustej przestrzeni. JESTEM!
Krzyczy tak raz po raz, aż z dołu słychać dźwięk pukania. Sąsiadka z dołu raz po raz wali w sufit.
Na sali wykładowej była zadziwiającą terytorialistką. To MOJA ławka – warczała od progu. Nie widzisz? Głowa bezbronnej ofiary kierowała się za wskazaniem P. DO NOT COVER THIS CHAIR! Podpisano – P. Ozdobnie, drapieżnie. Płowa głowa przepraszająco się kiwnęła. Na szafot – tego tylko P. brakowało do pełnej satysfakcji. Królowa jest miłosierna – możesz odejść – myślała nawet jej przyjaciółka, widząc P. A ona milczała i patrzyła złowrogo na płową głowę. Płowa głowa zabrała posłusznie zeszyt i książki a pod spodem, hmm, magazyn z samochodami i usunęła się z pola widzenia. P. siadła, celebrując majestatycznie akt uczęszczania na wykład. Patrzyła z uwagą na wykładowcę, czy aby docenił jej obecność. Padło kilka słów komentarza z jej strony. Sala w śmiech. W takich chwilach chuda T. miała ochotę wstać i wylać kawę, którą P. kupiła jej po drodze, kiedy biegły korytarzem, totalnie zadyszane. Niech się buja. Przecież gdyby nie przyjście P. większość usnęłaby niechybnie na ławkach. Chwilę później zresztą sam wykładowca niemal usypiał na stojąco, bujając się miarowo w takt swojego wywodu. Ra-tata-tam. Ta-tam. Ta----tam. Ta-------------taaaamm.
P. uśmiechnęła się dobrotliwie. Koniec nudnego elaboratu. Ociągają się, ale wstają. Przeglądają się w szybie sali. Stan: atrofia. A-trofia. Są jak trofea, szczerzące zęby w gablotach. Oczy musiały się ze zmęczenia wytoczyć z gałek, bo nawet przewracając je, nie widzą siebie. Czarna dziura. T. wpadła na pomysł zatknięcia zapałki pod powiekami, ale za bardzo bolało. A gałka oczna i tak była jamą, gdzie nic już nie widniało. Skoro oczy są zwierciadłem duszy, to duszy nie ma. A skoro jej nie ma, trzeba ją czymś zastępczym wypełnić. Konglomeratem, który uczyni je boskimi i niewidzialnymi. Wyobrażają sobie na głos, w kogo mogą się w naszym stanie zamienić. W takim skończeniu materiału, nie są już ludźmi, a omnipotentnymi androidami, nie dotykającymi ziemi, przesuwającymi się po niej powoli, jak w niewidzialnej lektyce. Widzisz? Mówiła P., właśnie ta szyba jest naszym zwierciadłem. My wcale nie jesteśmy ludźmi. Jesteśmy ponad podziałami płci. Ponad wszystkimi kategoriami. Nie musimy nawet wysilać wzroku. Wystarczy czuć powierzchnię ziemi.
T. nawet nie zauważyła, jak P. otworzyła okno. Wyskoczyła przez nie, zostawiła przyjaciółkę „lecącą” przez korytarz. Pewnie obie dotknęły gruntu w tym samym momencie. Ją to zetknięcie bolało bardziej, niż gdyby skakała z ławki na ziemię i padła niefortunnie na stopy, co kiedyś już jej się zdarzyło. Spadła z parapetu, a jej ciało zachowało się tak, jakby zleciała z wieżowca. P. pewnie nic się nie stało. Zawsze spada na swoje przeklęte cztery łapy. Wbija się pazurami w przestrzeń i ląduje tak, że nawet się nie draśnie. A ona, T.? Leżała, skulona na podłodze, na widoku wszystkich. Ich oczy były straszne. Wrzynały się wprost w jej obolałą twarz. Chyba ma śliwę na czole, bo ich wzrok jest przestraszony nie na żarty. Przynajmniej pójdzie do domu z błogosławieństwem wykładowcy, bo, zdaje się, doleciała do sali, gdzie podobnie sennym głosem do poprzednika, snuł swoje liche opowieści racjonalisty podstarzały doktor, rysując na białej tablicy jakieś wykresy. Gimnastykował się dla przekonania, najpewniej siebie, że coś jeszcze zostało mu z jego wieloletnich studiów. Być może nawet myślał, że jego wywód tak silnie na nią oddziałał, że zemdlała i obiła sobie głowę. Nie wyprowadzi go z błędu. Wyleci na poszukiwanie P. Bo na pewno podziewa się gdzieś w okolicy.
