Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadanie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 listopada 2012

LAJZA part XIII

Skakała ze schodka na schodek jak mała dziewczynka. Raz, dwa, trzy. Kolana strzykają, pękają strupy. Znów stygmatyzuje. A P. patrzy przez wizjer. Tak, stoi w drzwiach i póki nie zniknie za kimś cień z klatki, obserwuje, czy T. się przypadkiem nie odegra jakimś niewłaściwym ruchem. Ma to z dzieciństwa, jak się kiedyś chwaliła, kiedy podglądała rodziców, jak się kochali, kłócili i poniewierali. Stała za zasłonką, lichym przepierzeniem. I jej oczy mrużyły się w niemym pochłanianiu chwil im wykradzionych. -Zawsze chcę mieć poczucie kontroli - powtarzała, kiedy wychodziły kiedyś z klubu, nieco chwiejnie stawiając kroki po jeszcze bardziej niż zwykle nierównym chodniku. Voyeryzm to jej specjalność i zresztą wołała T. raz, aby i ona popatrzyła. Aby nasyciła się cudzym upojeniem. Albo cudzym nieszczęściem.

Na przykład: odwróciła oczy, kiedy widziała, jak dziecko przejeżdża samochód. A P. popędziła jako jedna z pierwszych. Teraz sobie to przypomniała, porządkując pocztę. P. stanęła w szeregu, mierząc rozmiary wypadku. -Jak on pięknie umarł. Tak wymiarowo się posypał, jak manekin - udawała, że jej się to przydarza. -Tak wyglądał Piotr Curie przejechany przez dorożkę. O, tu ręka, tu noga. Tak samo, jak teraz to...

Gdyby P. mogła, patrzyłaby na świat przez panopticum. Jeśliby świat zmierzał w stronę kolektywizmu i jedności grupy, ona zbudowałaby machinę odosobnienia. Komorę absorbującą, ale nie deprywacyjną. Ona musi wiedzieć. Musi widzieć, co się dzieje. Chce się czymś zaspokajać. Pewnie byłaby to miniatura jej toalety z lustrem, bo musi na siebie patrzeć. Nie w kategoriach rozliczeń i spoglądania na siebie w geście niechcianej przyzwoitości. To zbyt oczywiste. Misteria orgazmu trzeba oglądać, by podziwiać. W kapsule więc zamknęłaby środki odurzenia, łóżko i przenośną cukiernię z czekoladą na gorąco. I nie wychodziłaby ze swojego królestwa. Może wyciągałaby rękę po dostawę łakoci. One sypałyby się jej prosto do buzi i po tej fontannie energii dalej byłaby gotowa szukać natchnienia dla swojego bycia. Jestem, kiedy patrzę. Jestem, kiedy podglądam. Gdyby miała więcej siły na prezentację siebie w innym świetle, mogłaby zostać dziennikarką. Takich wszędobylskich natrętów ciągle poszukują do jakiejś redakcji. Mogłaby pisać o gwiazdkach, które tańczą, śpiewają, śpią ze sobą i jedzą sobie wzajemnie z dzióbków. Albo kopią doły. Byłaby wprost rewelacyjna jako śledcza. Przekręty, kalumnie, zbrodnie. Czyta o nich w tych swoich kryminałach. Element zbrodni plus sława i władza pasjonują wszystkich. A ci, co się do nich nie przyznają, też w skrytości chcieliby być na świeczniku. Czy nie jest tak? W każdym razie ona w swojej kapsule wyglądałaby pewnie jak Victoria Abril w „Kice”. Opancerzona, sterylnie wymuskana, zaopatrzona w wielkie lunety i lornety. Patrzyłaby na ludzi, siedząc w swojej loży. I szydziłaby.

Wracamy do przeszłości. T. próbuje skakać na obolałych nogach. Jedna przecznica jeszcze równo idzie. Z drugą ma poważne trudności. Płyty chodnikowe się piętrzą, jakby miały się rozstąpić. Już kiedyś coś takiego przeżyła. W starej dzielnicy, podczas jednej z niekończących się ulew, płyty pływały pod krokami. Rozsuwały się, a kiedy ona chciała poznać przyczynę tego niezwykłego poruszenia, nie mogła wybadać podłoża. Jakby nie istniało, a płyty lewitowały! Właściwie podobnie działo się teraz. Tylko przyczyna była znowu w niej. Kolana uginały jakby były nasmarowane oliwą, nie pozwalając na płynne ruchy. Czy Pani pomóc? Usłyszała nawet od starszej Pani, szczerzącej się w przymilnym, tak zwanym życzliwym uśmiechu. A ona, tak samo jak P., nienawidzi „życzliwości”. Kiedy ktoś pisze lub mówi: „życzliwy”, oznacza to kolaboranta, donosiciela, starą wygę. Odprawiła więc starowinę szczerząc się z równie życzliwym uśmiechem, że najwyżej się połamie, ale nie potrzebuje pomocy. Niech lepiej uważa na światłach. P. ją natchnęła do tego ruchu. Byłaby ze niej dumna. A starsza Pani zaczęła jęczeć i buczeć, wylewając potoki śliny.

-Jaka pyskata gnojówa! Jak śmie coś takiego mówić starszej kobiecie! A połam se te kolana na amen! Połam nogi, niech Cię powykręca!

Ot, taka wylewność się z Pani wypluła. T. zmiękła do szczętu i już pokorniej stawiała kroki. Ta P. Musi jej być żal przyjaciółki. Bo wypuściła ją na pastwę niekochanego świata, samą i nakrapiającą bruk deptaku kwiecistymi plamami. P. pozwoliła T. wtopić się w przykrą i przestymulowaną doznaniami masę, w najlepszym przypadku spoczywająca w ogródkach kawowych. Leniwie, byle popatrzeć na gawiedź i pokazać się.

Właśnie widzi jakąś energicznie poruszającą się ruchem wahadłowym, szczupłą rękę. Potem z przestrzeni knajpy i szarych murów wyrysowuje się twarz. Blada, chuda, z zapadniętymi policzkami i nierównym zarostem po bokach, które chyba udawały bokobrody. Wąskie, nieco wykrzywione usta, jakby właściciel ciągle grymasił przy jedzeniu, próbują się nieudolnie uśmiechać. Wreszcie rysują się oczy. Kompletnie bez wyrazu. Szklane, miałkie. Haaaalo! No chodź tutaj! Zapraszam! Niby kordialnie ją przywołuje. Znowu coś? Przecież nic nie ma do powiedzenia o P. i tamtym wieczorze, kiedy tańczyli ze sobą. Ale podchodzi. Może zasłuży na łyk kunsztownie przygotowanego cappuccino w trendy knajpie?

-Siadaj – słyszy od właściciela, jak się okazuje, przynajmniej ładnych zębów. Napijesz się kawy?  Co zrobiłaby P. na jej miejscu – zastanawia się, przyglądając się zębom chudzielca. Jego pytania stają się męczące. -Telefon? Jakiś mail? Kim jest Twoja koleżanka? Będzie w sobotę? Na każde pytanie T. spuszcza oczy. Nieśmiałość dobrze jej wychodzi, ćwiczyła to z P. przy każdej okazji. Udaje, że rozmowa smakuje jej na równi z mlecznym, przesłodzonym napojem. Właściwie przez cała rozmowę miesza zawartość kartonowego kubka, jakby czuła się zakłopotana. Świdrujący bezosobowy twór przed nią uśmiecha się szerzej.

-Tajemnica? No to przynajmniej powiedz, jak ma na imię!

-Na imię ma Kawa – T. cedzi po wypiciu części płynu, który ląduje na spodniach absztyfikanta. Tak smakuje zazdrość.

Nawet nie udawała, że będzie P. strzec przed natrętami. P. to zainicjowała i dlatego ich układ miał sens. Gdyby o tym incydencie wiedziała, byłaby wdzięczna i pozwoliła wrócić do siebie. Byłoby jak dawniej. Znowu razem - teraz, z perspektywy swojego wyjścia do klubu, T. robi się sentymentalna - bo dawniej byłoby tak: nieprzyjemny twór spotkany przy stoliku kawiarnianym miałby dwa wyjścia. Albo próbowałby się poskarżyć P., przy całkowitej jej aprobacie i przepraszającym wzroku, albo udawałby, że ich obu nie dostrzega. Czyli panowałby doskonały spokój na ich wodach.

czwartek, 30 czerwca 2011

Łajza part VIII

Wyszły pomału w mrok, nieco tylko jaśniejszy od tunelu, jakieś uroczyste, milczące. Wiesz, coś się właśnie między nami dokonało. I teraz możemy pokazywać innym, jak dojść do indywidualnego oświecenia. Jak zamienić nienasycenie w ekstazę i chwilowo zapełnić bak potrzeby boskości w jeden wieczór. Takie tankowanie boskością – śmieje się P.

-Czy od tego można się uzależnić- pyta T.

Na czole P. pojawia się zmarszczka sugerująca, że T. zadała „chujowe” pytanie, z gatunku racjonalnego bełkotu niedowiarka.

-Ale tak -mówiła spokojnie, metodycznie - To twój najdoskonalszy narkotyk. Wszystko, co prowadzi do stanu boskości, jest twoim narkotykiem. To też zapomnienie o ograniczeniach, amnezja. I przemiana. Co dzień przemieniasz ciało i krew w coś innego. W energię. Stajesz się nią i pozwalasz jej płynąć.

I znów obrazek: obie biegną po ulicy, nie, właściwie lecą, jakby najadły się lulka, ziela czarownic po którym tamte podobno latały na miotłach. P. szepce, że to, co widzą, nie jest już tym samym. Ma inne znaczenie. Jest wyściółką duchową. Zresztą one też są duchem. Wiją się w powietrzu. O, dodaje P, zobacz na te twarze w kapturach. Jak one na nas pożądliwie patrzą. Też chcieliby coś takiego przeżyć.

Rzeczywiście, niewielki blondyn z wyłupiastymi oczami, który właśnie pije pierwszy łyk swojego piwa, zaczyna dopiero pojmować niezwykłość ich zachowania. Ale reszta, zarażona już enteogenią swojego ziela, przekazując sobie skręcony specyfik, patrzy na nie z zachwytem.

-Hej tam, dajcie mi remedium - mówi P. w to niebywałe skupienie, jakie właśnie zapadło po ich wyłonieniu się spod nasypu kolejowego. T. ociera w tym czasie spopielałe kolana. I nagle dotyka jej zgromadzenie ławkowe. Muskają trwożnie łydki. Z wielkim namaszczeniem gładzą skórę na nich. Potem przechodzą do rąk, ramion, głaszczą szyję. T. nie boi się ich dotyku. Potem zakapturzeni głaszczą nieznośnie jej głowę, łapią za włosy. A potem park zanosi się śmiechem. Całe zgromadzenie odczytało tunel bez słów. P. mruży swoje oczy w satysfakcji. Ma spopielałe czoło. Podaje wszystkim obficie swoje brudne ręce. W dymie, jaki się unosi znad spróchniałej, znajomej ławki, wygląda teraz jak kapłanka. Ale w jej oczach czai się kocica, gotowa do skoku. T. pyta te kocie oczy, gdzie teraz. Ale ona znika. Potem słychać jej śmiech gdzieś za drzewem. W końcu przychodzi po kilkunastu minutach z zielono-przezroczystą butelką, znad której spogląda na zgromadzenie. Kiedy one, najważniejsze dla siebie piją, podpisują oczami niemy pakt. Nikomu nic nie mówić.