O P. trzeba powiedzieć jeszcze to, że jest nieprzewidywalna. Kiedy znika, często naprawdę chce być sama. Ale bywa tak, że znika, by ją odnaleziono. To element jej strategii oddziaływania. Udaje wtedy, że się zagubiła i potrzebuje pomocy. Na chwilę role między nią, a T. się odwracają. Daje jej pałeczkę dominacji, pozwala się wodzić tam, gdzie obie poprowadzi. Jest wtedy jak kotka spragniona pieszczot: wyciszona, subtelna i bierna. Pręży grzbiet, bo nagle jej zdecydowanie i chęć rządzenia rozpływa się w przeciągłych: uhm, nie wiem, jak wolisz, dobrze, jestem tam, gdzie chcesz być Ty. T. nie wykorzystuje tego bo wie, że ją sprawdza. Sprytna P. dostrzega intencje. Jeśli wyczuje fałsz swoją zwierzęcą intuicją, wtedy wysuwa pazury. I odchodzi, z dumą pomieszaną z uczuciem opuszczenia. Chciała zdać się na Ciebie, nie decydować za dwie, a pozwoliłaś się wyprowadzić w pole jej podstępowi. Zagrałaś tanim chwytem, którego ona nie toleruje. Więc T. słucha jej gierek z uwagą, jej głos, tak nieznośnie przymilny i mruczący głaszcze aż do krwi i kiedy przyjaciółka spływa nią aż po same uszy, nagle twarz P. jaśnieje. Nareszcie zdecydowała, co robią! A krew T. spływa dalej, aż po same stopy, które niosą ją, dokąd ona, czyli T, zechcą iść.
*** *** ***
Wpis do pamiętnika. Pierwszy tydzień znajomości. 72 godziny razem bez przerwy:
„Marzec, roku nie wiadomo.
Jestem w stanie błogosławionym. Ten pierwszy wpis od wielu lat, kiedy byłam w uśpieniu uświadamia mi, jak bardzo byłam samotna. Jak bardzo potrzebowałam przyjaciela. Nie takiego łaty. Kogoś, kto pokieruje mną i powie, co jest dla mnie dobre.
Przecież zawsze byłam niezdecydowana. Nie wiedziałam, kim chcę być, co chcę robić. Byłam bezsensu. Wczoraj P. pokazała mi, jak licha była jej egzystencja bez niej. W swoim zaślepieniu nie wiedziałam, że laska, którą zawsze pragnęłam być i której zazdrościłam przebojowości, laska, która zwróciła w końcu na mnie uwagę, studiuje ze mną. A raczej obie udajemy, że jest nam to potrzebne :) Bez tego jednak ja bym się tu nie znalazła i nie miała szans życia w tym megacity. Nie czułabym swojej zmiany tak bardzo, jak teraz.
W mojej zmianie najwięcej jest przyjaźni z nią. Daję się jej prowadzić, jak wierny pies, nie bez skomlenia. Czasem szczeknę. Ale może na mnie liczyć. I, mam wrażenie, nie zawiedzie się.
Tylko czy ona wie, ile dla mnie znaczy? Czasem patrzy tak jak przez mgłę. Wtedy wiem, że chce, bym się ulotniła.
Nawet, jeśli ona jeszcze nie zdecydowała, czy chce mnie traktować jak przyjaciółkę, ja już teraz chcę tej przyjaźni. Chcę frunąć. A na razie podpatruję jej ruchy. Jej stąpanie obcasem po chodnikach. Jej zachłystywanie się oknami wystawowymi, jej roztargnienie, kiedy patrzy na plakaty wołające o pożyczki. Kilka godzin temu powiedziała:
-Jutro pokażę ci pierwszy stopień wtajemniczenia. We mnie i w to, co sprawia, że jestem poza miastem. Ale musisz inaczej na nie spojrzeć. Być cały czas zresetowana.
Mruczała to z upojeniem, podkreślając wagę swoich słów.
Moja krew się cofnęła, zostawiając słabą plamę, a może to plama zachodzącego słońca, krzywo rysująca się na kałużach. Wyginałyśmy się potem, w drodze do domu, do tych brudnych i nieregularnych luster.
Teraz widzę, jak bardzo jesteśmy jeszcze od siebie różne. Ale ona o tym wie. Uśmiecha się tajemniczo i patrzy mi w źrenice. No, pokaż mi, jak potrafisz gonić swoje pragnienie – mówią jej oczy do mnie. A potem ucieka w jakieś chaszcze, wyrastające jak spod jakieś niewidzialnej ręki ogrodnika.
Przyjaźń to labirynt, w którym do szczętu chcę się zatopić. Zapomnieć. Ale też wiem, że te wspólne chwile to tylko wstęp do wszystkiego, co mi przygotowała. Jakieś mdłe preludium, w którym będę grała pierwsze skrzypce. Pozwalam więc się jej oddalić. Jeszcze nie czas na ostateczne kształty tego, co przed nami”.
Chudy Sobo-twór podnosi się z podłogi. Ma niejasne przeczucia, krząta się po kuchni. Jeden papieros, potem drugi. Prawie przypala sobie palce. W końcu kończy na nerwowym zczytywaniu wiadomości w skrzynce mailowej. Nowa wiadomość:
Sent: April 15, 1:34
Jesteś psychicznie chora. Nazwijmy rzecz po imieniu. P. przyszła do mnie w stanie rozpadu i musiałem zareagować. Kim ty jesteś? Kto pozwolił ci z niej drwić? NIE JESTEŚCIE TĄ SAMĄ OSOBĄ! Masz jakieś wartości? Ona cierpi i pomogłem jej wyjść z tego bagna, w jakie ją wpędziłaś! Nigdy więcej nie zapraszaj jej do siebie. Chyba, że w mojej obecności.
Pozdrawiam, M.
Dialog wygląda tak:
Sent:
Mailer Daemon. This recipient does not exist.
Sobo-twór spokojnie, metodycznie, jakby był w transie, odłącza zasilanie.
Mężczyzna. Nowe zasilanie P. Prędzej, czy później każda wpada w wir takiego vira. Mężczyzna to wirus, zaraza, która chętnie wejdzie do ciebie i zainfekuje nie tylko drogą płciową. Ale mentalną i intelektualną. Udało mu się. Więc nie ma tu miejsca na nikogo innego.
Sobo-twór musiał odejść. W furii rozbił lustro pokrywające osmoloną ścianę. Fragmenty szkła dostały się w jego dłonie i twarz. Krew spłynęła na koszulę, jak wierzył Sobo-twór, oczyściła ciało i ofiary mogło stać się zadość. Chuda znów osunęła się jak manekin na podłogę, zostawiając po sobie smużki krwi, sięgając z wysiłkiem po pamiętnik. Zaczęła pisać, maczając długopis w czerwonych kałużach.
„Kwiecień, rok nieważne.