-Zawsze chciałam mieć kogoś takiego. Bo tyle chcę przekazać – odzywa się w końcu P.. Orędzie ginie jednak w obłoku szarego dymu, przestają się słyszeć. T. wystarczy stan upojenia. To, co się wydarza, da nowe znaczenie nawet tym, co stoją obok nich dokoła i nie bardzo wiedzą, co sprawia, że one są dla nich ważne. To one, przyjaciółki, będą poszukiwać tego zgromadzenia. Potrzebują wyznawców do krzewienia swoich idei. Potrzebują uważnych naśladowców.

-T., będziesz ich wyławiać - instruuje P., do ciebie będzie należało przekazywanie naszego orędzia dalej. A teraz weź mnie za rękę i wirujmyyy!

Krótkowłosa przypomina sobie wszystko. Pamięta, że znów kręciło jej się w głowie. P. prowadziła karuzelę, śmiejąc się cały czas i wykrzykując jakieś zaklęcia w niezrozumiałym języku. Wreszcie przestała. Kiedy ochłonęły, spostrzegły, że tu nie ma już nic do roboty. Zgromadzenie jest coraz bardziej nieme, coraz bardziej apatyczne. Niech gromadka zakapturzonych postaci dalej sączy swoje napoje i upaja się do upadłego swoim świętym dymem. Za kilka godzin też tu będą, a one będą ich mijać, szczęśliwe innym szczęściem. P. jak natchniona, wyrzuca z siebie słowa, jak w transie, patrząc jakoś obco, nieobecnie:

-Bądźmy Odysami, przemierzającymi kolejne kraje. Niech miasto będzie naszą planetą, gdzie każda ścieżka to rzeka, a każdy park to dżungla. Klub to miejsce rozkoszy. Szukajmy świątyni. Pielgrzymujmy. Nie zatrzymujmy się nigdzie dłużej. Naszym celem jest bezkres. Pamiętaj o tym. A teraz musimy się rozdzielić. Każda z nas ma być przez połowę drogi sama, by przemiana mogła się dokonać całkowicie. Idź już. Zostaw mnie samą.

T. zanurzyła się więc w tę rzekę, po oddaleniu się P. Rozszerzyła pole widzenia choć pamięta, jak czuła się przytłoczona przestrzenią, przeładowana. Twarze w kapturach, tak bez wyrazu, nagle rosną w oczach i wykrzywiają się. Podają piwo. Ona łyka je jak wodę. Potem joint. Dłonie przesiąkają dymem. Dopiero teraz wie, o co chodzi P. Rozjaśnia się jej rola w podróży ich obu. Ich grze. Chce jej więcej. Zastyga w nieokreślonej emocji, która ma nadejść dopiero jutro, wraz z kolejnym spotkaniem. Ale kiedy widzi, jak P. się oddala, ma ochotę ją dogonić. Doskonale wie, że sama nie będzie stanie wypełnić jej planu. Z drugiej strony, ziele działa, jest jej dobrze. Zakłada kaptur, podobny do reszty zgromadzonych. Milczy jak reszta, lekko bujając się nad rozrastającym się kłączem butelek. I kiedy podchodzi do niej żul, uprzejmie bełkocząc, czy mogą mu je oddać, tylko patrzy. A potem nawet się nie odsuwa, słysząc, jak dziad w podzięce sunie w nich wszystkich, także oniemiałych, strzałami inwektyw.

-Też się, kurwa, zachciało. Uczyć się dzieci, a nie pić, bo butelki bedziecie zbirać. Ugrhrhrh. Ughrg. Dopiero jego chrypienie wyrywa ich z otępienia. Opadają na ławkę, przyglądając się pracy zbieracza. Przypominają borsuki w szczycie zimowego snu, śmieje się krótkowłosa do siebie. Jakby tak spojrzeć z innej perspektywy, wszyscy wpadli w stupor. Jakby coś-ktoś ich zaklął. Coraz mniej ich jednak obchodzi. Stali się na tę chwilę jednym, organizmem, oddychającym zielonością ziemi. Tylko się nie ruszać. Tylko oddychać. Jak pięknie. Podróż w głąb. -P. jestem gotowa. Czekam. Powiedz tylko słowo. Ale mnie nie zostawiaj. Nie chcę być sama. Nie chcę być sama...sama...sa-ma...-T. Usypia na ławce. A Krótkowłosy chudzielec wstaje od lustra i czyta wpis w pamiętniku:

Marzec jakiegoś tam roku.

Śnił mi się rozstaj dróg. Wstawałam z ławki, zostawiając zgromadzenie. Było ciemno i pusto. Znikły drzewa, została właśnie ta droga. Biała na tle ciemnego otoczenia. Miałam wybrać jedną z dróg. I nagle usłyszałam Twój śmiech P. Rozejrzałam się uważnie. Po prawej stronie wyrosła zakapturzona postać. Pokazała mi ręką, że mam iść w jej stronę. Dałam znak, że rozumiem. I droga w pewnym momencie zaczęła spode mnie uciekać. Stałaś za mną P., bo byłaś w tym kapturze. Chwyciłaś mnie za rękę i raz jeszcze udało mi się uciec własnemu strachowi. Kiedy chciałam Ci podziękować, znikłaś, a z Tobą znikła droga. Znalazłam się znów na ławce. Sama. Nie było ze mną nikogo, żadnej z zakapturzonej postaci ze zgromadzenia. Nie było butelek, puszek, papierosów ani żadnego śladu, że coś się tutaj odbywało. Tylko biało-rude-plamy przemykające między drzewami, szczekające, a kiedy się przyjrzeć, merdające ogonem i zmieniające się w rozkoszne bernardyny, spaniele i wszelkiej maści mieszańce. Jako relikt wczoraj, muszę się schronić do zmroku, nim zmienię skórę i dam się pieścić promieniom wiosennego słońca.

Tak mi pusto i smutno. Tyle słów jestem w stanie ułożyć w takt biegu przez drapieżne o tej porze dnia ulice. Wylegają na nie właśnie tacy, jak ja, wrzody nocy, by dolewać żółci do żółto-różowej otoczki na niebie. Czkanie i przekleństwa, jakie intonujemy, są nie w smak smętnie snującym się pierwszym porządnym pracownikom na pierwszą zmianę. Ci stoją skupieni z marsowymi minami na przystankach, sprawdzając nerwowo co kilkanaście sekund swoje chińskie zegarki. A nuż autobus przyjedzie wcześniej. A może czas się cofnie? Śpiewają do kwiatów zawieszonych bez pomysłu na latarniach bezzębni zamiatacze ulic. Babuleńki wiążą swoje wiązanki kwiatowe. Kiedy je zbierają? Przecież nie w nocy. Choć może i one są zakapturzonymi postaciami, wymykającymi się pod osłoną zmroku na działki i kradną co lepsze chwasty. Pierwsze piekarnie, bezlitośnie nęcąc zapachem właśnie upieczonego pieczywa, otwierają drzwi, by napełniano czym prędzej filiżankę gorącą kawą i kupowano do maczania w niej rogaliki i drożdżówki.

Świt jest bez wątpienia porą odkrywania jeszcze innego oblicza miasta. Kiedy słońce na dobre się rozgości na niebie, zaczyna swój taniec i igra w oczach. Jest piękne i niebezpieczne. Ogrzewające zziębione ciało i oślepiające oczy, przyzwyczajone do ciemności. Jedynym lekarstwem nań jest transparencja. Przezroczystość. Opanowałam ją do perfekcji. Mury są mojego koloru. Kiedy ich dotykam, płynę z zastygłym tynkiem wzdłuż elewacji. I docieram w tym stanie do domu francuskiej emigrantki, rozwijając kaptur i znikając w jasności pierzyn. Znów zamieniam się w czekanie. P. nie daj mi być samą”.

Korespondencja też nabiera rumieńców. Ich listy przychodzą częściej. W zasadzie tego samego dnia odpowiadają sobie na nie:

<p.przyjaciolka>, Sent March, 12, 16.56

Przyjedź do mnie po południu, punktualnie o czwartej. Jak widzisz, uruchomiłam adres, na który będziemy pisać. Tylko ty i ja. To będzie kronika naszej przyjaźni. Przeniosłam do tej skrzynki nasze listy. I będę zapisywać nasze rozmowy. Aby nic nie umknęło. Kiedy jedna zdradzi, druga usunie wszystkie informacje o pierwszej. Tak będzie lepiej. Tymczasem chcę dać ci lekcję pokory. To będzie przełom. Nie spóźnij się.

P.

<transparentna>, Sent: March, 12, 17.01

Czekałam na twoją wiadomość. Będę. Jeśli ma to być lekcja przełomowa, to poddam się jej całkowicie. Rozumiem, że dużo od niej zależy. Nie muszę się do niej specjalnie przygotowywać? Wiem, głupie pytanie. Po prostu przyjdę na wszystko otwarta. Twoja T.

niedziela, 10 kwietnia 2011

Łajza part VII

To było szóstego dnia. Siódmego po otrzymaniu ostatniego maila, chuda, zakrwawiona istota wstała na nowo, słaniając się jeszcze, ale stąpając po posadzce pewniej. W stłuczonych resztkach lustra zobaczyła zaskakująco spokojne spojrzenie. Oczy wprost paliły się do spotkania z rzeczywistością. Z nowonarodzoną rzeczywistością. Uśmiech poszerzał w swojej poświacie całą drapieżność nowej istoty. Teraz ona była myśliwą. Wyprężoną do ataku. Stanęła więc prosto i dokonała metamorfozy w łaziebnej przestrzeni. Ależ była inna. Inna niż P. Inna niż swoje poprzednie wcielenie. Tak, tak może je nazwać. To była egzystencja, która teraz wzniosła się na wyższy wymiar poznania. Jeszcze nie może mówić o sobie w pełni pierwszej osoby, pełni nowej tożsamości. Czeka, aż ktoś nowy jej ją nada. Jest jeszcze pół-egzystencją, wyrównującą pewne rachunki. Teraz musi sobie przywrócić pamięć. Odtwarza więc korespondencję mailową z dawną przyjaciółką, zapisaną w folderze: P

<p>, Sent: March, 7, 12.18

Przyjmijmy wersję czasu zatrzymanego. Nie ma jutro, nie ma wczoraj. U nas dzieje się tylko dzisiaj. I w tym wiecznym dzisiaj chcę, żebyśmy stworzyły spisek. Naszą małą intrygę.

Chcę z tobą odkryć pewne miejsca, chcę ci je pokazać. Chcę, żebyś poczuła sobą świętość. I oddanie. Adonai i mentalne fellatio. Zgadzasz się??

P.

A potem od razu:

<p>, Sent: March, 10, 23.35

Jestem gotowa dać ci pierwszą lekcję. Chcę, byś była moim odbiciem. Ale ze mną nie jest łatwo. Nie uznaję poddaństwa. Musisz mnie kochać. Ale i wiedzieć, kiedy nienawidzę. I kiedy chcę spokoju. Naucz się mojej zmienności. A ja nauczę się ciebie. Spotkajmy się u mnie.