Nie jest prawdą w to, co wierzy ten Twój M. Macho. Czcza fenomenologia nie istnieje. Nie może być prawdą, że w ciągu całego życia jesteśmy jednym, niepodzielnym indywiduum. To pięknie naiwne, bukoliczne, ale nie ma tego samego człowieka o niezmiennej naturze. Te bzdury przewijają się w każdym poradniku, podręczniku, wymawiają je co większe i szersze usta, które zdążyły zjeść sto rozumów. Ci pożeracze dusz i umysłów są najlepszym dowodem, że nie ma jedni. Jesteśmy ciągłą pustką. Rzeką, co nie zna swojego ujścia do czegoś większego. Możemy w swojej lichocie tylko połączyć się z brakującą częścią. Zmienić stan skupienia w swojej ekstazie. Amalgamat ciągle się przelewa żądny nowych dostaw myśli i idei. Ale jesteśmy zarazem nieskażeni myślą, mkniemy niczym cienie, echa, co właśnie przechodzą koło nas, zwyczajnie, ulicą. To chcę powiedzieć na swoją obronę”
Proste kategorie możecie wsadzić sobie pod przyzwoite pazuchy – krzyczy do ścian. Potem już, cicho: nigdy nie będziecie czystą materią, gotową na chłonięcie doskonalszego umysłu. Nie inkorporujecie, nie wiecie, co znaczy wysiłek transparencji. Zaniku „ja”, by mogło się na nowo odrodzić. Sobo-twór, przejściowe 'ja', musiał sam dać sobie radę, musiała mu wystarczyć ta jedna chwila zbliżenia, jedna chwila iluminacji z Innym umysłem. Potem wiedział, że musi siebie przekroczyć i zmienić znów swoją postać. Wyjść z opalonego ogniem kokonu. I dokonał przemiany. Dlatego jestem JA! Słyszycie – jej głos rezonuje w pustej przestrzeni. JESTEM!
Krzyczy tak raz po raz, aż z dołu słychać dźwięk pukania. Sąsiadka z dołu raz po raz wali w sufit.
środa, 14 lipca 2010
Łajza part 1 - nowy cykl
1.
Zza drzwi wejściowych mieszkania po starej emigrantce francuskiej, Pani Marie, dobiegały szmery. Szuranie stóp w kapciach po posadzce klatki. Potem pukanie. Jedno, nieśmiałe, potem drugie. Dwa świdrujące dzwonki. Wreszcie odzywa się głos starszej Pani z dołu: czy tam ktoś jest? Otwierać! Cisza. Raz jeszcze szuranie kapci po podłodze za drzwiami. Przyciszone głosy. W końcu i to niknie gdzieś w przestrzeni schodów.
A na podłodze skromnego, prawie pustego i sromotnie osmolonego mieszkania leży ciało. Bezwładne, wychudzone. Suchy kłębek z zaciśniętymi pięściami. Ubrany w ledwie przykrywającą goliznę, podartą koszulę. Poza tym, nie ma na sobie nic innego. Żadnych butów, spodni czy nakrycia głowy. Obok wala się tylko gruby, bury koc. I książka, na oko pamiętnik, ozdobny zeszyt z przyklejonym na okładce zdjęciem dwóch kobiet. Jednej pulchnej, roześmianej wesoło rzędem białych, dużych zębów i drugiej, nieco chudszej, o bardzo jasnych oczach. Ta druga nie uśmiecha się. Stoi oparta o pierwszą. Wygląda na smutną.
Wokół ciała unosi się jeszcze zapach spalenizny. Półki z książkami są kompletnie spalone, wyglądają jak duby wyjęte z kominka tuż przed spopieleniem. Część resztek książek leży na łóżku, także osmolonym. W kącie pokoju leży zwinięty dywan, jego jednego nie dotknęły płomienie. Zostało jeszcze lustro, co prawda o tafli czarnej, ale można jeszcze je uratować. Wisi na środku pokoju, ustawione krzywo względem podłogi, a daleko od reszty sprzętów.
Ciało chudej dziewczyny stopniowo się unosi. Niezgrabna i nieproporcjonalna, podchodzi do lustra. Trzeba na siebie patrzeć, trzeba obserwować. Pielęgnować nowe wcielenie, które powstało na zgliszczach. Wyobrazić sobie, że cały nędzny i czarny pokój jest przejrzystą tonią, w której można się przejrzeć. Co widać w odbiciu? Kępki brązowych włosów, przerzedzone, bo nierównie powycinane. Wielkie, płowe oczy, które chcą niemal wyskoczyć z gałek. Kształtną głowę, z wydatnymi kościami policzkowymi i dużymi ustami, wylewającymi się z wątłej twarzy.