P.

Co napisała? Odkrywa po chwili swój mail, uśmiecha się lekko do swojego odbicia w ekranie. Blizny. Blizny.

<t>, Sent: March,11, 1.23

Będę u ciebie, rozumiem, że pora nieważna. Mnie też trzeba oswoić. Ale uczniem jestem doskonałym. Może i ja ci coś pokażę. Chcę przyjaźni. Prawdziwej przyjaźni, takiej do końca, bo nie uznaję kompromisów. I chcę wejść na inny poziom, jak opowiadałaś. Nie chcę być już w zawieszeniu. Pokaż mi to, co pozwala się wznieść ponad to, co skrywa miasto.

Twoja T.

Pamięta te dni. Zmysły układały pieśni. W drenach czuła całą sobą przyjemne pulsowanie. Informacje widziane i słyszane w radiu nie były już tylko czczymi komunikatami. Nabierały specjalnego znaczenia. Wszędzie słyszała, że to ważny dzień. Przełom za przełomem, wydawało jej się nawet, że słyszy w radiu głos P. czytający do niej wiadomość: przyjdź do mnie. Czas na prawdziwą przyjaźń. To Twoja ewangelia. Ciało T. zanotowało zatem, że P. ma dla świata jakąś doskonałą misję. I że ona ma być jej częścią.

Świat, jaki pokazywała jej przyjaciółka przy każdym włóczeniu się, nie był prosty i wykalkulowany. Był światem pełnym niedopowiedzeń i tajemnic. A przede wszystkim, miał ukryte świątynie. Świątynie, w których każdy, kto miał potrzebę świętości w wymiarze intelektualnym, mógł ją zaspokoić. Mógł nagle poczuć się wolnym. O tym pisała w mailu do niej. I nazajutrz P. pokazała jej takie miejsca. - Popatrz - mówiła, czy Ci ludzie nie są czymś owładnięci? Czy to nie jest poza słowami?

T. wiedziała, że P. prowadzi z nią grę w mieście. Grę umowną, spontaniczną, bez określonych zasad. Miała poznać miasto od strony mrocznej, szorstkiej i porowatej. P. kolejno odsłaniała przed nią jego tajemnice, których wspólnym mianownikiem był: ruch, dźwięk i niezwykłość. Czasem była to niezwykłość schowana pod płaszczem codzienności, czasem logiką P. w wyborze miejsc gry kierował impuls uczuć. T. uczyła się do miasta uczuć, miała zakochiwać się w mieście przy każdej wizycie w wybranych przez P. świątyniach.

Na początku poszły na giełdę. Laski z poliestru, w zabłoconych nocnymi uciechami, rozklekotanych botkach, z nieświeżym spojrzeniem i zabójczym oddechem marijuany zmieszanej z tanim koktajlem waniliopodobnym, dotarły do świątyni luksusu. Srebrne portyki, obracające się z szybkością hossy w jej szczytowym momencie, wmieszały je w tłum biało-czarnych, ewentualnie biało-różowo-blu boyów, z ewidentnym pobudzeniem psycho-ruchowym. Mówili jakimś dziwnym, tajemnym językiem i patrzyli w magiczny, czarny ekran z nieustannie zmieniającymi się wykresami.

-To jest ewangelia naszych czasów. Te liczby nic nie znaczą, one się co dzień zmieniają – mówiła P.

-Jak można im wierzyć -wątpiła ta druga.

P. roześmiała się, pokazując jak zwykle kształtne siekacze.

-To numerologia. Liczą się nawet setne, tysięczne. I niewidzialnie się mnożą. Popatrz. Tu są wykresy liniowe wszystkich giełd świata. To najciekawszy seans filmowy. Szkoda, że nie rozdają popcornu. Kursy walut. Aż mi się widzi cinkciarz ze zwitkiem banknotów, stojący pod kantorem. Byłby tu atrakcją. Bo oni mają te swoje niewidzialne mikro-wahania i te swoje liczby zamknięte w szklanym ekranie. I wiercą się wokół niego, szukają objawienia. A może powinien stanąć cwaniaczek spod kantoru i ich wszystkich wykurzyć, porywając ich fałszywą walutą krajów zrzeszonych i niezrzeszonych? - P. pokazuje ze znawstwem figury na wykresach. Wirują kolory, liczby przesuwają się w matrycy i wzburzają kolejne wykresy. Z takimi wydrukowanymi wykresami wychodzą z biało-czarni z jednych drzwi pod tablicą, by zaraz wejść do drugich. Potem znów wracają. Jak w mrowisku. Praca biało-czarnych mrówek wre.

P. przysiada i wygląda na to, że medytuje. Zamyka oczy i każe poczuć T. pulsowanie tej przestrzeni. Tupot nóg, dźwięk fruwającego w rękach papieru, głosy i okrzyki, a przede wszystkim takie miarowe skupienie, wylewające się z ekranu. On jest tutaj bogiem i bez wątpienia jest jedynym stałym w swojej zmienności, elementem tej świątyni. Jest niewzruszony nawet wtedy, gdy biało-czarni wyznawcy wątpią i wyprzedają swoje niewidzialne papiery, gdy łapią się za czoła, gdy ze spuszczoną głową myślą o spokojnej emeryturze, która po pewnych niefortunnych ruchach, spokojnym, majestatycznym krokiem jak przystało na stateczną panią, macha im ich teczką na pożegnanie, pokazując język.

P i T. uśmiechają się do siebie po otwarciu oczu. P. powoli wstaje z kucek.

-Żydzi mają swoje święto opróżniania kieszeni nad rzeką. Tu ci czarno-biali maklerzy i maklerki też powinni zacząć dzień od opróżniania kieszeni. Wtedy ich trafność przewidywań by wzrosła. I byliby pełniejsi w swojej wierze.

-Wiem P. Ale ja mam dosyć. Kręci mi się w głowie od tego wirowania liczb. Świątynia kipi od sztucznego, robotycznego tempa jej wyznawców.

Stoi gdzieś między holem, a ekranem i brudzi nagle kryształową posadzkę koktajlem, zostawiając plamę. Trzewia pracują pulsacyjnie w rytm przechodzących biało-czarnych fal. A czarny punkt z okrągłym, czerwonym elementem wyrastającym z uniformu, jak pryszcz na wielkiej, czarnej górze, zwężającej się łagodnie w swoich wyższych partiach, zbliża się z prędkością lecącej kuli.

-To strażnik- dodaje wesoło P i już jej nie ma w pobliżu.

Zabawne, przypomina sobie chuda T., malując oczy po włożeniu obcisłej bluzki i nałożeniu kombinezonu. Zaplątała się w srebrny portyk, by po chwili, z szybkością pocisku wyrzuconego z procy, pofrunąć do stóp P. To była właśnie ta chwila. Chwila poddania. Islam.

-Jestem zdana na ciebie P. z Tobą będę już wszędzie podążać. Prowadź mnie do kolejnej świątyni – powiedziała wtedy z miłością. P. śmiejąc się coraz bardziej, schyliła się do niej, gładząc ją po zaflegmiałej twarzy. Parsknęła wesoło:

-Mam dla ciebie niespodziankę.

I jej chichot długo prowadził je przez miasto.

Skręciły wąwozami ulic, wijącymi się wzdłuż wielkiej alei. Aleja kipiała od kolorów i świateł. Pełno sklepów, butików, aptek. Ale to jeszcze nie to. Weszły w podwórka, zeszły w dół schodkami prowadzącymi do nasypu. Szły uważnie zabłoconym traktem po wzniesieniu, by dojść do tunelu. -Teraz poczujesz się jak w obozie koncentracyjnym dla podróżnych, którzy, znalazłszy się tu, tracą orientację i nie wiedzą, gdzie dotrą – powiedziała poetycko, nietypowo staroświecko jak na nią. -Stawiaj uważnie krok po kroku, bo możesz natknąć się na szczura. To miejsce sprawdza Twój strach. Wyostrz słuch. Jeśli się zagapisz, nadjedzie pociąg. Nie ma jak uskoczyć. Na pewnym odcinku tunelu są tylko ściany i dwa tory, każdy w oddzielnym rozgałęzieniu tunelu.

Wizualizacja: Idą w przygnębiających ciemnościach. T. czuje, że to sen, który zawładnął rzeczywistością. Stąpa z każdym krokiem pewniej, bardziej miękko, ale jej kolana się trzęsą.

-Boisz się - słyszy echo P.

Próbuje jej dosięgnąć. Nigdzie jej nie ma. Nagle wyłania się kilka kroków przede nią. Patrzy z przymrużeniem oczu. W jej oczach odbija się światło. Światło, które poszerza jej źrenice. P. przypomina teraz demona, który próbuje wzlecieć. Podnosi ręce. Staje w rozkroku i wydyma powietrze po wzięciu głębokiego oddechu. Jeszcze nic nie słychać. Tył ciała T. za to jaśnieje i już wie, że P. nie dokonała cudu przemienienia, a jej stan to nie sen. Żelazny wehikuł pełen podróżnych zamierza je pochłonąć.

-Skacz! - Woła P.

Łatwo jej to powiedzieć. Nogi T przywarły do spróchniałych szyn jak te mury tunelu, w których gdzieniegdzie są tylko dziury i uskoki. P. znika w zagłębieniu. Oszalałe nogi gnają T. na oślep, przewraca się. Albo ma wrażenie, że leci.

- Dużo siły kosztuje mnie myślenie za ciebie – słyszy - na szczęście jesteś przezroczysta. Transparentna. Niegroźna w swoim wtapianiu się w tło. Od dziś będziesz moją T. transparentną stroną egzystencji.

Ciszę przeszywa wysokotonowy, wyjący szum. Wciąga jak wir. AAAAAA, ich gardła rezonują razem z nim. To właśnie świątynia strachu. Stapiają się z tym wielkim, nadludzkim podmuchem powietrza. T. zamyka oczy i czeka. Turkot szyn się kończy, migają tylko dwa czerwone światła oddalającego się pociągu. Ciekawe, dokąd jadą ci pasażerowie. A właściwie, świecące w jarzeniowym świetle istoty, które nie wiedzą o ich istnieniu.

Bo co sobie może myśleć taka istota? Tylko jeśliby im się nie udało, wehikuł zatrząsłby się, pokiwał, ale najpewniej pojechałby dalej. A może nie, wysiadłby konduktor zobaczyć, co leży na torach. Jasne punkty pociągu zapełniłyby się wszystkimi istotami, jakie zdołają dopchać się do okien. Pewnie bałyby się wyjść do ciemnej, niegościnnej paszczy tunelu. Lizak konduktora zwisałby bezwładnie u pasa. Ten zaklinacz żelaznego wehikułu doczłapałby się wściekły, a może struchlały, do czoła pociągu. Nie, do trzeciego wagonu, który by wygięło w prawo. Kucnąłby, kazał poświecić latarką swojemu pomocnikowi i odkryłby resztki. Sensacyjne, bo dopiero wtedy T. nabrałaby znaczenia w tym wydarzeniu. Nastąpiłby postój, podczas którego istoty nabrałyby także realnego wymiaru i po kolei wytaczaliby się na tory zdezorientowani podróżni. Pani z dzieckiem, które zaczęłoby płakać. Żołnierz jadący z przepustki, który bardzo chciałby pomóc konduktorowi. Do tego ślepego tunelu nie mogłaby wjechać straż pożarna, więc pasażerowie czekaliby, coraz bardziej niecierpliwi. Facet z wąsem, podróżujący w towarzystwie ciemnej aktówki z aktami tajnymi, jak czarna skrzynka prezydenta USA. Dzwoniłby ze swoich dwóch komórek, że to skandal, żeby ktoś zabijał się w jego pociągu. On dojedzie teraz na konferencję! Starsza Pani w mocno natapirowanej fryzurze i zwiędłym spojrzeniu, Lady Dewotia z zapasem kanapek na długą podróż, odmawiałaby różaniec. Oni wszyscy nabraliby znaczenia. Sami siebie nawzajem postrzegaliby jako jednostki, z którymi można się czymś podzielić. Byliby towarzyszami niedoli. A tak? Są tylko jasnymi plamami w ciemnym pociągu, sunącym miarowo z prędkością, na jaką pozwala przestarzała aparatura w gąsienicowej lokomotywie.

Tak rzadko następuje taki czas, kiedy nabieramy prawdziwego znaczenia – dochodzi teraz do umalowanej i gotowej do wyjścia dziewczyny. Te jasne punkty często dopiero u schyłku wejścia w ostateczną jasność, spopielenie, widzą, że prowadziły życie zapamiętałego robota o ustalonym algorytmie działania. Może więc błogosławieństwem dla nich byłaby czyjaś ofiara, wypadek, choroba? Najgorsze, że nikt nie chce być chory, nikt nie chce dojść do punktu granicznego. Poczuć się mały, nijaki, bezużyteczny. Nikt nie chce stoczyć się na dno. Poznać swój własny kres. Wolą rozpłynąć się w próżni. Mignąć, jak ten pociąg w tunelu. Czyja więc to miała być świątynia, jeśli nie naszej przyjaźni. Tu tylko my definiowałyśmy siebie: ja wobec niej i ona wobec mnie. W tej ciszy, przetkanej mignięciem istot, zamkniętych w żelastwie.

-Tylko my mamy tu swój patos- mówiła P.
Wtedy te słowa płynęły przeze mnie. Miałam swoją mistykę, i była nią cisza, wypełniona nią – chuda spogląda na siebie ze łzami w oczach. 

 

sobota, 5 lutego 2011

Łajza part VI

Żeby ją zrozumieć, trzeba wiedzieć, że do rozrywki potrzebowała zamknąć się na jakiś czas w klatce zwyczajności. Potrzebowała mundurka, reguł, zasad i lekcji, które trzeba odrobić, jak pańszczyznę. Stan 'po', kac i amnezja, przypominały jej o tym, że ma do załatwienia jeszcze tyyyle spraw niecierpiących zwłoki. I jeśli nie spotkała na imprezie kogoś, kto wyręczy ją w jej niedoli, sumiennie i ze spuszczoną głową dawała sobie założyć najtrywialniejszy z kagańców. O-światy. Ale i wtedy nie było to zwykłe studiowanie, uczenie się, wkuwanie i przyswajanie. Ona nawet z tego musiała zrobić spektakl. Przecież nie wejdzie do sal wykładowych bez wojowniczego spojrzenia, bez tej krzty bezczelności, jaką lubią rozsądni i wyluzowani wykładowcy. Nie dość, że spóźniała się bardziej od profesora, to jeszcze zwykle i w tej sytuacji się maskowała, wchodząc jak nie bocznymi drzwiami, to oknem. Albo, dyskretniej, w przerwie. Sala wykładowa, wydawałoby się, daleka w asocjacjach do imprezy, była dla niej polem walki. P. zrzucała swoje muślinowe, satynowe spódnice, zmywała koci entourage obficie wyrysowany na oczach, układała włosy na żel i wkładała jakieś spodnie, pamiętające czasy liceum. Pozbywała się wszelkich śladów 'wczoraj' i oburzała się na zdziwienie takim kamuflażem, jakby posiadała zakazaną księgę ujawniająca, gdzie była i co robiła. Tak anonimowa, dziarsko, a mimetycznie przemykała między stołami. To dla niej sprawdzian gracji po tym, jak musiała wysilać swój staw biodrowy.

Na sali wykładowej była zadziwiającą terytorialistką. To MOJA ławka – warczała od progu. Nie widzisz? Głowa bezbronnej ofiary kierowała się za wskazaniem P. DO NOT COVER THIS CHAIR! Podpisano – P. Ozdobnie, drapieżnie. Płowa głowa przepraszająco się kiwnęła. Na szafot – tego tylko P. brakowało do pełnej satysfakcji. Królowa jest miłosierna – możesz odejść – myślała nawet jej przyjaciółka, widząc P. A ona milczała i patrzyła złowrogo na płową głowę. Płowa głowa zabrała posłusznie zeszyt i książki a pod spodem, hmm, magazyn z samochodami i usunęła się z pola widzenia. P. siadła, celebrując majestatycznie akt uczęszczania na wykład. Patrzyła z uwagą na wykładowcę, czy aby docenił jej obecność. Padło kilka słów komentarza z jej strony. Sala w śmiech. W takich chwilach chuda T. miała ochotę wstać i wylać kawę, którą P. kupiła jej po drodze, kiedy biegły korytarzem, totalnie zadyszane. Niech się buja. Przecież gdyby nie przyjście P. większość usnęłaby niechybnie na ławkach. Chwilę później zresztą sam wykładowca niemal usypiał na stojąco, bujając się miarowo w takt swojego wywodu. Ra-tata-tam. Ta-tam. Ta----tam. Ta-------------taaaamm.

P. uśmiechnęła się dobrotliwie. Koniec nudnego elaboratu. Ociągają się, ale wstają. Przeglądają się w szybie sali. Stan: atrofia. A-trofia. Są jak trofea, szczerzące zęby w gablotach. Oczy musiały się ze zmęczenia wytoczyć z gałek, bo nawet przewracając je, nie widzą siebie. Czarna dziura. T. wpadła na pomysł zatknięcia zapałki pod powiekami, ale za bardzo bolało. A gałka oczna i tak była jamą, gdzie nic już nie widniało. Skoro oczy są zwierciadłem duszy, to duszy nie ma. A skoro jej nie ma, trzeba ją czymś zastępczym wypełnić. Konglomeratem, który uczyni je boskimi i niewidzialnymi. Wyobrażają sobie na głos, w kogo mogą się w naszym stanie zamienić. W takim skończeniu materiału, nie są już ludźmi, a omnipotentnymi androidami, nie dotykającymi ziemi, przesuwającymi się po niej powoli, jak w niewidzialnej lektyce. Widzisz? Mówiła P., właśnie ta szyba jest naszym zwierciadłem. My wcale nie jesteśmy ludźmi. Jesteśmy ponad podziałami płci. Ponad wszystkimi kategoriami. Nie musimy nawet wysilać wzroku. Wystarczy czuć powierzchnię ziemi.

T. nawet nie zauważyła, jak P. otworzyła okno. Wyskoczyła przez nie, zostawiła przyjaciółkę „lecącą” przez korytarz. Pewnie obie dotknęły gruntu w tym samym momencie. Ją to zetknięcie bolało bardziej, niż gdyby skakała z ławki na ziemię i padła niefortunnie na stopy, co kiedyś już jej się zdarzyło. Spadła z parapetu, a jej ciało zachowało się tak, jakby zleciała z wieżowca. P. pewnie nic się nie stało. Zawsze spada na swoje przeklęte cztery łapy. Wbija się pazurami w przestrzeń i ląduje tak, że nawet się nie draśnie. A ona, T.? Leżała, skulona na podłodze, na widoku wszystkich. Ich oczy były straszne. Wrzynały się wprost w jej obolałą twarz. Chyba ma śliwę na czole, bo ich wzrok jest przestraszony nie na żarty. Przynajmniej pójdzie do domu z błogosławieństwem wykładowcy, bo, zdaje się, doleciała do sali, gdzie podobnie sennym głosem do poprzednika, snuł swoje liche opowieści racjonalisty podstarzały doktor, rysując na białej tablicy jakieś wykresy. Gimnastykował się dla przekonania, najpewniej siebie, że coś jeszcze zostało mu z jego wieloletnich studiów. Być może nawet myślał, że jego wywód tak silnie na nią oddziałał, że zemdlała i obiła sobie głowę. Nie wyprowadzi go z błędu. Wyleci na poszukiwanie P. Bo na pewno podziewa się gdzieś w okolicy.

O P. trzeba powiedzieć jeszcze to, że jest nieprzewidywalna. Kiedy znika, często naprawdę chce być sama. Ale bywa tak, że znika, by ją odnaleziono. To element jej strategii oddziaływania. Udaje wtedy, że się zagubiła i potrzebuje pomocy. Na chwilę role między nią, a T. się odwracają. Daje jej pałeczkę dominacji, pozwala się wodzić tam, gdzie obie poprowadzi. Jest wtedy jak kotka spragniona pieszczot: wyciszona, subtelna i bierna. Pręży grzbiet, bo nagle jej zdecydowanie i chęć rządzenia rozpływa się w przeciągłych: uhm, nie wiem, jak wolisz, dobrze, jestem tam, gdzie chcesz być Ty. T. nie wykorzystuje tego bo wie, że ją sprawdza. Sprytna P. dostrzega intencje. Jeśli wyczuje fałsz swoją zwierzęcą intuicją, wtedy wysuwa pazury. I odchodzi, z dumą pomieszaną z uczuciem opuszczenia. Chciała zdać się na Ciebie, nie decydować za dwie, a pozwoliłaś się wyprowadzić w pole jej podstępowi. Zagrałaś tanim chwytem, którego ona nie toleruje. Więc T. słucha jej gierek z uwagą, jej głos, tak nieznośnie przymilny i mruczący głaszcze aż do krwi i kiedy przyjaciółka spływa nią aż po same uszy, nagle twarz P. jaśnieje. Nareszcie zdecydowała, co robią! A krew T. spływa dalej, aż po same stopy, które niosą ją, dokąd ona, czyli T, zechcą iść.