Wątłe ciało ćwiczy teraz mimikę. Napina mięśnie. Przyjmuje pozę czarnej pantery gotowej do skoku, to znów się uśmiecha. I tak na zmianę, aż do zautomatyzowania czynności. Oddech staje się przyspieszony, głowa opada na posadzkę. Ale nie potrzeba snu. Nie potrzeba nawet budzenia się. Tylko lustro. Niech ono uśmiecha się zamiast tej wychudłej twarzy i tego wszystkiego, co definiuje mieszkanie w tym domu. Płyty, książki, stoły i krzesła, łóżka, półki i półeczki, pudła i puzderka, miękka ostoja dywanu, na którym składa się głowę w pijane dni.
Ciało powtarza rytuał. Wygina się do taktu sobie tylko znanej muzyki, szeleszczą spopielone kartki pod stopami. Wskazuje na lustro palcem. W końcu staje milcząco przed nim, wpatrując się w siebie w bezruchu.
*** *** ***
Przedtem, druga bohaterka fotografii postanowiła milczeć. Usiadła na łóżku, owinęła się kocem i popijała łyk po łyczku tajemniczą miksturę. Mikstura miała takie właściwości, że pozwalała się wypocić. Dziewczyna więc hojnie dolewała sobie wywaru z imbryczka do szklanki, aż do upojenia. Potem poszła wolno do łazienki, stawiając kroki baletnicy na panelowej posadzce. Najpierw nożyczki. Precyzyjnie przycięła swoje długie, rude pukle, zostawiając krótkie pasma. Resztki włosów zrosiła wodą, by sprawiały wrażenie równych w swojej asymetrii. Potem rozchyliła opakowanie po farbie do włosów. Nawet nie drżały jej ręce, kiedy nakłada brązową maź na białą skórę. Szczypało. Dziewczyna krzyczała żałośnie. Trzeba tak krzyknąć, by znów poczuć, że się stoi przed lustrem własnego domu. Pamiętała, że dawniej, krzyczała ze swoją przyjaciółką P. do absolutnego rezonansu ich krtani, a sąsiadka stukała w sufit, żeby mieć litość nad starszą osobą.
Więc dziewczyna zdzierała gardło, wykrzywiając twarz, jak postać z obrazu Muncha. Własne, gardłowe dźwięki doprowadziły jej ciało do drgania. W spazmach kończyła się farbować, rozlewając brunatną maź po białej łazience. W spazmach znów się sobie przyjrzała. Wrzask został zastąpiony przez śmiech. Najpierw delikatny, jakby grała na harfie rzewne melodyjki. Potem gardło zadrgało i wydało z siebie urywane dźwięki. Świszczący chichot szarpał powietrze. Ciemno-brązowy dotyk jej dłoni rysował powierzchnię lustra, zostawiając zacieki. Przywarła do niego. Po gorączkowej szamotaninie z uchwytem, wydobyła z małej szufladki lustra zapomniane zapałki, które emigrantka zostawiła na wypadek wyłączenia światła w budynku. Trzask, zapałka posłusznie rozjaśniła główkę. Potem kolejna. Dziewczyna rzucała je na posadzkę, pozwoliła zająć się ręcznikom, od których z kolei stopiły się flakony z mazią do włosów. Topiły się kosmetyki, suszarki, pękały szklane szafki z karafkami emigrantki. Zapachniało lawendą, mirrą i zwykłym mydłem. Najpierw było to niezwykłe, przyjemne jak wizyta w indyjskiej świątyni. Potem dym zaczął nieznośnie gryźć w oczy. Nie było czym oddychać. Dziewczyna wybiegła więc z palącej się łazienki do salonu, po drodze zapalając kolejne zapałki.
Wreszcie siadła na podłodze, okrywając się kocem. Jej wzrok skierował się na pamiętnik ze zdjęciem. Wzięła go do rąk, zamknęła oczy i przewróciła parę kartek. Akurat trafiła na zapiski przekreślone czerwonym markerem, popoprawiane, gdzie się da. Zaczęła czytać.
14 marca, 1 rok z P.
Od kilku dni kołacze mi po głowie jedno zdanie. Nie daje mi spokoju, nie śpię i nie jem, bo ciągle wali mi po głowie głos P.