*** *** ***

Wpis do pamiętnika. Pierwszy tydzień znajomości. 72 godziny razem bez przerwy:

„Marzec, roku nie wiadomo.
Jestem w stanie błogosławionym. Ten pierwszy wpis od wielu lat, kiedy byłam w uśpieniu uświadamia mi, jak bardzo byłam samotna. Jak bardzo potrzebowałam przyjaciela. Nie takiego łaty. Kogoś, kto pokieruje mną i powie, co jest dla mnie dobre.
Przecież zawsze byłam niezdecydowana. Nie wiedziałam, kim chcę być, co chcę robić. Byłam bezsensu. Wczoraj P. pokazała mi, jak licha była jej egzystencja bez niej. W swoim zaślepieniu nie wiedziałam, że laska, którą zawsze pragnęłam być i której zazdrościłam przebojowości, laska, która zwróciła w końcu na mnie uwagę, studiuje ze mną. A raczej obie udajemy, że jest nam to potrzebne :) Bez tego jednak ja bym się tu nie znalazła i nie miała szans życia w tym megacity. Nie czułabym swojej zmiany tak bardzo, jak teraz.
W mojej zmianie najwięcej jest przyjaźni z nią. Daję się jej prowadzić, jak wierny pies, nie bez skomlenia. Czasem szczeknę. Ale może na mnie liczyć. I, mam wrażenie, nie zawiedzie się.
Tylko czy ona wie, ile dla mnie znaczy? Czasem patrzy tak jak przez mgłę. Wtedy wiem, że chce, bym się ulotniła.
Nawet, jeśli ona jeszcze nie zdecydowała, czy chce mnie traktować jak przyjaciółkę, ja już teraz chcę tej przyjaźni. Chcę frunąć. A na razie podpatruję jej ruchy. Jej stąpanie obcasem po chodnikach. Jej zachłystywanie się oknami wystawowymi, jej roztargnienie, kiedy patrzy na plakaty wołające o pożyczki. Kilka godzin temu powiedziała:
-Jutro pokażę ci pierwszy stopień wtajemniczenia. We mnie i w to, co sprawia, że jestem poza miastem. Ale musisz inaczej na nie spojrzeć. Być cały czas zresetowana.
Mruczała to z upojeniem, podkreślając wagę swoich słów.
Moja krew się cofnęła, zostawiając słabą plamę, a może to plama zachodzącego słońca, krzywo rysująca się na kałużach. Wyginałyśmy się potem, w drodze do domu, do tych brudnych i nieregularnych luster.
Teraz widzę, jak bardzo jesteśmy jeszcze od siebie różne. Ale ona o tym wie. Uśmiecha się tajemniczo i patrzy mi w źrenice. No, pokaż mi, jak potrafisz gonić swoje pragnienie – mówią jej oczy do mnie. A potem ucieka w jakieś chaszcze, wyrastające jak spod jakieś niewidzialnej ręki ogrodnika.
Przyjaźń to labirynt, w którym do szczętu chcę się zatopić. Zapomnieć. Ale też wiem, że te wspólne chwile to tylko wstęp do wszystkiego, co mi przygotowała. Jakieś mdłe preludium, w którym będę grała pierwsze skrzypce. Pozwalam więc się jej oddalić. Jeszcze nie czas na ostateczne kształty tego, co przed nami”.

Chudy Sobo-twór podnosi się z podłogi. Ma niejasne przeczucia, krząta się po kuchni. Jeden papieros, potem drugi. Prawie przypala sobie palce. W końcu kończy na nerwowym zczytywaniu wiadomości w skrzynce mailowej. Nowa wiadomość:

Sent: April 15, 1:34
Jesteś psychicznie chora. Nazwijmy rzecz po imieniu. P. przyszła do mnie w stanie rozpadu i musiałem zareagować. Kim ty jesteś? Kto pozwolił ci z niej drwić? NIE JESTEŚCIE TĄ SAMĄ OSOBĄ! Masz jakieś wartości? Ona cierpi i pomogłem jej wyjść z tego bagna, w jakie ją wpędziłaś! Nigdy więcej nie zapraszaj jej do siebie. Chyba, że w mojej obecności.
Pozdrawiam, M.

Dialog wygląda tak:
Sent:
Mailer Daemon. This recipient does not exist.

Sobo-twór spokojnie, metodycznie, jakby był w transie, odłącza zasilanie.

Mężczyzna. Nowe zasilanie P. Prędzej, czy później każda wpada w wir takiego vira. Mężczyzna to wirus, zaraza, która chętnie wejdzie do ciebie i zainfekuje nie tylko drogą płciową. Ale mentalną i intelektualną. Udało mu się. Więc nie ma tu miejsca na nikogo innego.

Sobo-twór musiał odejść. W furii rozbił lustro pokrywające osmoloną ścianę. Fragmenty szkła dostały się w jego dłonie i twarz. Krew spłynęła na koszulę, jak wierzył Sobo-twór, oczyściła ciało i ofiary mogło stać się zadość. Chuda znów osunęła się jak manekin na podłogę, zostawiając po sobie smużki krwi, sięgając z wysiłkiem po pamiętnik. Zaczęła pisać, maczając długopis w czerwonych kałużach.

„Kwiecień, rok nieważne.
Nie jest prawdą w to, co wierzy ten Twój M. Macho. Czcza fenomenologia nie istnieje. Nie może być prawdą, że w ciągu całego życia jesteśmy jednym, niepodzielnym indywiduum. To pięknie naiwne, bukoliczne, ale nie ma tego samego człowieka o niezmiennej naturze. Te bzdury przewijają się w każdym poradniku, podręczniku, wymawiają je co większe i szersze usta, które zdążyły zjeść sto rozumów. Ci pożeracze dusz i umysłów są najlepszym dowodem, że nie ma jedni. Jesteśmy ciągłą pustką. Rzeką, co nie zna swojego ujścia do czegoś większego. Możemy w swojej lichocie tylko połączyć się z brakującą częścią. Zmienić stan skupienia w swojej ekstazie. Amalgamat ciągle się przelewa żądny nowych dostaw myśli i idei. Ale jesteśmy zarazem nieskażeni myślą, mkniemy niczym cienie, echa, co właśnie przechodzą koło nas, zwyczajnie, ulicą. To chcę powiedzieć na swoją obronę”

Proste kategorie możecie wsadzić sobie pod przyzwoite pazuchy – krzyczy do ścian. Potem już, cicho: nigdy nie będziecie czystą materią, gotową na chłonięcie doskonalszego umysłu. Nie inkorporujecie, nie wiecie, co znaczy wysiłek transparencji. Zaniku „ja”, by mogło się na nowo odrodzić. Sobo-twór, przejściowe 'ja', musiał sam dać sobie radę, musiała mu wystarczyć ta jedna chwila zbliżenia, jedna chwila iluminacji z Innym umysłem. Potem wiedział, że musi siebie przekroczyć i zmienić znów swoją postać. Wyjść z opalonego ogniem kokonu. I dokonał przemiany. Dlatego jestem JA! Słyszycie – jej głos rezonuje w pustej przestrzeni. JESTEM!
Krzyczy tak raz po raz, aż z dołu słychać dźwięk pukania. Sąsiadka z dołu raz po raz wali w sufit.

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Łajza part V

Chuda została jej psem. Wiernym towarzyszem widowiska. Będzie to więc opowieść o psie. Poskładana gdzieś między skomleniem, a włóczęgostwem. Między upojeniem, a obrzydzeniem. Będzie to życie, w którym w każdej sekundzie zawarta jest minuta, a w każdej minucie – wieczność. Jak w serialu, który graweruje życie aktora i sprawia, że jest bardziej „Anią”, niż Zofią ze sceny teatralnej. Albo jak w sztuce, którą reżyseruje P. a chuda. gra główną rolę. Taką niekończącą się i nieprzewidywalną.

Jej życie w zasadzie trwa i się kończy, ilekroć pisze, mówi i jest z P. Wystarczy, że przyjaciółka zniknie jej z oczu, a ona nie ma po co istnieć. Bo co, ma patrzeć na siebie? Ona od siebie ucieka, zasłaniając się widowiskową przyjaciółką. Jest tym bardziej szara, im ta druga błyszczy w światłach reflektorów. Fakt, że P. nie zadałaby się z kompletną szarzyzną, ale jej szczypta w chudej była od zawsze. Kiedyś nawet chuda jak patyk Dziewczyna z Zielonymi Włosami, znana ze striptizu po pijaku na stole, w zaufaniu powiedziała, że nie zrobi w ich środowisku kariery, bo jest za mało ekstremalna. I tego się trzymała. Z P. było jej więc dobrze, bo ani nie szydziła z jej doboru garderoby, ani nie żądała jakiegoś kategorycznego wyróżnika. Oklaskiwała za to wszystkie jej pomysły i potrafiła wycedzić przez zęby idealną ripostę. Tym zdobywała sobie szacunek P. i reszty klubowych modeli.

Był między nimi jeszcze tylko trzeci bohater, który teraz chce pozostać anonimowy. Miasto. Wieloskładnikowe danie złożone z czynnika ludzkiego i kamieni. Ono definiuje wszystko, co się wydarza. Oddziałuje swą magią na każdego. Nie, chuda nie zna właściwie nikogo, kto byłby niewrażliwy na sygnały wysyłane przez nie. Można być tylko mniej lub bardziej czułym na te subtelne, podskórne wiadomości.

Kiedy więc zbliżyła się do P. odkryła, że szczególnie ona jest tym, gdzie jest. Jej radar był na miasto zawsze wyczulony. Dlatego P. zawsze już będzie jej się kojarzyć z przestrzenią. Z przestrzenią, w której pełno niespodzianek i w której cel wędrówki jest tak odległy, jak ostatni łyk alkoholu ze świeżo otwartej butelki. P. pozostanie dla niej personifikacją szukania i oswajania doznań, płynących z jej głowy w kierunku miasta jak wartka rzeka do wielkiego, bezkresnego oceanu. Jest czekaniem na wieczór w parku, w klubie i w miejskich zakamarkach. Oczekiwaniem dyskretnym, bo gdzie ona będzie pokazywać ekscytację wieczorem, skoro ten wydarza się codziennie? Co tu dużo mówić: P. była od miasta uzależniona.

Teraz na przykład chuda widzi taki epizod: P. jest w zielono-burym płaszczu. Wtapia się w krajobraz. Kiedy opiera się o szary i odrapany mur, wprost nie może uwierzyć, że właśnie pije z zielonej butelki i że za chwile zachłyśnie się ciepłym piwem. I zaśmieje, że znów jej się to przydarza. Tylko jej duże, jeszcze kształtne i białe zęby dadzą jej przyjaciółce poznać, że właśnie się obudziła ze swojego uśpienia. Że za chwilę skończy swoją alkoholową mantrę. I pójdzie do klubu, gdzie znów spotka ludzi, których wcale nie ma zamiaru dobrze poznać.

Ona to miasto, ale w swojej lichej, niezrealizowanej egzystencji. Kiedy tak siedzi na połamanej ławce i ćmi papierosa, lekko strzepując popiół na chodnik i sięgając po piwo, mogłaby być pomnikiem przodowniczek pracy po nocnej zmianie. Jest miastem, kiedy przechodzi obojętnie wokół alejek parkowych, ożywiając się, gdy już znajdzie dla siebie kawałek spróchniałego drewna, na którym się zawiesi na kilkadziesiąt minut. A potem, zamienia się w miejskiego kociego demona, przenikając przez tłum rozkrzyczanych twarzy do środka budynku, drgającego pulsacyjnym rytmem. Tak, wtedy objawia się jej kocia natura. Nie będzie potrzebować T. w swoim zwiedzaniu zakamarków. Będzie obwąchiwać kibel, bo co jak co, ale tam, gdzie trafi, oczekuje czegoś wręcz przeciwnego do parkowych realiów. Ma to być jej bajka, więc nie włoży swojego drobnego obcasika w plamy po kimś, w wydzieliny kiepskich tancerzy i kiepskich kochanków toaletowych, na jeden użytek, jak prezerwatywa. Sprawdza umywalki, gładząc dłonią leniwie po kafelkach i porcelicie. Interesuje się każdą wypukłością i każdym uchybieniem powierzchni. W końcu zaczyna obsesyjnie czyścić umywalkę i lustro. Ono musi zasłużyć na jej spojrzenie. Tym bardziej, że przyszła tu zmienić swoją maskę na inną, nakładając wraz ze szminką odrobinę uśmiechu. Jest wtedy bóstwem o wielu twarzach. Gdyby mogła, pewnie zaimplementowałaby sobie oczy z każdej strony, jak Światowid, którego kiedyś widziała na zdjęciach.

Nareszcie skończone. Puszcza do siebie oczko i trenuje miny. Liże powierzchnię lustra. Nie po to je myła, by zostawiać je komuś w stanie czystym. Ona tu w końcu JEST i zamierza być przez najbliższych kilka godzin. Poprawka bluzki, szybka ocena wyglądu. Tak dobrze. Ma zadowolenie najedzonej kotki wypisane na swojej pełnej twarzy. Brakuje jej wąsów, którymi mogłaby badać teren jeszcze wnikliwiej, niż teraz. Ale pazury wiją się na jej delikatnych dłoniach. Mają kolor pomarańczowej rewolucji. A może pomarańczowej alternatywy, ona woli to wyrażenie. Przy wymawianiu go uśmiecha się nieco szerzej. Al-ter-na-ty-wa.

Nie ona jedna jest tu dla poczucia inności, odmienności. Nie tylko ona pragnie zwierzęco nowych doznań. Wokół niej szybko zbiera się najpierw garstka, potem cała horda spragnionych wrażeń przybyszy. Niekiedy tak odlegle dryfujących po swoich światach, że są prawie z innych planet. Widać to po rozedrganym, pląsającym po ścianach spojrzeniu.

Muzyczni współplemieńcy wiją się na podestach, wieńczących stoły, okręcają swoje wychudzone ciała na rurach. Ich stopy pracują w rytmie nadanym przez tak samo spragnionego wrażeń konstruktora. Budowniczy nastroju, ukryty w kącie sali i od czasu do czasu błyskający do gawiedzi najnowszym winylem ze swojej kolekcji, szuka kąska, zaspokajającego głód uniesień. Widać, jak puszcza swoje świńskie oczka do dziewczyny, która na mgnienie oka zamienia się w kobietę-panterę, szczerzącą doń w odpowiedzi swoje kły z niecierpliwością samicy w rui.

P. znów rusza na podbój tej niesamowitej dżungli. Podnosi ręce do góry, błyszcząc pomarańczowym lakierem do paznokci. Przymyka oczy, w końcu przeciąga się leniwie, niby na nic nie czekając, a wypatrując spod przymkniętych kocich oczu jakiegoś absztyfikanta. Czar działa. W kilka minut opędza się od jakiś dwóch myśliwych, wodzących za jej ciałem powykręcanymi rękoma. Ale wystarczy moment, kiedy ręce lądują w niewłaściwym miejscu. Wtedy P. natychmiast przywołuje przyjaciółkę. Na użytek tej sceny grają lesbijki, żeby odstraszyć napalonych młodziaków. Ona nie gustuje w nieproporcjonalnych sylwetkach.

Nareszcie pojawia się on. Zbliża się z siłą wodospadu, przewracając jednego z poprzedników. Proporcje ma jak należy: długie nogi, figurę w Y, kogucika na głowie wyrzeźbionego ręką stylisty. A przede wszystkim, bije od niego nieskrępowana spontaniczność. Natychmiast stawia P. Piwo. Po chwili piją z niego oboje. To dla niego przepustka do łazienki, gdzie normalnie wchodzi tylko ona albo ja. Wreszcie znikają. Te ścieżki powtarza mniej więcej trzy czwarte klubu. Głód doznań jest tak dojmujący, że zapominasz o tym, co mówili ci pedagodzy na lekcjach Wychowania seksualnego. Zapominasz o swoich zasadach nawet, jeśli w ciągu dnia wiedziesz w miarę spokojne życie i jeśli definiuje Cię PRZYZWOITOŚĆ. W miarę przyzwoite poglądy, przyzwoita praca. I przyzwoite wykształcenie. Kilkanaście godzin później zasady się dezawuują, jak ubrania z poprzedniego sezonu. Zostają w szafie i przez noc złośliwie się kurzą i gniotą. I rano trzeba je potem troskliwie wyprasować. Więc przy przyzwoitym śniadaniu prasujesz swoje poglądy i na nowo restaurujesz swoje cnoty.

Nadal obie są w klubie. Po kilku chwilach w kiblu P. Wraca na parkiet. Znów ma kamienną minę. Przywdziała maskę, pod którą coś zaczyna bulgotać, zaburzając zwykłą dla niej apatię. Nie udało się tym razem. W łazience była ładniejsza i łatwiejsza. A przecież nie chodziło o seks. Chodziło tylko o dobrą zabawę. Rytuał zdobywania trzeba więc powtórzyć od początku. Jeszcze nie wszyscy widzieli wściekłą pomarańcz paznokci i prężenie klatki piersiowej. P. faluje pierś. Triumfuje, unosząc brwi i spoglądając na przyjaciółkę z aprobatą. Ona jednak patrzy w bok. Tam, w kącie sali, ale niedaleko P. przeciąga się teraz konkurencja – długowłosa, długonoga, długorzęsa i długa w ogóle, a szczupła, jak patyk laska ubrana jak nimfa. Skórzana spódnica trzy czwarte, bluzka na ramiączka w secesyjne wzory, o wściekle turkusowym odcieniu. Nie, przypomina syrenę, bo biodra są szerokie i tańczy w skromnej pozycji ze skrzyżowanymi stopami. Cała wygląda nieziemsko i nieco nie pasuje do rozwlekłego i pobudzonego chemią otoczenia.

To przeważa w jej wzięciu. Bywalcy miejsca, nim nie zamroczą się całkowicie, wypatrują świeżego mięsa. Nimfa znika z horyzontu, opleciona niezliczoną ilością męskich dłoni i unoszona tłumnym westchnieniem. P. zostają ochłapy. Jacyś nieliczący się kurduple, którzy raczej nadawaliby się jako krasnale do ogrodu.

Jeden znalazł odwagę i przywarł do P. Ciałem. Pulsował z nią, symulując pieszczoty. P. lekko go odepchnęła, patrząc spode łba i kazała się oddalić. Skrzat jeszcze wił się kilka minut, ale posłusznie zrezygnował z przygody.

Znów objawił się talent aktorski P. Potrafiła zagrać każdą rolę. Kiedy ktoś nie przypadł jej do gustu, po chwili zapomnienia z nim odstawiała taką komedię, że biedak kładł uszy po sobie i czmychał w poszukiwaniu bardziej uległej partnerki. Teraz wystarczył grymas niezadowolenia. Widocznie trafiła na faceta o niskim poczuciu wartości. Ale bywały chwile, kiedy wylewała na niego piwo albo łapała za twarz, rysując jej powierzchnię jak dobry papier ścierny. Zwieńczeniem komedii było ostentacyjne wyjście, z półgodzinnymi pożegnaniami znajomych, żeby na pewno to zarejestrowali i opowiadali sobie, jak dała popalić naiwniakowi.

Kiedy krasnal zniknął, P. wreszcie zaczęła interesować się muzyką. Nie zależało jej już na żadnym tandetnym wielbicielu. Przepatrzyła już chyba wszystkich. Zostali sami znajomi. Na parkiecie sześć, może siedem osób plus cztery w barze. Z nimi nie zamierza stracić głowy. Straci najwyżej kilka złotych na piwo. Ale dźwięki jakoś jej nie satysfakcjonują. Lichota ten dejot, bo nawet nie didżej. Jest do dupy, mógłby grać w kiblu dla papieru toaletowego w jakiejś zapyziałej pipidówie. Znajomi też kwaśnieją. Spoglądają po sobie i sala pomału pustoszeje. P. Postanawia wyjść i nakreślić krąg trasy przez park do domu, zahaczając o sklep nocny. To kolejne miejsce stałe w jej eskapadzie. Znajome kluby, sklepy z alkoholem i trasa do domu.

A jednak twierdziła uparcie, że miasto to najkapryśniejsza z rzeczy, jakie mogą się przydarzyć. Że lepiej żyć na wsi. Tak samo jednostajnie, ale chłonąć dni, a nie zatruwać się skisłym oddechem ludzi wokoło. Wieś jest bez tych wszystkich twarzy. Tylko z samą sobą. Bzdura, zaraz się poprawia. Jak coś takiego mogło jej przyjść do głowy. Po kolejnej butelce alkoholu i kęsie kebaba nie widzi innej możliwości niż życie w mieście. Z rozrywką od rana, do rana. Z niekończącą się pokusą. A ona w samym środku wszystkich wydarzeń.

wtorek, 7 grudnia 2010

Łazja part. IV

Zaczęło się tak zwyczajnie. Jak w Aimee i Jaguar. P. podeszła do niej na imprezie i zapytała, czy ma papierosa. Chuda od razu wiedziała, że coś je do siebie zbliża. Już tak ma. Albo kogoś nie akceptuje, albo kocha. Po co udawać, decydować się na gadkę, jeśli i tak punktów zbieżnych nie ma? Jeśli otwierasz usta tylko po to, by wydychać powietrze bez potrzeby, lepiej nic nie mów. Zresztą ona nie należy do ludzi mównych. To o niej mówią, jak ją widzą. Ona woli działać, niż dawać swoją energię komuś, kto i tak ją zamieni w odpady. Po co komuś mówić, a już nie daj boże powtarzać, na czym jej zależy, co ją bawi, co robi w wolnym czasie i gdzie chodzi do fryzjera. A, szufladka, w którą lubią wkładać ją ci, którzy i tak za chwilę zapomną albo przekręcą: co ją kręci w życiu? Płytkie pytanie, płytka odpowiedź. W takich momentach lubi pomilczeć. Wtedy jest dla nich tłem, stara się przemknąć jak ocelot po dżungli i w końcu tylko patrzą na nią bez słów.


P. instynktownie wiedziała, jak ją podejść. Nie zadawała zbędnych pytań. Miała więc dla niej papierosa. Miała potem czas na rozmowę przy barze. Miała czas na piwo w parku. Zresztą to był jej pomysł. Wreszcie jechały razem tramwajem mimo, że tak naprawdę jej odjechał w drugą stronę. Coś zwierzęcego pchało ją do niej. Jakaś siła, która nakazała być jej cieniem. Pierwszy raz doświadczyła czegoś tak niepodobnego do wszystkich uczuć, jakie jej mózg potrafił z siebie wykrzesać. Czuła się przyjemnie zależna od jej uroku. Od jej spojrzeń, sposobu prezentowania sylwetki. Od każdego centymetra jej ciała, choć nie było ono w istocie pociągające. Pociągający był spektakl, show, jakie przygotowało dla wszystkich.