Powiedziała tak: jesteśmy ludźmi z pustego obszaru. Zdarzyło się to na parkowej ławce, między jednym, a drugim sztachnięciem jointem. Chyba gdzieś obejrzała film o takim „problemie”, ale to wystarczyło, by sprzedawać pomysł pozostałym palącym. Niech to ładne określenie zatopi się w dymie i wwierci w czaszki. Tak trafnie portretuje nas wszystkich, stojących i śmiejących się do butelek piwa w kolejny wieczór przed pójściem do klubu.
Śmiała się: biała plama to my, bo nas nikt dobrze nie napisał. Tak jak nasze babcie, które dorastały tuż po wojnie i miały tego swojego rock and rolla, jak punkowcy z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych punk-rocka i nową falę. Oni wszyscy byli wybrakowani, nie było dla nich miejsca. Włóczęgostwo, pijaństwo, wyuzdanie – to lekarstwa na nudę. Na pamięć właśnie.
P. jak ładnie pokazywałaś siebie w klubie, stylizując się na dandyskę umawiającą się z chłopakami nad Wisłą. Połyskiwały na tobie srebrne nitki, miałaś pantofelki z okrągłym noskiem i lakierowaną torebkę. A włosy w kok. Rozpleniałaś tę swoją gruźlicę minionego. I potem pomykały w swoich kieckach po babciach inne dzierlatki, spinały włosy, tapirowały je i przyklejały sztuczne rzęsy do powiek. Kaliny Jędrusik z nieznanej zony.
Ale myślę, że pusty obszar to także coś innego. To bycie każdym i nikim. My nie wiemy, kim jesteśmy. Dziś jesteśmy tacy, jutro się do tego nie przyznamy. Jutro powiemy, że trend się zmienił i będziemy z innym rodzajem upojenia mówić o nowych kierunkach w muzyce, sztuce i modzie. I nowych kierunkach w sobie, amalgamat stylu i nie-pamięci formuje się ze wszystkiego. Ale nie ma przepisu, algorytmu, ustalonej trasy. Ja pozostaje pustym obszarem do zresetowania, napełnia się chwilowo, ale ma dziurawe spojenia. I wszystko wypada tak łatwo, jak zostało pochłonięte.
Maychem – to dla nas także dobre określenie. Jesteśmy chaosem bez zasady powstawania. Nie ma dla nas nikogo, kto mógłby powiedzieć: opamiętajcie się, mnóżcie i żyjcie w dobrobycie. Nie ma żadnego pasterza, żadnego władcy umysłów. Nikt nie wygłasza orędzi. My jesteśmy bez wieku. Można nam wszystko. A zarazem, nie można nam nic. Nie widzimy efektów naszych działań. To, co widać, to tylko zmiana, jak statek pijany, pędząca z mielizny na mieliznę. Z godziny na godzinę bardziej boleśnie uderzająca w nie kadłubem, aż do zatopienia.
Zza drzwi wejściowych mieszkania po starej emigrantce francuskiej, Pani Marie, dobiegały szmery. Szuranie stóp w kapciach po posadzce klatki. Potem pukanie. Jedno, nieśmiałe, potem drugie. Dwa świdrujące dzwonki. Wreszcie odzywa się głos starszej Pani z dołu: czy tam ktoś jest? Otwierać! Cisza. Raz jeszcze szuranie kapci po podłodze za drzwiami. Przyciszone głosy. W końcu i to niknie gdzieś w przestrzeni schodów.
A na podłodze skromnego, prawie pustego i sromotnie osmolonego mieszkania leży ciało. Bezwładne, wychudzone. Suchy kłębek z zaciśniętymi pięściami. Ubrany w ledwie przykrywającą goliznę, podartą koszulę. Poza tym, nie ma na sobie nic innego. Żadnych butów, spodni czy nakrycia głowy. Obok wala się tylko gruby, bury koc. I książka, na oko pamiętnik, ozdobny zeszyt z przyklejonym na okładce zdjęciem dwóch kobiet. Jednej pulchnej, roześmianej wesoło rzędem białych, dużych zębów i drugiej, nieco chudszej, o bardzo jasnych oczach. Ta druga nie uśmiecha się. Stoi oparta o pierwszą. Wygląda na smutną.