Show. Ona jest przeciwieństwem jej ideałów. W zasadzie ucieleśnia wszystko to, od czego ją w dzieciństwie odwracano mówiąc: nie patrz, to wulgarne, to niedobre. To grube. To brzydkie. To kiczowate. Tak. Właśnie te słowa chyba najbardziej obejmują jej jestestwo. Otulają jak różowe futro, włożone prosto na gołe ciało. Jest rozkosznie prostolinijna – wali między oczy i potem tego żałuje. A przy tym rozbraja miny pozakładane na nią z niebywałym wdziękiem. Wdziękiem przystosowawczym. Takim, który pozwoli na zwrócenie się do tej samej osoby ponownie z dialogiem, a nie z inwektywami. Taka już jest. Różowa, próżna, drapieżna.


Dlatego ani ona, ani większość przygodnych twarzy, które znikają w mroku szybciej, niż się pojawiają, nie odrzuca jej metody działania. Testowania innych, prowokowania. Co będzie, jak naciągnie ich granicę? Jako wytrawna aktorka P. dobrze wie, kiedy mówić, kiedy dać się ponieść emocjom. Kiedy grać na pokaz, a kiedy, innym razem, sprawić, by ktoś zrobił coś za nią. Nie lubi się wysilać. Po co robić coś samemu, kiedy wiesz, że ktoś to zrobi lepiej i mniej ubrudzi sobie sumienie zabawą, która Ciebie mogłaby dużo kosztować? Dobrze więc wychodzi jej nakłanianie do własnych projektów, planów, choć nie są to plany wykraczające poza wymiar wieczoru w mieście. Ale ten wymiar przynajmniej jest zagospodarowany jej ręką. Ręką gładko przechodzącą od spraw zaopatrzenia we wszystko, czego im potrzeba, po sprawy porządku dziennego.


Od pierwszej chwili wiedziała, kim jest ta drapieżna nocna kotka. Lwica imprez i salonów, jeżdżąca wytrwale autobusem i tramwajem, a nie taksą z jakimś przygodnym kolesiem, który udaje szarmanckiego do momentu otwarcia drzwi samochodu. Właśnie na to narzekała, kiedy chuda oddała jej te pierwsze kilkanaście minut znajomości. Ilu było tych idiotów, nie pamięta. Ale jednego musiała mocno skopać obcasem, bo zbyt gorliwie łapał ją za tyłek. Skomlenie było rekompensatą wkurzenia i strachu... Dalej musiała sobie radzić sama, bo, jak się okazało, taksa przywiozła ich pod jego blok, a nie pod klub, który jej zachwalał przy akompaniamencie pustego śmiechu taksówkarza.


Wiesz, mówiła dalej, kiedy ktoś proponuje Ci drinka i go teoretycznie znasz, bo bywasz w klubie od momentu zakończenia picia w parku, to się zgadzasz. Być może już z nim piłaś albo chociaż przypominasz sobie, jaki ma głos. Jak tańczy. Problem zaczyna się wtedy, kiedy Twoje granice po kolejnym drinku topnieją. A on się w nie wlewa, wyobrażając sobie, co będzie z Tobą robił, jak trochę jeszcze podleje Twoją głowę. Męskie kurwiszcza. Myślą, że ogródek kobiety to poletko pod ich uprawę. Ja wolę pić z kobietą, rozumiesz, bo ona mnie nie pieści w myślach, kiedy tylko zmrużę oczy przy kolejnym łyku piwa.


Wiele lasek ma głupie poczucie winy, że tak nie można, chłopaczek się stara i nadskakuje. Po wypiciu drinka mówią, że teraz chcą potańczyć i idą do kolejnego fajfusa w koszulce polo, wywijającego tyłasem. I co? Idą z nim do kibla, aby mu podziękować za zainteresowanie. Nawet ja wpadłam w te pułapkę. Nie chciało mi się samej łazić do klubu. Chciałam kogoś mieć. Kogoś trzymać za rękę, kiedy tracę grunt pod nogami. I umoczyłam z jednym takim, który potem rozpowiadał, jak mu było dobrze. Ale to mi było dobrze, bo on miał większe pole do popisu w małej kabinie. Musiałam potem odwracać kota ogonem, żeby jego koledzy i koledzy kolegów przestali się do mnie ślinić. Żebyś widziała ich jęzory. Pracowały tak, że mogłyby mi służyć za wachlarz w duchocie main floru. Chwila słabości dużo w tym mieście kosztuje. Ale wystarczy, że zmienisz na chwilę barwy klubu i zaraz masz przed oczyma nowe twarze. Które prędko wirują koło twojej głowy i przesuwają się przed tobą jakby szły w jakimś korowodzie, powykręcane, blade i tym bardziej dramatyczne, im więcej wypijesz i łykniesz. Ale wiesz, że oni wiedzą tylko tyle, ile widzą. A widzą chętną laskę, macającą się po biodrach i piersiach do rytmu jakiejś tandety, której na co dzień nie puścisz nawet własnej babci.


Tak, przypomina sobie. Wzrok to tu, w przybytku zjaw zabłąkanych gdzieś w mikrokosmosie własnych paranoi, zmysł kluczowy. Od niego wszystko się zaczyna i na nim się kończy. Najpierw musisz przecież wizualnie odpowiadać profilowi klubu, jak to ładnie brzmi w jego regulaminach. Bo selekta, jako wypełniacz postanowień właściciela lub swoich prywatnych gustów, aroganckim i wyrachowanym spojrzeniem obetnie wszelkie niemodne akcenty, zachowanie równie obcesowe, jak ich, i biedę. Bieda nie ma wstępu do miejsc, gdzie się wydaje pieniądze. Możesz być naćpany, pijany i lekko przedwczorajszy, ale wystarczy, że błyśniesz drogą metką, a zaprzyjaźnisz się z mordą selekty i masz zniżkę na imprezę. Jak Cię przeleci, masz wjazd free.


Dlatego selektą nie może zostać byle kto. To koleś, który musi się prezentować i być klubowym trend-setterem. To, jak wyglądają inni, jest efektem klonowania jego osoby. Czasem go przez to nie odróżniały od reszty klubowiczów. Kiedy przychodził po swojej zmianie na after, wtapiał się po prostu w resztę masy emulgującej do disco, electro, hausu. Chciał zrzucić z siebie kombinezon funkcyjnego, być pomimo tego, czego był sprawcą. A był w samym środku tłumnego zainteresowania. Mimowolnie pozostawał po swojej całonocnej pracy gwiazdą imprezy i przez cały czas trwania afteru można się było z nim „zbratać”. Problem tylko, czy coś zapamięta przy Twojej kolejnej wizycie na bramce.


Bo pole widzenia i kojarzenia faktów w klubach bardzo się zawęża. Jesteś w stanie skupić swoją uwagę w ograniczonym zakresie. Widzisz tylko kilka osób przed tobą, jakbyś dobywał okulary, które ogniskują się na najbliższych punktach, zasłaniając resztę. I te kilka punktów jesteś w stanie potem odróżnić, powiedzieć coś o nich. Jaką sukienkę miała koleżanka z prawej. Jak uśmiechał się do ciebie chudy blondyn, pracujący w reklamie. Wydobywasz już kolejno te twarze na każdej następnej imprezie. Obierasz z niewygodnej anonimowości jak orzech z łupiny. Wyłuskujesz z baru albo z parkietu. Resztę gawiedzi pokrywa mgła.


Nie martw się jednak, jeśli zależy ci na wydobyciu większej ilości twarzy. W zależności od podanego wcześniej specyfiku, możesz sobie wszystko wyobrazić. Pole, łąkę, po której pląsasz z wiejskimi chłopcami wplatającymi Ci we włosy kwiatki, górskie szczyty, jakie z plecakiem mozolnie zdobywają alpiniści, wodospady pachnące wanilią. Nagle świat staje się kolorowy. Lepszy, taki ostateczny w swoim kształcie. Dziejący się bez przyczyny i nie mający skutku. Wyzwalający. Przez chwilę, kiedy jeszcze zamykasz oczy, widzisz dźwięki, a twoje ręce obejmują jakąś niesamowitą nieskończoność. Wyrywasz się do niej, chcesz, aby cię nareszcie pochłonęła. W zasadzie w takich momentach żyjesz właśnie po to, by się rozpłynąć w nieskończoności. Widzisz Boga i stajesz się nim. Możesz stwarzać wszystko dokoła. Albo wszystko unicestwić. Byle nie pójść za daleko. Nie zanurzyć się w swój siódmy dzień, przeskakując mozolnie wypracowane sześć dni. Wtedy tylko wieczny odpoczynek. W każdym sensie. Chwile zatracenia trzeba celebrować.


Zresztą, każdy ma tu takie chwile prędzej, czy później. Fosforyzuje. Rozszczepia się na miliony molekuł, które gdzieś sobie pląsają i nagle, kiedy otwiera się oczy, przybierają kształty twarzy. Czasem są to piękne twarze, czasem zniekształcone ryje, bardziej zwierzęce, niż ludzkie. Kiedyś chudej wydawało się, że szczerzą się do niej hieny. Ich zęby wydłużały się, aż w końcu przypominały kły słoni. Hieno-słonie kiwały się do taktu jakiegoś hiciora electro. Fuck me, squeez me. Jedna z nich naparła na nią swoim pręgowanym cielskiem. Wyprężyła pysk i chuda czuła, jak ją podgryza. Aby nie krzyknąć, jakoś się uwolniła z uścisku i uciekła do kibla, zaglądając w paszczę muszli klozetowej. Niewinny porcelitowy kibel przypominał łeb rekina ludojada, przytwierdzonego za szczęki do chwiejnej podłogi. A ona sama była bohaterką remake'u „Szczęki”, nurkującym nie w morzu, a w brudzie wydzielin innych ludzi. Następnego dnia na jej ramieniu widniał ślad czyichś zębów.


Czasem jednak bywa zwyczajnie. Lądujesz bezpiecznie i twarze ogłuszonych dźwiękiem stworów zmieniają się na powrót w twarze twoich przyjaciół. Choć tu nie możesz tak o nich mówić. Poznajesz taką P. dopiero później, właśnie w autobusie, kiblu, tramwaju, sklepie osiedlowym, gdzie, jak ty, kupuje tabletki na kaca. Kategoria przyjaciela powstaje w twojej głowie dopiero wtedy, gdy wyabstrahujesz osobę z miejsca, w którym obie przebywacie. Wtedy dostrzegasz, że P. to zwitek podobnej energii, której nie masz szans poczuć na skażonym terenie wszystkich klubów, jakie odwiedziłaś.


Twój klub to Czernobyl, gdzie są małe szanse na oddziaływanie non-toxic. Aby nie bolało, musisz się zaimpregnować, przygotować pancerz i symulować akcję przekradania się w zanieczyszczone tereny. Jak Stalker. Inaczej nie opuścisz klubu o właściwej porze lub o własnych siłach. Klubowe Syreny zamienią cię w świnię, nim się obejrzysz. A przecież nie możesz włożyć zatyczek do uszu.


Syreny to oddzielny temat. P. do nich należy, ale nie daje tego po sobie poznać. Najchętniej utopiłaby naiwnych śmiałków w swoim drinku. Nie robi tego tylko dlatego, że ma garstkę PRZYZWOITOŚCI, którą, jak siewca z przypowieści, sieje wokoło. Czasem to ziarno ma niepokojąco biały kolor i P. rozpyla go delikatnie na twarze zgromadzonych, strzepując pył z paznokci. Jest benandante – wiedźmą strzegącą swojej wioski przed demonami. Gawiedź wtedy radośnie mlaszcze i wpada w jeszcze większe uniesienie. Rozlegają się brawa. Tłum wynosi swoją wybawicielkę od nudy na parkiet i trzyma za ręce, póki nie nastąpi zmiana nastroju. Bo kiedy na parkiecie resetują się dane, trzeba rozpylanie proszku albo powtórzyć, albo zmienić otoczenie. Nudny poszukiwacz to kandydat na świnię.