Wokół ciała unosi się jeszcze zapach spalenizny. Półki z książkami są kompletnie spalone, wyglądają jak duby wyjęte z kominka tuż przed spopieleniem. Część resztek książek leży na łóżku, także osmolonym. W kącie pokoju leży zwinięty dywan, jego jednego nie dotknęły płomienie. Zostało jeszcze lustro, co prawda o tafli czarnej, ale można jeszcze je uratować. Wisi na środku pokoju, ustawione krzywo względem podłogi, a daleko od reszty sprzętów.
Ciało chudej dziewczyny stopniowo się unosi. Niezgrabna i nieproporcjonalna, podchodzi do lustra. Trzeba na siebie patrzeć, trzeba obserwować. Pielęgnować nowe wcielenie, które powstało na zgliszczach. Wyobrazić sobie, że cały nędzny i czarny pokój jest przejrzystą tonią, w której można się przejrzeć. Co widać w odbiciu? Kępki brązowych włosów, przerzedzone, bo nierównie powycinane. Wielkie, płowe oczy, które chcą niemal wyskoczyć z gałek. Kształtną głowę, z wydatnymi kościami policzkowymi i dużymi ustami, wylewającymi się z wątłej twarzy.
Wątłe ciało ćwiczy teraz mimikę. Napina mięśnie. Przyjmuje pozę czarnej pantery gotowej do skoku, to znów się uśmiecha. I tak na zmianę, aż do zautomatyzowania czynności. Oddech staje się przyspieszony, głowa opada na posadzkę. Ale nie potrzeba snu. Nie potrzeba nawet budzenia się. Tylko lustro. Niech ono uśmiecha się zamiast tej wychudłej twarzy i tego wszystkiego, co definiuje mieszkanie w tym domu. Płyty, książki, stoły i krzesła, łóżka, półki i półeczki, pudła i puzderka, miękka ostoja dywanu, na którym składa się głowę w pijane dni.
Ciało powtarza rytuał. Wygina się do taktu sobie tylko znanej muzyki, szeleszczą spopielone kartki pod stopami. Wskazuje na lustro palcem. W końcu staje milcząco przed nim, wpatrując się w siebie w bezruchu.
*** *** ***
Przedtem, druga bohaterka fotografii postanowiła milczeć. Usiadła na łóżku, owinęła się kocem i popijała łyk po łyczku tajemniczą miksturę. Mikstura miała takie właściwości, że pozwalała się wypocić. Dziewczyna więc hojnie dolewała sobie wywaru z imbryczka do szklanki, aż do upojenia. Potem poszła wolno do łazienki, stawiając kroki baletnicy na panelowej posadzce. Najpierw nożyczki. Precyzyjnie przycięła swoje długie, rude pukle, zostawiając krótkie pasma. Resztki włosów zrosiła wodą, by sprawiały wrażenie równych w swojej asymetrii. Potem rozchyliła opakowanie po farbie do włosów. Nawet nie drżały jej ręce, kiedy nakłada brązową maź na białą skórę. Szczypało. Dziewczyna krzyczała żałośnie. Trzeba tak krzyknąć, by znów poczuć, że się stoi przed lustrem własnego domu. Pamiętała, że dawniej, krzyczała ze swoją przyjaciółką P. do absolutnego rezonansu ich krtani, a sąsiadka stukała w sufit, żeby mieć litość nad starszą osobą.
Więc dziewczyna zdzierała gardło, wykrzywiając twarz, jak postać z obrazu Muncha. Własne, gardłowe dźwięki doprowadziły jej ciało do drgania. W spazmach kończyła się farbować, rozlewając brunatną maź po białej łazience. W spazmach znów się sobie przyjrzała. Wrzask został zastąpiony przez śmiech. Najpierw delikatny, jakby grała na harfie rzewne melodyjki. Potem gardło zadrgało i wydało z siebie urywane dźwięki. Świszczący chichot szarpał powietrze. Ciemno-brązowy dotyk jej dłoni rysował powierzchnię lustra, zostawiając zacieki. Przywarła do niego. Po gorączkowej szamotaninie z uchwytem, wydobyła z małej szufladki lustra zapomniane zapałki, które emigrantka zostawiła na wypadek wyłączenia światła w budynku. Trzask, zapałka posłusznie rozjaśniła główkę. Potem kolejna. Dziewczyna rzucała je na posadzkę, pozwoliła zająć się ręcznikom, od których z kolei stopiły się flakony z mazią do włosów. Topiły się kosmetyki, suszarki, pękały szklane szafki z karafkami emigrantki. Zapachniało lawendą, mirrą i zwykłym mydłem. Najpierw było to niezwykłe, przyjemne jak wizyta w indyjskiej świątyni. Potem dym zaczął nieznośnie gryźć w oczy. Nie było czym oddychać. Dziewczyna wybiegła więc z palącej się łazienki do salonu, po drodze zapalając kolejne zapałki.
Wreszcie siadła na podłodze, okrywając się kocem. Jej wzrok skierował się na pamiętnik ze zdjęciem. Wzięła go do rąk, zamknęła oczy i przewróciła parę kartek. Akurat trafiła na zapiski przekreślone czerwonym markerem, popoprawiane, gdzie się da. Zaczęła czytać.
14 marca, 1 rok z P.
Od kilku dni kołacze mi po głowie jedno zdanie. Nie daje mi spokoju, nie śpię i nie jem, bo ciągle wali mi po głowie głos P.
Powiedziała tak: jesteśmy ludźmi z pustego obszaru. Zdarzyło się to na parkowej ławce, między jednym, a drugim sztachnięciem jointem. Chyba gdzieś obejrzała film o takim „problemie”, ale to wystarczyło, by sprzedawać pomysł pozostałym palącym. Niech to ładne określenie zatopi się w dymie i wwierci w czaszki. Tak trafnie portretuje nas wszystkich, stojących i śmiejących się do butelek piwa w kolejny wieczór przed pójściem do klubu.
Śmiała się: biała plama to my, bo nas nikt dobrze nie napisał. Tak jak nasze babcie, które dorastały tuż po wojnie i miały tego swojego rock and rolla, jak punkowcy z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych punk-rocka i nową falę. Oni wszyscy byli wybrakowani, nie było dla nich miejsca. Włóczęgostwo, pijaństwo, wyuzdanie – to lekarstwa na nudę. Na pamięć właśnie.
P. jak ładnie pokazywałaś siebie w klubie, stylizując się na dandyskę umawiającą się z chłopakami nad Wisłą. Połyskiwały na tobie srebrne nitki, miałaś pantofelki z okrągłym noskiem i lakierowaną torebkę. A włosy w kok. Rozpleniałaś tę swoją gruźlicę minionego. I potem pomykały w swoich kieckach po babciach inne dzierlatki, spinały włosy, tapirowały je i przyklejały sztuczne rzęsy do powiek. Kaliny Jędrusik z nieznanej zony.
Ale myślę, że pusty obszar to także coś innego. To bycie każdym i nikim. My nie wiemy, kim jesteśmy. Dziś jesteśmy tacy, jutro się do tego nie przyznamy. Jutro powiemy, że trend się zmienił i będziemy z innym rodzajem upojenia mówić o nowych kierunkach w muzyce, sztuce i modzie. I nowych kierunkach w sobie, amalgamat stylu i nie-pamięci formuje się ze wszystkiego. Ale nie ma przepisu, algorytmu, ustalonej trasy. Ja pozostaje pustym obszarem do zresetowania, napełnia się chwilowo, ale ma dziurawe spojenia. I wszystko wypada tak łatwo, jak zostało pochłonięte.
Maychem – to dla nas także dobre określenie. Jesteśmy chaosem bez zasady powstawania. Nie ma dla nas nikogo, kto mógłby powiedzieć: opamiętajcie się, mnóżcie i żyjcie w dobrobycie. Nie ma żadnego pasterza, żadnego władcy umysłów. Nikt nie wygłasza orędzi. My jesteśmy bez wieku. Można nam wszystko. A zarazem, nie można nam nic. Nie widzimy efektów naszych działań. To, co widać, to tylko zmiana, jak statek pijany, pędząca z mielizny na mieliznę. Z godziny na godzinę bardziej boleśnie uderzająca w nie kadłubem, aż do zatopienia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)