Można też tak. Ukrywać się gdzieś w kątach klubu, by ujawnić się w kluczowych momentach imprezy. Przypływać i odpływać swoją łodzią, wachlując duszną powierzchnię nieklimatyzowanego pomieszczenia. Ale to tylko dla wytrwałych, podsłuchujących najświeższych ploteczek. Taki ktoś zwykle pyta: co słychać? Co się dzieje na dole? Ale jego mina świadczy o tym, że interesuje go tylko sąsiad/sąsiadka, z którym/którą akurat zamienia kilka zdań. To przerysowany bard, konsument nowinek. Jego zasadność istnienia w klubie wyjaśnia tylko pikanteria opowieści. Inaczej, nie ma z niego żadnego pożytku.


Obie nie gustowały w tej strategii. Wolały zmienić klub. Zmiana dodaje napędu, wyostrza optykę. P. była pod tym względem mistrzynią. Musiała w poprzednim wcieleniu być kotką. Niezależną, wyciągającą pazury, kiedy czuje się zagrożona. Jak się zarzekała, od dzieciństwa obserwowała koty i starała się tak zachowywać: pilnować granic, pielęgnować humory, być nieprzewidywalną. A może tylko zmieniała się w kota, by zostawili ją w spokoju wszyscy nadęci inkwizytorzy, wpajający do znudzenia dobre wychowanie i skromność, życie w czystości i inne brednie.


Więc lądowały w innym klubie. Im mniej znanym, tym lepiej. Doskonale czuły się jako anonimowe obserwatorki. Kilkanaście minut szoku i gawiedź już wprowadzała je na salony. Poznawały wtedy kluczowe postacie, pochlebiały bardom zanurzonym po dekolt w pieprznych dowcipach. P. nie ustępowała im pola i po chwili taki wynudniały cynik chował się w innej sali. Była głośna. I nie znosiła sprzeciwu. Musiała dominować, dlatego szukała w krzykliwej gawiedzi swojego przeciwieństwa. Wyznawcy, posłusznego poleceniom. Kogoś, kto zrozumie bez słów, kto będzie kroczył za nią jak cień. Kogoś, kto jest w ciągłym pogotowiu i czeka na sygnał do działania. Kiedy powie: impreza, narzuci kurtkę i bez słowa będzie czekał pod klubem. Kiedy powie: drink w parku, zostawi gawiedź i przytuli się do drzewa. A kiedy powie: zostaw, na jakiś czas pozwoli jej odejść. Chciała mieć, posiadać kogoś, kto będzie nosił mentalną obrożę.

sobota, 6 lutego 2010

Zapach ROKOKO part. 5

Niewidzialny partner mojej babci ma więc pewnie smoking, a może modny garnitur w paski, płowego koloru, jaki mieli panowie z Kroniki Filmowej. Grunt, że bal trwa i że babcia do momentu odkrycia spodka ze szklanki z kawą po turecku jest prowadzona do stołu, przy którym już czekają czekoladki. Babcia musiała podczas tego pląsania wyjąć opakowane w celofan słodycze z szafki, w której zwykle jej córka chowa je przed okiem i ręką niepowołanych, za małych lub zbyt łakomych dzieci. Ale kiedy to zrobiła? Nie mam do tego gwoździa. I have no clue. Teraz babcia może zasiąść do swojego ulubionego momentu w pracy, która też nie jest tym, czym jest, i jak odbiera ją jej córka i wnuki. To moment zastygnięcia, w jaki na chwilę wpadała przez trzydzieści pięć lat pracy w tym samym miejscu, w tej samej branży, w tym samym pokoju. Moment topienia czekoladek w ustach rozpoczynał jej dzień zawsze o tej porze, punkt dziesiąta, w Centralnym Przedsiębiorstwie Planowania, gdzie dzielna lwica rodzinna liczyła kolejne zrealizowane plany i jednostki, sumowała je i dzieliła. Miała pełne samodzierżawie nad liczbami. I przez trzydzieści pięć lat była nieomylna, bo skąd by dostawała nagrody i premię od machiny liczącej, która miała wpływ na gospodarkę ludową. Babcia wiedziała, że wykonuje pracę odpowiedzialną i pożyteczną społecznie, podkreślano jej to na każdym kroku. Jej praca wymagała zatem rozgrzania komórek liczących i analizujących słodkim co nieco przy szklance kawy sypanej w ten sam sposób, w jaki robi to tu, i w jaki pewnie robi to za każdym razem, gdy nadarza się okazja takiej rozgrzewki. A najlepiej rozgrzewać mózg wspólnie, kolektywnie, Avanti Popolo! Zaraz w jej pokoju zbiera się tłum koleżanek, bo u babci i jej przełożonej księgowej stoi czajnik, z którego korzystają babci podwładne. Wywijają kokami, tiulami, podwijają żakiety, by zasiąść do kawy i plotek o dyrektorach, kolegach, których akurat z nimi nie ma, koleżanek, które popadły w niełaskę i niechętnie integrują się z resztą pokojów liczących przychody i rozchody. Przez trzydzieści minut każdego dnia, czasem licząc soboty pracujące, słychać wołanie czajnika i rytmiczne zalewanie kilkunastu szklanek kawy i powolny szczęk łyżeczek o ścianki kruchych, made in poland, szklanek z koszyczkami. Babcia-przełożona wzdycha więc do Pani Malinowskiej, opowiada, jak rozwija się jej dziecko i co wie o dyrektorze Lamberku, z nieukrywaną uciechą żuje słodką masę czekoladki, obserwując swoje podwładne, jak się droczą, przez którą ostatnio wyszedł raport tygodniowy. Taaak, moja babcia miała kiedyś dobre oko do pracownic i dobre serce do pracy. Teraz też pewnie je ma, ale ukrywa je skwapliwie, żeby nie robić więcej, niż powinna. Przecież jej spracowane dłonie nie dadzą się ożywić tak, jak jej oczy.

Dłonie. To też trzeba powiedzieć. Moja babcia należy do tej klasy staruszek, które nie ukrywają ich kształtu. Są, bo są. Jak mawia: To to nie rokoko, ale ujdzie. Pierzynka kremu zniweluje szorstkość wyżłobioną bezlitosną kranówą, bo kiedy babcia wychowywała swoje córki, nie było środków zmiękczających wodę, a jedynie poczciwy Ludwik, który pachniał nieodmiennie anyżkiem połączonym z mydłem. Ale pozostaną plamy, te niechciane piegi starości zdradzające, ile tak naprawdę babcia już działa na tym świecie. Ani skóra cytrynowa, ani ocet, nie zdołają wywabić tych plam. To nie reklama proszku, skutecznego w każdej sytuacji. Starość to proces odchodzenia, separowania się, więc o nim się nie mówi, dopóki nie znajdzie się, być może nawet podobnego do proszku do prania, proszku antystarzeniowego, w którym będzie się prało dłonie. Staruszki pewnie zapłaciłyby każdą cenę za taki specyfik, tak jak płacą za swoje perfumy. Tymczasem ich kolorowy korowód łączy pomarszczone ręce w geście modlitewnym, byle tylko nastąpiło cudowne odmłodnienie.

Pewnego razu babcia nie zawitała do szarej kuchni szarego i beznamiętnie wystawiającego swoją elewację na ulicę bloku. Nie rozświetliła korytarzy swoimi przepysznymi kolorami apaszki i płaszcza. Nie powiało słodkim zapachem. Głowa babci nie wynurzyła się zza parawanu klatki schodowej i pancernych drzwi. Nie pomogło wykręcanie i tak nadużywanego, jak jej zaufanie, numeru. Babciu, co mogło się stać, że taka heroina, jak Ty, której nie straszne ani mrozy, ani zawieje, ani złe oko kierowcy autobusu, nie uraczyłaś nas swoim zapachem? Telefon milczy. Może babcia wkroczyła w wiek buntu, powtarzając jak dawno zasłyszaną historię, schematy wieku dojrzewania? Może stara-dziewczynka zmieniła się w rozbuchaną erotycznie kokietkę, której wnuki, przypominające samą swoją obecnością uciekające w popłochu lata, są po prostu niepotrzebne do szczęścia? W słuchawce nadal głucho. Sygnał obija się o bębenki, ale nic nie zwiastuje powrotu babci.

Wreszcie aparat trzęsie się wibrująco. Nieznany numer z nieznanym głosem oznajmia nowinę. Babcia się nie znalazła. Babcię znaleziono. Widziano, jak nad ranem krążyła jak wrona nad padliną koło podwórka, snując się rytmicznie w powłóczystej szacie nieokreślonego koloru. - Ależ proszę nie pytać o szczegóły. Babcia została zabrana na obserwację. Psychiatryczną oczywiście.



Tymczasem garnki, które babcine dłonie z piegami starości niemiłosiernie obijały o blat zlewu i przypalały na kuchence, zarosły sadzą, a resztki zup spowiły się pleśnią. Tylko babcia myślała o kuchni. Teraz, kiedy jej nie było, kuchnia stała się opuszczonym pokojem, do którego pora obiadowa zaglądała tylko po to, aby wziąć ze sterty pozostawionych sztućców jakiś względnie czysty i wtłoczyć do żołądka jednakowe treści typu fast-food.

Ale babcia była gdzie indziej. Jej staruszki-sąsiadki zaopiekowały się osieroconym przybytkiem na czas jej powrotu do domu, do epoki współczesnej. Bo inny głos w słuchawce, tym razem o chropowatej, przepalonej słuszną ilością tytoniu barwie, przekazał, że babcia albo nieprędko wyjdzie, albo będzie skazana na swoje koleżanki staruszki i rodzinę. Wyrok brzmiał groźnie, ale zaraz telefon dostał szału. Między jednym raniącym bębenki sygnałem, a drugim, każda z staruszek lękliwie wyśpiewała, że jest gotowa się swoją najdroższą przyjaciółką opiekować. Ależ jesteśmy jej to winne. Ona zarażała nas swoją niepoprawnie optymistyczną wizją świata, uczyła nas cieszyć się tym, co nam zostało. I my mamy ją zostawić? Szybko więc koleżanki -staruszki wydzieliły sobie dawną manierą księgowych okresy opieki nad babcią, zakreślając trzęsącymi się z przejęcia rękoma ważne daty. W zasadzie zapełniły swoimi inicjałami cały tydzień poza weekendem. W sumie, co one mają do roboty, poza zaspokajaniem głodu rodzinnego? Zostawiły puste miejsca w weekend „najbliższym-spokrewnionym”, jak to ujęły w swojej ewidencji, ofiarując jeszcze fakultatywnie swoje niedziele, bo ich podopieczna chadzała za czasów swojej świetności do kościoła. Dostały na wszystko zgodę od skołowanej, tym razem niemającej zastrzeżeń, córki.